Tęsknota za silną ręką

Latynoamerykański "zwrot w lewo to powtarzany od kilku lat banał. A właściwie fałszywe uogólnienie: tutejsza lewica to często leksykon pustych haseł, populistyczny czek bez pokrycia. Albo napuszony niepojętą dumą nacjonalizm.
Czyta się kilka minut
3 grudnia 2006 r. w wyborach prezydenckich Hugo Chavez zapewnił sobie drugą kadencję. Na zdjęciu mural wyborczy w stolicy Wenezueli - Carracas /fot. Ł. Tomczyk /
3 grudnia 2006 r. w wyborach prezydenckich Hugo Chavez zapewnił sobie drugą kadencję. Na zdjęciu mural wyborczy w stolicy Wenezueli - Carracas /fot. Ł. Tomczyk /

Radykałowie powiadają dziś, że Ameryka Łacińska obudziła się po dwóch dekadach neoliberalnych katastrof. Że nie chce już więcej technokratów upojonych ekonomicznymi wskaźnikami, skrywającymi nędzę milionów. Że chce rządów, które staną nie po stronie oligarchii, lecz ludu. I rzeczywiście, od dziesięciu lat kraj za krajem wybiera prezydentów deklarujących "socjalistycznopodobne" sympatie. Wykrzykują hasła o społecznej sprawiedliwości. Zapewniają, że zapanować ma ona po raz pierwszy w historii kontynentu, ciemiężonego od pięciuset lat.

Jednym słowem: Ameryka Łacińska podobno ostro skręca w lewo. I nie ma to być tylko abstrakcyjny fakt polityczny, ale gruntowna społeczna transformacja. Koniec "bankietu bogaczy". Czas na wielką historyczną nobilitację mas. Dotąd były one najczęściej ubezwłasnowolnioną ofiarą poronionych eksperymentów, brutalnych dyktatur, najzwyklejszej hipokryzji oraz nieudolności i nieuczciwości polityków.

Teraz lud

Ale to tylko powierzchowna prawda. W gruncie rzeczy nie dokonuje się żadna radykalna transformacja społeczna. Popularność lewicy - to kolejna z niezliczonych wariacji na temat chorobliwego nacjonalizmu, żądzy władzy i naiwności, które od dwustu już lat niepodległości krajów Ameryki Łacińskiej widać w każdej tragedii tego kontynentu.

Wielu komentatorów pisze o latynoskim "skręcie w lewo" z niepokojem. Ale problem nie w tym, że Ameryka Łacińska skręca w tym czy innym kierunku, lecz w tym raczej, że tłumy chcą powrotu ku odwiecznym kulturowym atawizmom, wyrosłym z prawdziwych i urojonych historycznych krzywd. Po krótkim okresie zauroczenia myślą, że coś dobrego mogłoby dla kontynentu wyniknąć z uczestnictwa w globalnej gospodarce, miliony chcą powrotu do dawnych - i od dawna nieaktualnych - podziałów. W których "my" to ofiary, a "oni" to cwani kapitaliści i imperialiści, nic innego nie mający w głowach poza bezwzględnym ciemiężeniem Latynosów.

Nie są to predylekcje, które generalnie kształtowałyby latynoską politykę, ale z pewnością jest to jeden z "najwdzięczniejszych medialnie" i najbardziej spektakularnych latynoskich tematów ostatnich lat. Ale nawet jeśli tutejsi politycy wtórują czasem rozwścieczonym masom, to mało który bierze sobie podobne sentymenty do serca - a przynajmniej nie dłużej niż na czas kampanii wyborczej.

Lata 80. i 90. były dla Ameryki Łacińskiej czasem neoliberalnego eksperymentu, który przynieść miał względną, ale za to powszechną pomyślność, lub przynajmniej ulżyć najuboższym. Ekonomiczny racjonalizm miał zagrzebać przepaść między nieprzyzwoitym bogactwem nielicznych elit a prawdziwie trzecioświatową biedą mas - na kontynencie, którego połowa mieszkańców żyje poniżej granicy ubóstwa. Gdzie przepaść między skrajnym bogactwem a najprawdziwszą nędzą nie ma w świecie równych.

