Czy Ángel szukał Liliany tego letniego poranka, mając konkretny i ostateczny plan, by ją zabić, zakończyć jej życie raz na zawsze, wypełniając tym samym nakaz toksycznej męskości? A może Ángel działał z dziką, ale wciąż niejasną ideą, by wtajemniczyć ją w pedagogikę okrucieństwa, wymierzając przykładną karę, która pozostawiłaby ją przy życiu, ale naznaczyła jego znakiem posiadania? Cisza, która nie mogła obudzić sąsiadów, potwierdzałaby pierwszą teorię, a fakt, że sprawca poprosił o pomoc narkomanów, ujawniając swoją tożsamość, drugą. Wynik jest taki sam w obu przypadkach. Ángel dopuścił się przerażającej, śmiertelnej przemocy wobec ciała mojej siostry, kierowany, jak słusznie odnotował dziennikarz Tomás Rojas Madrid, nienawiścią. Nienawiścią do płci. Nienawiścią do niezależności i wolności kobiet. Nienawiścią do Liliany, studentki uniwersytetu, która zawsze opowiadała się po stronie miłości.
Odpowiedzi jest niewiele, a fakty są niepodważalne: od trzydziestu lat tęsknię za Lilianą każdego dnia, a w ciągu każdego z tych dni – każdej godziny. A w ciągu każdej godziny tęsknię w każdej minucie. I w każdej sekundzie. Żałoba po stracie bliskich, ukochanych kobiet, które zginęły w wyniku przemocy ze strony partnera, jest sprawą zawiłą. Jak słusznie zauważa Snyder w „Śladów pobicia brak”, osoby, którym udało się przeżyć, często z niespotykaną surowością obwiniają siebie, swoje zaniedbania lub ślepotę. Nie uchroniły tego, co najbardziej kochały; nie dostrzegły tego, co powinno być oczywiste i co działo się na ich oczach, nie powstrzymali drapieżnika. Ból, który nie oddziela się ani o milimetr od poczucia winy i wstydu, zatrzymuje je, jeszcze zanim żałoba zdąży się rozpocząć, w nieokreślonej przestrzeni, gdzie słowa tracą znaczenie, a więź z innymi i ze światem zewnętrznym stopniowo zanika. Rodziny uciekają w głąb siebie, ukrywając się nawet przed sobą. Jakie mają prawo domagać się sprawiedliwości, skoro same nie były w stanie ochronić swoich bliskich, swojej bliskiej, przed niebezpieczeństwem?
Co więcej, system obwiniania ofiary zaczyna działać, gdy rany są jeszcze świeże, i nie ustaje przez długie lata. Jest to bezlitosna, miażdżąca machina. Działa bez zarzutu i daje o sobie znać szmerem szeptów: gdyby tylko nie pozwolili jej pojechać do stolicy, gdyby nie zaczęła umawiać się na randki w tak młodym wieku, gdyby miała lepszy gust, gdyby poczekała z seksem do ślubu, gdyby podjęła lepszą decyzję, gdyby się nie pomyliła. Obojętne, ile czasu upłynęło, dobrze naoliwiony mechanizm działa nieprzerwanie wśród tych, którzy wytykają, że rodzice dużo czasu spędzali poza domem, matka pracowała, ojciec nie dawał córce wystarczająco dużo pieniędzy, chłopcy ją osaczali i nawet kobiety jej pragnęły. Daje o sobie znać w podejrzanych spojrzeniach i wymuszonych uśmiechach. We współczuciu. Działa wśród tych, którzy czując się bezpieczni, wytyczają moralną linię, która nas od was oddziela. W usilnym, natarczywym, kategorycznym żądaniu, by obwinić ofiarę, a ciebie razem z nią. W usilnym, natarczywym, kategorycznym żądaniu, by za wszelką cenę uniewinnić mordercę.
Nie uczysz się milczeć, jesteś zmuszana do milczenia.
