Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

W obronie Santiago

W obronie Santiago

20.08.2018
Czyta się kilka minut
„TP” 33 / 2018
L

Lektura rozmowy Błażeja Strzelczyka z redaktorem naczelnym miesięcznika „W drodze” Romanem Bieleckim OP, we fragmencie dotyczącym miasta Santiago de Compostela, wprawiła mnie na moment w dezorientację („I nic. Dochodzi się do miasta pielgrzymów, takiego samego jak każde inne. Santiago de Compostela nie ma w sobie nic ciekawego. Raptem kilka wieków tradycji więcej niż Częstochowa. Na siłę, jeśli ci tak zależy, jest kilka interesujących kościołów”).

Po chwili otrząsnęłam się i uznałam, że chodziło o mrugnięcie okiem do czytelnika, zamierzoną prowokację, coś jak wydźwięk tytułu jednej z tematycznych książek: „Nie idź tam, człowieku!”. Nie wierzę bowiem – nie tylko na podstawie własnych kilkukrotnych pielgrzymich oraz zawodowych doświadczeń – żeby ktokolwiek, kto widział Santiago, mógł je na serio tak spostponować. Nawet dla czytelności ewentualnej tezy o prymacie doświadczeń drogi nad samym jej celem. Szczególnie pielgrzym, więc człowiek uważny na otoczenie. Santiago de Compostela ze swoją materialną i niematerialną urodą, i takąż podwójną dynamiką, zawiera w sobie całe światy gotowe na interakcje z przybyszem. Przynależy do drogi. I – jak wiadomo – jest początkiem drogi na świata koniec. Zamyka i otwiera, jak alfa i omega chrystogramu na elewacji katedry od strony Praterías.

Uznawszy zacytowaną na wstępie wypowiedź za figurę retoryczną, z wypuszczonym już z płuc powietrzem ulegam jednak pokusie i ślę telegraficznie krótki głos w obronie znaczenia kontekstów w doświadczeniu samej drogi i miejsca będącego jej celem. Camino ściera (nieco) bowiem nasze kanty, ale poleruje je o konkretne fragmenty szlaku. Odbywa się to w otoczeniu, które warto starać się rozumieć, podchodząc do niego z pewną dozą pokory –

bo idzie się przez ziemię, na której jest się gościem.

A samo Santiago zapada przecież w serce od pierwszych nieśmiałych wejrzeń. Żeby to poczuć, nie potrzeba studiować opisu „wyjątkowej powszechnej wartości”, stworzonego przez UNESCO na potrzeby wpisu miasta na listę Światowego Dziedzictwa w 1985 r. Zielone, majestatyczne, a zarazem pozbawione pretensji, prześwietlone słońcem, częściej zanurzone w nostalgicznych mgłach. „Pada deszcz w Santiago / moje kochanie najsłodsze” – pisał Federico García Lorca („Madrigal á cibdá de Santiago”), w zachwycie wybierając do złożenia swoich galicyjskich strof nie kastylijski, ale język tej ziemi. Ze słonecznym tarasem Quintany, zmieniającym się po zmroku w niepokojącą przestrzeń byłego cmentarza, gdzie straszy cień pielgrzyma, a wspomniany Lorca tańczył z księżycem. Z podominikańskim kompleksem klasztornym na Bonaval, mieszczącym wspaniale zachowany gotycki kościoł, jedną z pereł XIV-wiecznej architektury mendykanckiej.

Z cieniem pewnego polskiego rycerza, który śpiewając rzewne coplas o Matce Bożej z Muxii może pociągnąć cię za sobą na koniec świata, gdzie odnajdziesz swój dom. Ale to osobna historia, jedna z bardzo wielu. „Ultreia – suseia – Santiago!”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

ciekawy przypadek"obrony Częstochowy" [nomen omen i btw] - teologiczno-metafizyczne spojrzenie Pani MG na miasto, podczas kiedy BS jakby mimochodem pisze co widać, słychać i czuć. No i dobrze, że jest możliwość takiej konfrontacji - jednak w tym przypadku uważam, że Autorka o wiele za daleko zabrnęła w 'polerowanie niematerialnych kontekstów', rozwodzi się nad mgiełką wspartych cytatami swoich emocji, skąpiąc jednocześnie rzeczowych argumentów - proszę Pani, gołym okiem widać, że Pani w i e r z y w to, co pisze

czego nie widzi, goniąc za metafizycznym podnieceniem. Nic dziwnego, że drażni go materialna "zwyczajność" Santiago: kościoły z kamienia, zamiast z jaspisu i chalcedonu, ludzie jedzą, piją, kupują pamiątki i stoją w długiej kolejce do relikwiarza, żeby przez dwie sekundy objąć Apostoła ramionami, spoglądając zza jego pleców z góry na nawę kościoła. A powinni w ekstazie tańczyć i śpiewać psalmy? Może faktycznie średniowieczne domy i olbrzymia katedra otoczona czterema placami nie robią wrażenia za którymś tam razem, ale Santiago naprawdę wygląda tak, jak opisuje je pani MG.

ano tak, jak to widzi m y, a widzi m y tak, jak nasze specyficznie zaprogramowane mózgi przedstawią - znam na przykład kogoś, kto stanął przed mauzoleum Taj Mahal i z tego doświadczenia wspomina jedynie jakieś śmieci przy wejściu - a że ten ktoś to z babki prababki typowa Ślązaczka, więc sprawa jest jasna +++ czy Santiago trzeba bronić? oczywiście, że nie trzeba, a jakim jest n a p r a w d ę i tak zobaczą tylko nieliczni

Turysta postrzega świat w sposób specyficzny, w gruncie rzeczy mało zdeterminowany "obiektywnym" obrazem roztaczającym się przed oczyma, co znakomicie opisał MacCannell w (oczywiście) "Turyście". Chciałem tylko podkreślić, że w intersubiektywnym doświadczeniu moim i p. Goras wiele rzeczy się zgadza. Rozmówca BS też nie pielgrzymowałby wielokrotnie, gdyby coś go tam nie ciągnęło. Moje osobiste Camino to "Droga Mleczna" Buñuela - jedyny powód, dla którego raz włączyłem Santiago do trasy podróży przez Hiszpanię. Przy czym miasto w filmie pojawia się tylko przez parę sekund, więc nawet nie chodzi o jego materialny aspekt. Rzecz jasna, katedra, zieleń i ogólnie atmosfera warte są podróży. Znam też takich wykształconych, oczytanych i obdarzonych talentem do zajmującej konwersacji, którzy odwiedzane egzotyczne miejsca zawsze opisują jak owa Ślązaczka, jakby dla nich główną przyjemnością wynikającą z podróżowania było skonstatowanie na koniec za Kubą Sienkiewiczem: "wszystko ch..." ;)

pielgrzymom, w szczególności tym "Jakubowym" - tak mi się chyba słusznie [?] wydaje - chodzi raczej o d r o g ę, nie o c e l, droga j e s t celem mówiąc wprost - w przeciwnym razie proszę bardzo, klik-klik, tanie linie i w parę godzin ląduje Pan niedaleko Santiago czy co kto lubi z tej materii - ale skoro Pana c i ą g n i e tam właśnie, no to widać się podoba faktycznie i tyle
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]