Niewiele z tego wyszło i mało też z tamtych nadziei pozostało. Większość nadal klepie biedę i nikomu nie jest z nią lżej tylko dlatego, że ileś tam powstało fortun. One jeszcze bardziej umocniły przekonanie ludzi, że oto po raz kolejny padają ofiarą łupieżczych oligarchii. Że bogaci jeszcze bardziej się wzbogacili, a my jesteśmy w jeszcze głębszej biedzie. Cóż dał obywatelom kontynentu entuzjastycznie reklamowany neoliberalny cud? Przekonani są najczęściej, że całe to neoliberalne gadanie nie przyniosło nic poza katastrofalnymi kryzysami gospodarczymi, kolosalnymi aferami korupcyjnymi, grabieżą, wyprzedażą majątku narodowego na niespotykaną wcześniej skalę. Wprawdzie Chile niby cieszy się względnym dobrobytem, ale przecież nikogo nie obchodzi, że gdzieś tam komuś nie jest aż tak źle.

Klęska była tak oczywista, że lata 80. przyjęło się nazywać "straconą dekadą", a podobnie mówiło się często i o kolejnym dziesięcioleciu. Synonimem nowoczesnego zniewolenia i wyzysku stał się neoliberalny projekt wraz z tzw. Konsensusem Waszyngtońskim (twórcą tego pojęcia był John Williamson, dyrektor Instytutu Gospodarki Światowej w Waszyngtonie; podstawą tej koncepcji z 1989 r. był pogląd o konieczności prowadzenia twardej polityki finansowej, połączonej z liberalizacją handlu i zmniejszeniem ingerencji państwa w gospodarce; zalecenia twardej polityki finansowej kierowano głównie do krajów Ameryki Łacińskiej). W efekcie odżyła histeryczna retoryka lewicowych populistów, którzy stanęli w obronie wyzyskiwanego ludu wobec "faszystowskiego" rządu amerykańskiego "giganta z północy". Często pod moralnym protektoratem Fidela Castro, groteskowego patrona niestrudzonej walki o narodową godność, demokrację, suwerenność i prawa człowieka...

Takich ludzi jak Hugo Chávez w Wenezueli, Evo Morales w Boliwii, Luiz Inácio Lula da Silva w Brazylii, Lucio Gutiérrez i Rafael Correa w Ekwadorze czy Andrés Manuel López Obrador w Meksyku wyniosła na polityczne szczyty retoryka antyliberalna i najczęściej agresywna, antyamerykańska. Pięciu pierwszym przyniosła prezydenturę, a Obrador był od niej przed kilkoma miesiącami o włos. O ułamek procenta przegrał wybory, ale zmienił natychmiast swą porażkę w kolejny symbol podłości "neoliberalnych faszystów", którzy sfałszować mieli ponoć wyniki, by dalej bezkarnie bogacić się nędzą milionów.

Ropą płynący populizm

Cóż to jednak znaczy "latynoamerykańska lewica"? Jest tak rozdarta między skrajnościami, że szukanie wspólnego mianownika traci sens. Z jednej strony Wenezuela, Boliwia czy Meksyk gotowe są oddać się w ręce anachronicznego populistycznego nacjonalizmu, opartego na charyzmie mesjanistycznych przywódców. Nacjonalizm jest historycznym dziedzictwem prawicy - obmyślony w celu radykalnego zróżnicowania narodów. W Ameryce Łacińskiej stał się jednak uniwersalnym językiem anachronicznej lewicy. Jej historyczną misją ma być odzyskanie godności, zdeptanej przez konkwistę i udatnie zawoalowany neokolonializm.

