Nieelastyczni

Od 1994 roku jestem w Polsce kilka razy do roku, zazwyczaj po to, żeby przygotować jakąś podróż. Każdy pobyt jest niespodzianką - i to na kilku poziomach. Polska bardzo się zmienia: coraz częściej mogę swobodnie porozmawiać z taksówkarzem po angielsku, a nawet po niemiecku; w kawiarni nie muszę już nerwowo szukać drobnych, żeby iść do toalety; zdarza mi się regulować rachunki w euro, co bardzo ułatwia życie. Wiem, że mogę ten kraj zarekomendować turystom; do domu wrócą bezpieczni i zadowoleni.
Czyta się kilka minut

A jednak polska turystyka wydaje mi się zbyt konserwatywna. Odbiega znacząco od tego, co dzieje się dziś w świecie. Ten biznes wymaga elastyczności, śledzenia bieżących nastrojów społecznych, debat, które toczą się w różnych krajach, mód i oczekiwań. Polacy zdają się funkcjonować poza tą dynamiką zdarzeń.

Podam pewien przykład. Ostatnimi laty bardzo popularne były w Europie podróże feministyczne. Kobiety, na co dzień często żony i matki, wybierały się - wyłącznie w swoim gronie - w podróż szlakami innych kobiet. Długo - i bezskutecznie - próbowałam znaleźć w Polsce partnera (nie szukałam stowarzyszeń feministycznych, ale zwykłych biur podróży), który pomógłby mi taką wyprawę przygotować. Najczęściej moja propozycja spotykała się z niedowierzaniem, uśmiechem pobłażania, czasem nawet z niechęcią (tak, jakby chodziło o coś wybitnie niemoralnego).

W końcu przygotowałam taką podróż samodzielnie, w oparciu o bardzo solidną lekturę. Postanowiłam pokazać współczesnym niemieckim kobietom postaci królowej Jadwigi, Bony, Marysieńki Sobieskiej, Angeliki Kauffman (po Europie wędrowała właśnie poświęcona jej wystawa, a w Krakowie znajduje się piękny, namalowany przez nią portret), Izabeli Czartoryskiej, Marii Skłodowskiej-Curie, Elizy Orzeszkowej, Olgi Boznańskiej, Heleny Rubinstein, Faustyny Kowalskiej... Chciałam opowiedzieć o kobietach, które walczyły w powstaniach i szły za swoimi mężami na Syberię; o kobietach, które budowały Nową Hutę, a później - wraz z mężczyznami - współorganizowały “Solidarność".

I nie rozumiem, dlaczego taki opór u moich polskich rozmówców budził fakt, że Wawel albo Wilanów - niekwestionowane symbole polskości - można komuś pokazać także np. pod feministycznym kątem. A przecież taki właśnie sposób opowiadania przeszłości czyni ją bardziej zrozumiałą, bardziej związaną ze współczesnością, bardziej atrakcyjną.

Inny przykład, a raczej pomysł, który mogłabym zaproponować polskim biurom turystycznym. Od jakiegoś czasu trwa w Europie debata na temat wejścia Turcji do Unii Europejskiej. I Polska, mimo że w odróżnieniu od Niemiec nie ma tu mniejszości tureckiej, wiele mogłaby wnieść do tej dyskusji. Przecież w swojej historii nie tylko walczyła przeciwko Turkom, ale także utrzymywała z nimi bardzo przyjazne stosunki. Pamiętam, jak ktoś kiedyś powiedział mi, że Polacy gorzko żałowali decyzji swojego króla, który w 1683 roku poszedł ze swoją armią pod Wiedeń, żeby ratować to miasto przed nawałą turecką. Jestem przekonana, że znalazłabym klientów, którzy chcieliby, żeby ktoś wytłumaczył im ten fenomen.

ANITA FISCH jest właścicielką biura podróży specjalizującego się w podróżach studyjnych, działającego w Hamburgu.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 28/2005