Brutalnie uciszana.
Przez wiele lat nie wiedziałam, co odpowiedzieć na pytanie, ile mam rodzeństwa. Drżałam na samą myśl, że mogłabym je usłyszeć. A odpowiedź, kiedy decydowałam się jej udzielić, przypominała prawdziwy miszmasz: kiedyś miałam siostrę, ale już nie mam, nie miałam już jej, ale zawsze będę ją miała, miałam siostrę, miałabym siostrę, ale… Po pierwszym niezręcznym momencie, jeśli pytający nie miał manier bądź empatii, padały kolejne pytania: była starsza czy młodsza? W obawie, że później zacznie dociekać jak, kiedy i dlaczego, wolałam spuścić wzrok i odejść. Z czasem dałam za wygraną. Mówiłam, że nie mam rodzeństwa, żeby nie płakać, nie stwarzać fałszywego poczucia zaufania, nie musieć niczego tłumaczyć, nie musieć się bronić, a przede wszystkim – bronić jej. Albo w ogóle nie odpowiadałam. Zmiana tematu to umiejętność, której człowiek uczy się z czasem.
Tak było przez wiele lat.
W wierszu „Do smutnej córki” Michael Ondaatje czule zwraca się do swojej szesnastoletniej latorośli. Słodko-gorzki, nostalgiczny wiersz opowiada o typowej relacji między rodzicami i dziećmi w okresie dorastania: o drogach, które się rozchodzą, o poszukiwaniu własnej tożsamości, które oddala nastolatka od domu, o uzasadnionym buncie lub daremnym oporze. Obawiam się, że Liliana uznałaby go za dość pretensjonalny, chociaż może ugięłaby się przed niekwestionowaną miłością, którą emanuje głos liryczny. Mimo że ojciec odmawia udzielania rad, musi zaakceptować, niechętnie, że wiersz jest na swój sposób – może nawet wbrew niemu samemu – pierwszą lekcją. Radą opiekuna. Pragnij wszystkiego, radzi córce, a jeśli masz się załamać, zrób to na wyjściu, nie na wejściu.
Do dziś mam wrażenie, że w lecie 1990 roku Liliana próbowała wyjść. Liliana już wychodziła. Po tylu latach manipulacji, po latach, gdy nauczyła się spełniać żądania niedźwiedzia, by go uspokoić, po latach walki, oporu, negocjacji, szamotaniny, Liliana była w końcu na drodze do wyjścia.
Chciała wszystkiego i kochała wszystko. Żądanie niemożliwego było jej powołaniem. Lekcja, którą wyniosłyśmy z domu, to, czego nauczyli nas rodzice, utrwaliło się jeszcze dzięki książkom, wierszom, planom i budynkom, piosenkom, skomplikowanym chmurom, uniwersyteckim kampusom, podróżom, niekończącym się rozmowom, bliskim przyjaciółkom. Kiedy się załamałyśmy, Liliano, kiedy maszyna zwana patriarchatem dosięgła nas, by zmiażdżyć ciała i serca, zniszczyć przeszłość i przyszłość, wtedy, właśnie wtedy próbowałyśmy wyjść. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Liliana konsekwentnie zmierzała na zewnątrz, wierząc głęboko, szczerze, prowokacyjnie, że inne życie jest możliwe.
Inna miłość.