Z drugiej strony mamy nowoczesną i całkowicie obojętną na zamierzchłe ideologie lewicę chilijską, której symbolem jest były prezydent Ricardo Lagos i jego następczyni Michelle Bachelet. A gdzieś pośrodku miotają się - między przykazaniami politycznego rozsądku a szantażem zradykalizowanych społeczeństw - ci, którzy znają hipnotyczną moc nacjonalistycznych haseł. Ale i świadomi są, że w świecie realnej polityki nic dobrego z nich nie wynika.

Prezydent Wenezueli Hugo Chávez opowiada o budowie "socjalizmu XXI wieku", posługuje się antyamerykańskim, ropą płynącym populizmem. Szasta naftowymi dolarami na dowód, że na sercu leży mu los biedoty. Rozwodzi się nad geniuszem Fidela Castro w przekonaniu, że na tym właśnie polega lewicowa wrażliwość na niesprawiedliwości kapitalizmu - i mało go obchodzi, że prowadzi kraj ku ruinie. Jako godny dziedzic Castro i samozwańczy dziedzic Bolivara chce wyzwalać cały kontynent i stać na straży jego honoru przez następne 15 lat. Może jego ambicje okażą się tak samo dożywotnie, jak w przypadku jego bohatera? Jego antyimperialistyczne ambicje mają zresztą szerszy zasięg niż jakieś tam lokalne koalicje narodowowyzwoleńcze. Przed kilkoma tygodniami Chávez przyjął prezydenta Iranu i razem obiecali wsparcie tym krajom, które dość mają "imperializmu USA".

Z kolei boliwijski socjalizm Evo Moralesa, pierwszego indiańskiego prezydenta swego kraju, to rasizm ? rebours, który wspiera się na historycznym poczuciu krzywdy doświadczonej przez Indian i na autystycznym nacjonalizmie. Nie wiadomo jednak, na czym miałoby polegać równouprawnienie tradycyjnego obrazu świata i wymogów nowoczesnej ekonomii.

Także meksykański Marcos z Narodowowyzwoleńczej Armii im. Emiliano Zapaty na historycznej krzywdzie zbudował separatystyczny etnonacjonalizm. W ataku politycznej demencji przed ubiegłorocznymi wyborami prezydenckimi zapowiadał, że nic go nie obchodzi, kto w nich zwycięży. On i tak obali każdy rząd.

Rola lewicowych awanturników ogranicza się do spektakularnej, ale mało istotnej symboliki. Antyimperialistyczne obsesje Cháveza mają powierzchowny urok, bo Latynosom imponuje zazwyczaj, że ktoś tam postawi się Amerykanom i naurąga - do tego stopnia, że mimo całej kryminalnej historii kubańskiego reżimu to właśnie Castro jest do dziś symbolem suwerenności. Morales i Marcos stali się symbolami odzyskanej godności, a Castro za życia został kanonizowany nie tylko przez radykałów.

Ale nie cały lewicowy impuls wyczerpuje się tu w bezproduktywnej demagogii. Jest często świetną taktyką wyborczą, która jednak po zwycięstwie staje się raczej receptą na gospodarczą katastrofę. Nawet pozorni lewicowi radykałowie spuszczają więc szybko z tonu i zaczynają przestrzegać reguł liberalnej gospodarki.

Tak było w przypadku Brazylijczyka Luli da Silvy, niegdyś radykalnego związkowca. Z kolei prezydent Argentyny Néstor Kirchner zdobył po części popularność dzięki tzw.

estilo K.: wyzywającej wzgardzie wobec reszty świata. Podobało się to Argentyńczykom, bo przekonani byli, że wielki kryzys z roku 2001 wziął się bezpośrednio z neoliberalnej polityki dyktowanej przez USA, na której skorzystały wyłącznie inne kraje. Ale i Kirchner wie, że choć taka popularność dobra jest na okazjonalne masówki, to gospodarka rządzi się swoimi regułami.

Obaj, Silva i Kirchner, w kontynentalnym patriotyzmie i lewicowym kumoterstwie klepią Cháveza po plecach, ale politycznie ani gospodarczo nic z nim wspólnego mieć nie chcą. Bo wiedzą, tak jak wie to Michelle Bachelet i lewicowy prezydent Urugwaju Tabaré Vázquez, że pomyślność narodów nie bierze się ani z agresywnej demagogii, ani ze znieczulania mas wyliczaniem łajdactw kolonizatorów.

