Wiersze Pawła Marcinkiewicza

4 lutego
Czyta się kilka minut

W słońcu jest

tak ciepło

jak w wierszu

który kiedyś

czytałem

gdzie można

było usłyszeć

cień chmury

jak idzie

przez śnieg

4 maja

Garaże za pętlą w maju,

gdy beton wybucha mleczem.

Laski na murku w słońcu,

ziomale na murku w cieniu.

W rozdzieleniu, w przeniesieniu,

w ubywaniu -

zrudziałe kopce gruzu przy stercie

kwitnących opon.

Od ziemi zaduch, duch ziemi,

tęcowanie trawy.

Nad głową mijają mgławice,

lecz trwa żar papierosa.

W zapamięci, w niewiedzeniu,

w samym rdzeniu -

gołe plecy, ostry księżyc,

Jutro czerwiec.----

22 lipca

Kiedyś to była gala, a dzisiaj

posucha...

Deszcz zacina pod słońce

i robi przekręty.

Sępia sepia kampanii wciąż drze

się na słupach.

Więdnie w bluzgach rabatka,

gdzie grillują męty

z sąsiedniego więzowca,

co kupili vana...

Jednych goni do teściów, drudzy

na zakupy.

Wiertarkowa ballada marszczy

sen firanek

i niesie się przez okna pieśń

spalonej zupy.

Tylko obłoki mają plan, jak ruszyć

z posad:

chcą obalić horyzont

nad zwiewną sukienką

przerzuconą przez trzepak.

Cień gra w klasy na ostach -

jak to w letnią niedzielę

- w sumie trochę cienko.

10 września, zapalenie ucha

W czarnej sztolni dźwięków

rozlega się popiół.

Dym przenika ciało

i spowija krwinki.

Oto rys choroby:

blok, nagie topole.

Z pętli rusza "piątka"

i huczą silosy

Fabryczki cementu.

A dalej są tory

nieczynne od zawsze.

Wiadukt lśni od deszczu.

Ucho wciąż gadało

i teraz jest chore.

Sunie chwijnym krokiem

w zadymce pościeli,

Gdy oni śpi na boku.

Trop wybiega w przyszłość:

męczennicy ucha

wyruszą do gardła

Po niewierny język.

Płomień liże ściany,

sufit dudni głucho -

koniec jest na końcu.

26 listopada

Tak czekaliśmy

na ten arktyczny niż,

że kiedy nagle wybucha bielą

Musimy wyjść mu naprzeciw.

wreszcie czujemy na plecach

niebosiężny Szpicbergen.

Nadeszła pora,

aby paść w objęcia

pierwszemu bałwanowi

i ubrać marchewkowy nosi.

Przybądź, wietrze, i zgół nas

do zera tępą brzytewką

zmarzniętego błota...

Już dawno zapadł zmierch

i z drogi nie został ślad

W pustkowiu sinym od nazwałnicy

Wielki Listopad:

czysta rozkosz w lipcu.

PAWEŁ MARCINKIEWICZ (ur. 1969) - jest poetą, tłumaczem współczesnej poezji amerykańskiej i angielskiej, wykładowcą na Uniwersytecie Opolskim. Autor siedmiu tomów wierszy, z których ostatni "real" ukazał się w 2004 r. Tłumaczył m.in. utwory Johna Ashbery’ego, Richarda Brautigana. Laureat nagrody Czesława Miłosza.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 09/2009