W wąskiej trójkolorowej papierowej torbie po prezencie bożonarodzeniowym Liliana przechowywała list, którego nigdy nie wręczyła Anie, kilka zapisanych kartek wyrwanych z zeszytów i listy, które pisałam do niej ze Stanów Zjednoczonych. W mojej ostatniej wiadomości, z 9 marca, opowiadałam jej o nowym życiu, o moich zmaganiach z systemem uniwersyteckim nastawionym na ilościową produkcję, systemie unikającym odpowiedzialności społecznej. Mniej więcej w połowie tego bardzo długiego listu napisałam, że widziałam ostatnio w kinie film „Camille Claudel”, „o rzeźbiarce, która przez lata była inspiracją dla Rodina, a ostatecznie została umieszczona na trzydzieści lat w zakładzie psychiatrycznym. Za życia niedoceniona; jej twórczość zaczęła cieszyć się uznaniem dopiero w latach osiemdziesiątych. Film wywarł na mnie duże wrażenie z kilku powodów: przede wszystkim gorączkowej pasji Camille, troski jej ojca o to, co nazywał talentami Camille, i oczywiście z powodu jej unicestwienia. Myślę, że wiele kobiet wierzyło, że naszym celem jako twórczyń jest samounicestwienie, jakbyśmy były romantycznymi bombami. Ogarnęła mnie wściekłość z powodu tamtej zbrodni i wielu innych, których nawet nie dostrzegamy wokół siebie, i natychmiast zrozumiałam, że opuszczając Meksyk, uciekałam od tych głosów, które podżegają: to przepaść, widzisz? Skacz. Rzuć się w tę pustkę. Nie chcę takiego końca ani dla siebie, ani dla ciebie, ani dla nikogo innego, bo samounicestwienie i rozczarowanie nie są wyrazem płomiennego romantyzmu, ale romantyzmu, który zabija. Jesteśmy tutaj, naprawdę pełne talentów, ale nie po to, by karmić wampiryczną władzę innych, ani po to, by na ślepo wpadać w otchłań szaleństwa, ani po to, by nieść kamień jak Święty Hieronim. Jesteśmy tutaj z czarującym ciężarem istnienia, z lekkością bytu, spokojną lekkością marzeń, ponieważ mamy wiele do powiedzenia, zrobienia, przemyślenia, przemyślenia raz jeszcze, stworzenia na nowo; ponieważ nasz punkt widzenia jest nowy dla historii, która nam go odmawiała, zawłaszczając go sobie setki milionów razy; ponieważ musimy powiedzieć: Dość tego! Ani dogmat miłości, ani dogmat sławy czy pieniędzy nie zdołają zniszczyć czegoś znacznie trwalszego i jednocześnie naszego – niewinnego, niemądrego, nieśmiałego, nieskrępowanego pragnienia, by żyć i tworzyć inne życie, piękniejsze, sprawiedliwsze. Do tego służy nasz głos i nasze ręce”.
Raúl Espino Madrigal napomknął, że kiedyś, podczas zabawy na trawie w bujnych ogrodach UAM, Liliana pożyczyła mu książkę. Spomiędzy stron niespodziewanie wypadła pocztówka. Była od ciebie, powiedział. „Czarno-białe zdjęcie z nagimi hipisami jadącymi tramwajem. Na odwrocie napis: pewnego dnia przyjedziesz tutaj i będziemy się razem świetnie bawić”.
Aktor River Phoenix zmarł w 1993 roku, a Selena, słynna meksykańsko-amerykańska piosenkarka, w roku 1995. Kiedy dowiedziałam się o ich śmierci, od razu wyobraziłam ich sobie razem. Liliana, River i Selena oraz nadzy hipisi na zboczu bardzo zielonej góry, z której wciąż można podziwiać kołyszące się rytmicznie fale Pacyfiku. Wokół nich biegają psy i koty: jest tam Fausto. Jest i Kinski. Przytłumione głosy. Od czasu do czasu słychać dalekie echo śmiechów. Jest popołudnie, letnie popołudnie spowite delikatnym złotym światłem, które powoli ustępuje miejsca ciemności. Wciąż słychać ich szepty z oddali.
I nadal żyją.
Wspieraj Festiwal Conrada! Kup bilety dobrej woli i festiwalowe pamiątki »
Organizatorzy Festiwalu Conrada: Miasto Kraków, KBF, Fundacja Tygodnika Powszechnego
Partnerzy strategiczni: Tygodnik Powszechny, Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.