Także Daniel Ortega, niegdyś jedna z najważniejszych postaci latynoskiej lewicy, który po 16 latach powrócił właśnie do władzy w Nikaragui, w niczym nie przypomina dziś marksistowskiego partyzanta.

Skończyła się już epoka ideologii, a gospodarka nie jest ani prawicowa, ani lewicowa, tylko racjonalna lub irracjonalna - szybko rozwijające się komunistyczne Chiny i tonąca w upadlającej nędzy komunistyczna Kuba są tego dowodem.

Krucha demokracja

Nowoczesna i umiarkowana lewica latynoamerykańska, którą symbolizuje Chilijczyk Ricardo Lagos, nic nie ma wspólnego z pogrobowcami "zimnej wojny", widzącymi w każdym oponencie faszystę, którym nic nie przeszkadza maszerować z portretami Stalina, Lenina, Marksa i Che Guevary, a w Fidelu Castro dostrzegać żywy mit postępowej części ludzkości. Ta pierwsza dowodzi, że lewicowy rząd może być przewidywalny i odpowiedzialny, zaś druga to nie tyle fakt polityczny, ile zjawisko socjologiczne. Lokalny folklor żywiący się sentymentami i niechęciami, które rzadko dyktują politykę państwa.

Jeśli coś źle wróży Ameryce Łacińskiej, to nie jest to "zwrot w lewo", ale nieufność wobec instytucji, będąca swego rodzaju kolonialnym dziedzictwem, oraz względna kruchość tutejszych demokracji.

W Meksyku na wielusettysięcznych wiecach po przegranych wyborach Andrés Manuel López Obrador - w wielkiej kampanii kłamstw i demagogii - krzyczał: "Do diabła z instytucjami". Jego rozognionym zwolennikom nie trzeba było dowodów na rzekomo popełnione wyborcze fałszerstwa. Wiedzą z góry, że instytucje państwa to prawnie usankcjonowane łajdactwa.

Według raportów chilijskiej organizacji Corporación Latinobarómetro zdecydowana większość Latynoamerykanów to na pozór zawołani demokraci. Paradoksalnie jednak, wielu z nich wciąż tęskni za silnymi rządami i za dyktaturą. Połowa z nich byłaby gotowa zaakceptować rządy autorytarne, gdyby przyniosły one poprawę sytuacji gospodarczej. Szefowa Corporación Latinobarómetro Marta Lagos twierdzi, że im więcej osób uważa, iż gospodarka związana jest z demokracją, tym bardziej ta druga jest zagrożona, i że w stabilnych demokracjach najgorszy nawet rząd nie podważa zaufania do demokracji jako systemu.

Przyszłość kontynentu najjaśniejszym blaskiem lśni w przemówieniach urzędujących, a zwłaszcza aspirujących dopiero do urzędów polityków. Ale bardziej obiektywne analizy mniej są optymistyczne. W ogłoszonym przed dwoma laty raporcie przewodniczący europejskiej Komisji ds. Stosunków z Ameryką Południową Rolf Linkohr pisał: "Wpływ Ameryki Łacińskiej na wydarzenia w świecie coraz bardziej się zmniejsza. (...) Zaskakuje, że pomimo wszelkich zachodzących w świecie zmian, w których uczestniczy także Ameryka Łacińska, tak mało zmieniło się w nieco przygnębiającej perspektywie tego kontynentu".

Z kolei amerykańska National Intelligence Council pisała w tym samym czasie w futurystycznym raporcie, że w 2020 r. Ameryka Łacińska będzie wewnętrznie podzielona i cierpieć pod nieudolnymi rządami. Grozić jej będzie także pojawienie się nowych charyzmatycznych populistycznych przywódców, grających na odwiecznych obawach dotyczących powiększającej się przepaści między bogatymi a biednymi.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru TP 09/2007