Żar w popiele

Kiedy generacje przemijają, wraz z ludźmi, co się kładą do grobu, ginie także znaczna część prawdy, której rękojmią byli naoczni świadkowie. Obawiam się, że ten proces obserwujemy dziś w stosunkach polsko-niemieckich.

07.09.2003

Czyta się kilka minut

 /
/

Kiedy ludność jakiegoś obszaru masowo udaje się poza granice państwowe, może to być emigracja, dobrowolna albo pod pewnym naciskiem. Może to być ucieczka, powodowana przez działania wojenne albo przez strach przed takimi działaniami. Może to być wreszcie wypędzenie. Pojęcia te jedne w drugie przechodzą w sposób raczej płynny. W 1945 roku we Lwowie mogliśmy albo wziąć sowiecki paszport - mało zachęcająca ewentualność - albo udać się do okrojonej Polski zwanej później Peerelem. Czy to była emigracja, czy po prostu wypędzenie?

Czytałem niedawno książkę Egberta Kiesera “Danziger Bucht"; polskie wydanie nosi tytuł “Zatoka Gdańska 1945" i ukazało się niedawno, choć oryginał pochodzi z 1978 roku. Jest to dokumentacja dramatu, który rozegrał się pod koniec wojny w Prusach Wschodnich i na Pomorzu, kiedy, niespodzianie nie tylko dla mieszkańców, ale i dla władz niemieckich oraz Wehrmachtu, wdarła się tam armia sowiecka. Wojska Rokossowskiego zamknęły cały ten obszar, powstało ogromne półkole, z którego wydobyć można się było właściwie tylko drogą morską. Kolumny wozów z uchodźcami krążyły od jednej miejscowości do drugiej i przedzierały się przez zamarznięte wody Zalewu Wiślanego.

Warto porównać te wydarzenia z rokiem 1915, kiedy na terenie Prus podjęła ofensywę armia carska. Wtedy nie było żadnych masowych ucieczek; tym razem ich przyczyną był strach, podsycany hitlerowską propagandą na temat strasznych potworów idących od wschodu. Nie chodziło jednak tylko o propagandę.

Kilka miesięcy temu widziałem w telewizji niemieckiej dokument oparty na taśmach kręconych przez tzw. Propaganda-Kompanien Wehrmachtu. Był to montaż fragmentów, które nie przeszły przez cenzurę niemiecką, pokazujący ludobójczą pandemię, jaka szerzyła się podczas II wojny na zajętym przez Niemców Wschodzie. Chodziło zwłaszcza o masowe mordy dokonywane przez tak zwane Einsatzgruppen na ludności cywilnej - nie na Żydach, bo o tym już dużo słyszeliśmy i wiemy, ale na mieszkańcach wsi, w których rzekomo mieli się ukrywać dywersanci czy też szukać wsparcia partyzanci. Miejscowości te były otaczane i w systematyczny sposób niszczone ogniem żywym i z broni palnej, przy czym masowość i bezwzględność zagłady obejmowała wszystkich ludzi niezależnie od wieku i płci, a nawet zwierzęta domowe, bydło i konie.

Oglądanie tego czarno-białego dokumentu było dla mnie silnym przeżyciem i pomyślałem sobie, że świadomość własnych zbrodni na Wschodzie musiała być jednym z czynników, który napędzał ucieczkę Niemców z Prus i Pomorza. A była ona paniczna i objęła mniej więcej 2,8 do 3 milionów ludzi.

To jeden fragment historii: przełom roku 1944 i 1945, “Gustloff" i jego tragedia, opisana w nowej powieści Grassa, jest tylko okruszyną tego koszmaru, zresztą większość uciekinierów uszła jednak cało. Jeśli ci ludzie byli wypędzani, to raczej przez własny lęk, ponieważ do bezpośrednich kontaktów z Sowietami dochodziło z początku rzadko - głównie tam, gdzie nie było już żadnej możliwości ucieczki. Pojawia się tutaj subtelna kwestia semantyczna: czy ci, którzy uciekli wtedy z Pomorza, mogą uchodzić wedle pani Eriki Steinbach za wypędzonych? Dowódcy poszczególnych jednostek sowieckich sił zbrojnych nie zajmowali się masową likwidacją fizyczną uciekających, owszem, ich dobytek plądrowali żołnierze sowieckiej armii, ale nie było to odgórnym rozporządzeniem i rozkazem zadane. Rozumiem, że tej pani i jej Związkowi Wypędzonych bardziej chodzi o późniejsze usunięcie ludności niemieckiej z terenów aż po Odrę i Nysę. Nie była to jednak decyzja suwerenna podjęta przez dość zresztą marionetkowy rząd lubelski, ale postanowienie Konferencji Poczdamskiej, którego wykonawcami stali się Polacy.

