Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Przemoc w pracy: akademickie patologie [WASZE GŁOSY]

Przemoc w pracy: akademickie patologie [WASZE GŁOSY]

29.11.2018
Czyta się kilka minut
Po złożeniu wypowiedzenia na uniwersytecie poczułam się, jakbym uciekła z systemu totalnego, wyszła z więzienia. Teraz widzę, że doświadczanie systemowej przemocy, na podobieństwo więziennych krat, odcina od kontaktu z rzeczywistością, utrudnia trafny ogląd spraw.
D

Do redakcji Tygodnika Powszechnego szeroką falą zaczęły napływać historię prześladowanych pracowników. Rozpoczynamy publikację wybranych świadectw. Niech to będzie początek huraganu, który oczyści powietrze w polskich firmach, redakcjach, instytucjach i placówkach akademickich. Ku pokrzepieniu ofiarom mobbingu i pod rozwagę ich prześladowcom.


Byłam etatową pracowniczką trzech uniwersytetów zajmujących najwyższe pozycje rozmaitych list rankingowych i renomowanej uczelni prywatnej. Każde z tych miejsc było przesiąknięta kumoterstwem i brakiem szacunku dla ludzi. We wszystkich doświadczałam wymuszeń i pomniejszania kompetencji, jednak nie spodziewałam się, że skala przemocy może być tak wielka.

Głównym motywem zebrań organizacyjnych jest „musizm”. „Musicie wziąć te nadgodziny”, „Trzeba obsadzić seminaria, każdy doktor musi wziąć choć jedno”, „Musicie przygotować te raporty dzisiaj”. Przełożony nie bawi się w uprzejmości. Osoby, które mówią niewygodne dla niego rzeczy, publicznie ignoruje lub zbywa, pomniejszając znaczenie także wieloletnich, zasłużonych pracowników. Jeśli na zebraniu są przydzielane zadania, których nikt z obecnych absolutnie nie chce się podjąć, przypisuje się je osobom nieobecnym albo sprawę odkłada się na rozmowę indywidualną, w której łatwiej pracownika zastraszyć.

Na jednym z zebrań obecnością zaszczycił nas przedstawiciel władz wydziału. Poinformował, że osoby, które zdobędą grant badawczy (oznaczający ekstra-pieniądze dla uczelni, z których dostaną ułamek)… nie zostaną zwolnione – co, z poczuciem humoru typowym dla ludzi oswojonych z przemocą, uznaliśmy ze współpracownikami za interesujący system motywacyjny. Zwierzchnik podkreślił także, że „Jak komuś się nie podoba, to może się zwolnić”.


CZYTAJ TAKŻE: Chcemy rozpocząć rozmowę na temat mobbingu. Będzie trudna, ale jest konieczna.Byliście poniżani, zastraszani, wzgardzani przez pracodawcę? Opiszcie to z hashtagiem #przemocwpracy lub wyślijcie na przemocwpracy@tygodnik.com.pl, opublikujemy Wasze świadectwa anonimowo. Napiszcie też, co wtedy czuliście.


Osoby ze stopniami naukowymi, także doktora, wykonują prace administracyjne znacznie poniżej swoich kompetencji: opracowują harmonogramy, szukają sal na zajęcia i je przydzielają, obsługują stronę internetową, sporządzają rozmaite zestawienia i raporty, kserują testy egzaminacyjne. Do prac tych są zmuszane pomimo, że oprócz nich wykonują zwyczajne obowiązki: prowadzą zajęcia (włącznie z, także wymuszanymi, nadgodzinami) oraz zajmują się pracami organizacyjnymi zgodnymi z kompetencjami, takimi jak opieka nad studenckimi kołami naukowymi czy redagowanie czasopism.