Proces ten dokonywał się stopniowo; stosunki panujące na zajętych przez Polaków terenach ciekawie opisał Józef Hen w jednym z tomów swojej książki “Nie boję się bezsennych nocy". Zauważył, że trzeba było mieć nadzwyczajną powściągliwość i wewnętrzną odwagę moralną, by nie tylko nie szukać pomsty, ale też i nie ulec zachowaniu samych Niemców i nie korzystać z objawów pewnego rodzaju służalczej gotowości. Chodziło przy tym o najmniej winnych cywilów, bo “złote bażanty" hitlerowskie, przedstawiciele wyższej administracji czy policji dawno już uciekli. Hen był wtedy oficerem II Armii, o której teraz już się prawie nie mówi, jak gdyby nic takiego jak I i II Armia Kościuszkowska nie istniało, choć walczyli w nich Polacy, a to, że powołała ich pod broń władza stalinowska, nie było ich winą.

Potem przyszła trzecia faza, kiedy w latach 70. pomiędzy rządem Gierka a Republiką Federalną Niemiec doszło do porozumienia i rząd niemiecki zapłacił sporą sumę za zgodę na wyjazd tych, co się do niemczyzny przyznawali. Setki tysięcy ludzi przeniosły się do Niemiec Zachodnich i teraz w dość licznych przypadkach chcą rewindykować swoje pozostawione w Polsce posiadłości.

PRL ma na sumieniu także jednostronną, przymusową emigrację Żydów w czasie antysemickiej nagonki 1968 roku. To znowu inna historia, ponieważ jednak w Izraelu nikomu nie przyszło do głowy budowanie pomnika na cześć wypędzonych z Polski Żydów, tym bardziej nie widzę powodu, poza czysto politycznym interesem pomysłodawców projektu, ażeby organizować Centrum Wypędzeń w Berlinie, które stałoby się faktycznie rodzajem pomnika. Głosy sprzeciwu podniosły się już i w samych Niemczech, choć z pewnym opóźnieniem: odezwał się i Joschka Fischer, i kanclerz Schroeder.

Pani Angela Merkel z CDU, która ideę Centrum poparła, jest widocznie za młoda, by pamiętać, że cierpienia, jakich doznawali Niemcy na terenach zwanych dziś Ziemiami Zachodnimi, nie dają się porównać do tego, co się działo w Polsce podczas okupacji. Dwa totalitarne systemy przyniosły nam rozmaite nauki. Sowieci fałszywą od początku do końca nadzieję lepszej przeszłości i społeczeństwa bezklasowego. Niemcy - obietnicę, że zrobią z nas naród wyrobników pracujący na Herrenvolk. Obie siły zaborcze niszczyły nam przede wszystkim inteligencję i była to akcja planowa. Za zbrodnię katyńską ledwie ktoś z rosyjskiej strony bąknął po pięćdziesięciu latach: “bardzo nam przykro".

Byłem przestraszony, że z polskiej strony panowało w sprawie projektu Centrum przez dłuższy czas zupełne milczenie, co rzuciło w moich oczach straszliwe odium na polską klasę polityczną. Ci, którzy się odezwali, nie są czynnymi politykami: ani Marek Edelman, ani Jan Nowak Jeziorański, ani nawet Władysław Bartoszewski. Można by sądzić, że prędzej odezwie się archanioł Gabriel z nieba, aniżeli ktoś ze sprawujących wysokie funkcje w aparacie naszej władzy.

Podział głosów za i przeciw Centrum Wypędzeń w Niemczech świadczy najwyraźniej o czysto politycznym charakterze całego przedsięwzięcia. Chodzi głównie o to, ile głosów można złowić na tę wędkę. Co najmniej jedna piąta Niemców jest za budową Centrum w Berlinie, a za ich plecami kryją się już osławieni rewanżyści, którymi nas zawsze władze Polski Ludowej straszyły - jak się niestety okazuje, nie bezzasadnie. Niektóre kłamstwa aparatu propagandy peerelowskiej miały za sobą cząstkę pokrycia w prawdzie.

Majaczy szansa, choć niewyraźna, na utworzenie we Wrocławiu ośrodka poświęconego wypędzeniom i przesiedleniom, co nie byłoby rozwiązaniem niedobrym. Wówczas można by do jednego kotła wrzucić pamięć wszelkich a licznych przymusowych ruchów migracyjnych XX wieku. Można by tu dołożyć i krymskich Tatarów wyrzuconych ze swego kraju przez Stalina, i nadwołżańskich Niemców, którzy, Bogu ducha winni, zapłacili za atak Hitlera na Związek Sowiecki.

Pozostaje pytanie, w jaki sposób miałoby takie Centrum wrocławskie promieniować. Nawet i jego stworzenie nie zlikwidowałoby przecież automatycznie rewindykacyjnych roszczeń Niemców. Gdyby wziąć się na serio do wypłacania odszkodowania wszystkim, którym władze niemieckie, sowieckie czy peerelowskie pozabierały u nas domy, zakłady produkcyjne, ziemię i w ogóle własność prywatną, Polska wyglądałaby jak tort pokrajany na kawałki, z którego każdy zabrał swoją porcję i nie pozostało nic prócz podstawki. To jest równie niewykonalne, jak spełnienie żądań Palestyńczyków, którzy sobie życzą, ażeby wszyscy mieszkańcy dawnej Palestyny mogli wrócić do Izraela. Słuszne moralnie prawa windykacyjne nie zawsze mogą znaleźć zaspokojenie, a państwa polskiego nie można traktować jak tortu do pokrajania.

Polska zresztą wyszła na udziale w zwycięskiej koalicji jak Zabłocki na mydle, a może nawet jeszcze gorzej. Straciła wielkie obszary na wschodzie i choć niedawno ktoś napisał, że otrzymaliśmy za to lepiej zaopatrzone w infrastrukturę Ziemie Zachodnie, dla mnie nie jest to argument. Jestem tutaj stronny, napisałem w “Wyborczej", że nie miałbym nic przeciw temu, żeby Lwów był znów polski, aczkolwiek zdaję sobie sprawę z nierealności tego pomysłu. Polska nie przesunęła się na mapie dlatego, że Polacy tego chcieli; po prostu towarzysz Stalin chciał mieć wysunięte jak najdalej na zachód bazy wojskowe, by móc w przyszłości zaatakować Europę aż do Atlantyku. To jest prawdziwa, ostateczna przyczyna, która sprawiła, że dostaliśmy tak zwane Ziemie Zachodnie, utraciwszy terytoria pod Ścianą Wschodnią.

Zawarcie jakiejś ugody z Niemcami, którzy chcą odzyskać posiadłości swoje czy swoich rodziców, byłoby wyobrażalne, gdybyśmy mieli rząd z prawdziwego zdarzenia i zaufanie do klasy politycznej szeroko umocowane w społeczeństwie. Tego jednak nie mamy. Dlatego czuję się, jakbym płynął na korabiu, do którego masztów, desek pokładu i steru ktoś inny rości sobie pretensje. Nie wiem, jak to wszystko zasadnie i sprawiedliwie rozstrzygnąć, by ewentualny rozejm nie stał się zarzewiem dalszego ciągu roszczeń niemieckich; Edelman przywołał nawet pojęcie Lebensraumu, przestrzeni życiowej. Niektóre widma i upiory minionych czasów nie chcą się w sposób ostateczny dać złożyć do grobu, nie wszystko zmieniło się w żużel i popiół, dlatego sprawa Centrum powinna być z polskiej strony nieustannie nagłaśniana.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 36/2003