Co w tym czasie robią pracownicy administracyjni? Trudno powiedzieć. Zebrania protokołują asystenci i adiunkci, nawet jeśli obecna jest na nich sekretarka. Pracownik techniczny rezyduje w pokoju bez klamki, co utrudnia poproszenie go o jakąkolwiek pomoc. Atmosferę niesmaku i grozy nasilają plotki o pracownikach, którzy zostali zwolnieni, bo „podpadli ważnym osobom”. Tuż po rozpoczęciu pracy dowiedziałam się, że powinnam uważać, bo zwolnienie dyscyplinarne można dostać pod byle pretekstem (np. wyjścia z pokoju w trakcie dyżuru dla studentów).

Jedno jest pewne – pracownikom naukowo-dydaktycznym nie starcza czasu na prowadzenie badań, od których zależy ich dalsze zatrudnienie. Przytłacza ich nie tylko ilość prac administracyjnych, lecz także szereg niewygód, takich jak brak pomocy dydaktycznych w salach wykładowych czy brak dostępu do uczelnianego parkingu. Ot, codzienne formy utrudniania pracy, przypominające im o niskim statusie.

Na pierwszym uniwersytecie, w którym przygotowywałam doktorat, odebrano mi możliwość prowadzenia zajęć ze studentami, co było „karą” za zmianę promotora pracy doktorskiej. Jedna ze złotych zasad akademickich brzmi: „Nie będziesz występował/a przeciw samodzielnemu pracownikowi naukowemu” (co znaczy, że doktorom habilitowanym i profesorom należy się bezwzględny posłuch, nawet jeśli postępują niczym kapryśni greccy bogowie). Złamałam tę zasadę i poniosłam konsekwencje.

Na drugiej akademii, w której zatrudniłam się po zwolnieniu z alma mater – zwolnieniu nieformalnym, bo doktoranci nie mają praw pracowniczych, chociaż pracują tak, jak osoby na etatach – przełożona wymuszała na mnie m.in. polecanie studentom swojego podręcznika. Wieczorami i w weekendy dzwoniła do mnie na godzinne rozmowy, w trakcie których dostawałam kolejne pouczenia. Jakiekolwiek próby dyskusji ucinała, uzasadniając to moim młodym wiekiem i brakiem doświadczenia. Byłam jej równa doktorskim stopniem, przed trzydziestką, miałam ponad pięcioletnie doświadczenie naukowo-dydaktyczne.

Przeniosłam się na trzecią uczelnię, prywatną, na której pracowało mi się najlepiej – do momentu, w którym przestałam dostawać pensję – choć i tam przemocy było pod dostatkiem. A to okazywało się, że „muszę” poprowadzić jakiś kurs pomimo braku odpowiedniej wiedzy, a to słyszałam na swój temat uwagi w stylu: „Wiesz, przyjdzie do ciebie taka młoda, ładna pani adiunkt”. Nigdy nie słyszałam, żeby jakiś pan adiunkt był ładny czy przystojny, jednak mówienie o wyglądzie kobiet, z pominięciem ich kompetencji, jest na polskich uczelniach standardem.

Na kolejnym uniwersytecie, na którym miałam nieprzyjemność pracować – wróciłam na państwowy etat, kiedy prywatny pracodawca przestał mi płacić – koleżanka ubiegająca się o stanowisko adiunkta dowiedziała się ponoć na nieformalnej rozmowie kwalifikacyjnej, że dzięki swojej urodzie po zatrudnieniu chyba nie będzie musiała nic robić. Ten uniwersytet był moim ostatnim – w ciągu czterech lat zatrudnienia właściwie każde pójście do pracy skutecznie mobilizowało mnie do przygotowywania gruntu pod zawodową zmianę.


CZYTAJ TAKŻE: Jeśli każda władza deprawuje, to władza pracodawcy w kraju bez bezrobocia może być największą szarą strefą przemocy. Oto mobbing, codzienna patologia polskiej pracy, w specjalnym raporcie "TP".


Nasz system akademicki jest z gruntu zepsuty m.in. dlatego, że hierarchiczne struktury umożliwiają pięcie się po szczeblach kariery przede wszystkim osobom posłusznym wobec tych, którzy stoją w hierarchii wyżej, a przemocowym wobec tych, którzy zajmują niższe pozycje. Najniżej w hierarchii akademickiej znajdują się oczywiście studenci, i to oni są w tym układzie najbardziej stratni. Młodzi ludzie dostają na uczelniach mniej więcej taki przekaz: kiedy musicie, bądźcie ulegli, jak możecie, pozwalajcie sobie na więcej. A przede wszystkim: jesteście nieważni; chcecie przetrwać, to kombinujcie. Niechęć do uczestniczenia w systemie, który podtrzymuje błędne koło przemocowych praktyk społecznych w naszym kraju, była jedną z przyczyn mojej rezygnacji z dalszej „kariery akademickiej”. Moje możliwości odczyniania instytucjonalnego zła były niewielkie, pomimo zaangażowania w dydaktykę i kontakt ze studentami. Przede wszystkim byłam świadkiem – a bycie świadkiem jest formą zgody na niewłaściwe praktyki, ich podtrzymywania. Wolę możliwość spokojnego patrzenia na siebie w lustrze niż etatowe świadczenia socjalne i pieniądze.

Płace są zresztą na uczelniach kiepskie. Wielu pracowników naukowo-dydaktycznych to wysokiej klasy specjaliści, a zarabiają po trzy, cztery, pięć tysięcy. Niskie pensje to jedna z przyczyn zepsucia systemu akademickiego – osoby, które się na nie godzą, stawiają się z góry na przegranej pozycji. Jeśli ekspert akceptuje miesięczne wynagrodzenie równe wynagrodzeniu za jednodniową specjalistyczną konsultację, to tak jakby dawał sygnał: „Możecie zrobić ze mną, co chcecie”. I zgadza się na różne rzeczy, na przykład na kuriozalny wymóg pracy na studiach niestacjonarnych, czyli w soboty i niedziele, za normalną (czyli niską) stawkę. Po ograniczeniu handlu w niedziele, czekam na moment, w którym temu problemowi przyjrzą się ustawodawcy. Przez kilkanaście lat etatowej pracy miałam zajęty przeciętnie co drugi weekend, zdarzało się, że wyczerpującymi, np. ośmiogodzinnymi wykładami. Zdarzały mi się też kilkumiesięczne ciągi, w których nie miałam ani jednego wolnego weekendu.

Ze względu na relatywnie niskie płace i mało komfortowe warunki pracy (wynikające choćby z konieczności pracy w weekendy czy ograniczenia urlopowego okresu do lipca i sierpnia), uczelnie zaczęły uchodzić za przechowalnie dla osób życiowo nieporadnych albo za miejsca, w których, żeby przeżyć, trzeba się nakombinować. Mam wrażenie, że akademickie patologie nasilają się z każdym rokiem, a grupy osób ideowych, zaangażowanych w naukę i dydaktykę topnieją i nie są w stanie powstrzymać postępującego zepsucia.

W końcu się zwolniłam. Koleżanki z byłej pracy poinformowały mnie, że przełożony skomentował moje zwolnienie na zebraniu, w pogardliwym tonie. Zauważył ponoć, że w przeciwieństwie do kolegów, którzy odchodzili w tym samym czasie, nie przenoszę się na inną uczelnię, tylko odchodzę do „jakiegoś poradnictwa”. Faktycznie, przekierowałam swoją wiedzę psychologiczną z teorii na praktykę, wyszkoliłam się na psychoterapeutkę. Nieakademicka ścieżka zawodowa daje mi znacznie większe możliwości odkrywania i rozpowszechniania prawdy, działania na rzecz wspólnego dobra, do czego zobowiązałam się składając przysięgę doktorską.

Dr Anna Tylikowska, psycholożka, była pracowniczka naukowo-dydaktyczna

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Ten przypadek nie jest odosobniony ale jest częścią układanki pt. "Dlaczego polskie uniwersytety zajmują ostatnie miejsce na ŚWIECIE pod kątem kształcenia". Walka o autonomię uniwersytetów jest tutaj jednocześnie walką o utrzymanie status quo, co utrudnia rozwiązanie problemu, ponieważ jak każdy patologiczny system, nie są one w stanie same się zreformować.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]