Reklama

Mandala przemocy

Mandala przemocy

23.10.2017
Czyta się kilka minut
Dr hab. Piotr Balcerowicz, orientalista: Dzieje buddyzmu to również historia przemocy i zbrodni, często dokonywanej w imię tej religii, a nierzadko też przez nią legitymizowanej.
ADAM KOZAK / AGENCJA GAZETA
M

MAREK RABIJ: „Nawet gdy przepełnia cię życzliwość i miłość, nie zaśniesz obok wściekłego psa” – to słowa mnicha buddyjskiego Ashina Wirathu, który przewodzi birmańskim nacjonalistom z Ruchu 969. Zacznijmy od tego, kogo symbolizuje ten pies.

PIOTR BALCEROWICZ: Miejscowych muzułmanów.

Nie jest to język Dalajlamy.

Istotnie. Ale współczesny buddyzm ma wiele twarzy. Obok tej łagodnej, którą uosabia XIV Dalajlama, jest też inna, radykalna i ksenofobiczna. Dzieje buddyzmu to również historia przemocy i zbrodni, często dokonywanej w imieniu tej religii, a nierzadko także przez nią legitymizowanej.

Obecny Dalajlama – jeśli nie liczyć spięć na linii z Pekinem – stroni od jednoznacznych deklaracji politycznych. Woli być przywódcą wspólnoty złączonej wyznawanymi wartościami, ale jest też władcą na wygnaniu, pozbawionym wpływów politycznych, jakie mieli jego poprzednicy. W przeszłości buddyzm nie brzydził się sojuszami z tronem. Przeciwnie. W Tybecie czy Bhutanie klasztory reprezentowały przez wieki jednocześnie władzę duchową i świecką, za czym często szła przemoc. W Tajlandii buddyzm legitymizował władzę królewską za pomocą niemal tautologicznej interpretacji reinkarnacji: skoro kolejni przedstawiciele domu panującego przychodzą na świat jako następcy tronu, to znaczy, że ich poprzednicy jako władcy postępowali sprawiedliwie. W dziejach Sri Lanki i Birmy również nie brak przykładów idyllicznej symbiozy mnichów z władzą. Władze uczyniły tam buddyzm fundamentem nowej, postkolonialnej tożsamości narodowej, co uzyskało tylko poklask wśród mnichów.

Jaki wspólny mianownik można znaleźć w kraju takim jak Birma, ze 135 grupami etnicznymi, wśród których blisko 90 proc. stanowią wyznawcy buddyzmu?

Budowa tożsamości bazującej na zbitce: „Birmańczyk-buddysta”, równie fałszywej i groźnej jak „Polak-katolik”, prowadzi do wykreowania wroga. Staje się nim każdy wyznawca innej religii, np. birmańscy muzułmanie i najliczniejsi spośród nich Rohindżowie. Tak długo, jak historii nie wykorzystują politycy, zaszłości z przeszłości z reguły nie mają dużego znaczenia. W tej części Azji, ale także w sąsiednich Indiach, wiele razy dochodziło do niszczenia buddyjskich klasztorów czy świątyń hinduistycznych, ale te trudne wspomnienia nie rzutowały na z reguły pokojową koegzystencję wyznawców buddyzmu, hinduizmu i islamu. To przecież buddyjski władca królestwa Arakanu, a obecnie prowincji Birmy zamieszkiwanej przez mniejszość Rohindża, dał schronienie Szachowi Szudży z muzułmańskiej dynastii Wielkich Mogołów, odsuniętego od władzy przez brata.

W oficjalnej retoryce władz Birmy Rohindżowie są elementem napływowym. W latach 80. XX w. nie wciągnięto ich na listę owych 135 grup uznawanych przez Rangun właśnie z tego powodu – nie dlatego, że wyznają islam.

Argument o ich napływowym pochodzeniu jest politycznym wybiegiem. W rzeczywistości to Birma przywędrowała do Rohindżów. Na terenach zamieszkiwanej przez nich prowincji Rakhine, dawniej znanej jako Arakan, pierwsi muzułmanie pojawili się już VIII w. i z czasem stali się liczną grupą. W 1784 r. ówczesne królestwo Birmy, z ograniczonym dostępem do oceanu, podbiło te nadmorskie tereny. W ten sposób Rohindżowie znaleźli się w granicach buddyjskiej Birmy.

Gdy pod koniec XIX w. Birma stała się częścią Imperium Brytyjskiego, sytuacja skomplikowała się jeszcze bardziej. Aby sprawnie zarządzać nowo podbitymi terenami, Brytyjczycy ściągnęli na nie wykształconych przez siebie urzędników, robotników, a nawet przedsiębiorców z sąsiednich Indii Brytyjskich, głównie ze wschodniej części Bengalu, obecnego Bangladeszu. Wielu z nich było muzułmanami i tylko tyle łączyło ich z Rohindżami; większość z nich opuściła zresztą Birmę po uzyskaniu przez ten kraj niepodległości.

Sporadyczne konflikty, jakie wybuchały w okresie władzy brytyjskiej, wzmagały niechęć wobec wyznawców islamu. W portach w Rangunie pracowało np. wielu muzułmanów ściągniętych z Indii czy obecnego Bangladeszu. Kiepsko opłacani robotnicy w latach 30. zaczęli strajkować. W ich miejsce władze zatrudniły tymczasowo Birmańczyków, ale po zdławieniu strajków bardziej doświadczonych dokerów szybko przywrócono do pracy. Reakcja ulicy, podburzanej przez nacjonalistów, była łatwa do przewidzenia: to obcy, czyli muzułmanie, zabierają pracę miejscowym, czyli buddystom. W handlu, usługach bankowych, muzułmanie z Indii, lepiej zakorzenieni w strukturach administracyjno-gospodarczych stworzonych przez Brytyjczyków, często radzili sobie po prostu lepiej od autochtonów, choćby dlatego, że wychowali się w tych strukturach. W ten sposób konotacje „piątej kolumny” – napływowych muzułmanów wspierających okupację brytyjską – zostały niesłusznie rozciągnięte przez buddyjskich nacjonalistów na wszystkich muzułmanów w Birmie.

„Nasze ulice, wasze kamienice”?

Niestety, ludzie na całym świecie łatwo ulegają podobnym stereotypom. A jeszcze gorzej, że po uzyskaniu niepodległości przez Birmę schemat myślowy sprowadzający birmańskość do buddyzmu uzyskał niejako rządową legitymację. Narodowe ugrupowania polityczne, które doprowadziły do niepodległości kraju, od początku kreowały mit „Birmańczyka-buddysty” jako spoiwo dla mozaiki etnicznej państwa.

Nawet taka legitymacja nie wystarczy jednak za wyjaśnienie, w jaki sposób sami mnisi buddyjscy zaakceptowali tak daleko idące upolitycznienie własnej religii.

Therawada, dominująca w tej części Azji odmiana buddyzmu, trafiła do Birmy właśnie ze Sri Lanki w XI w. Pod koniec XVIII w., gdy wyspa była pod panowaniem Holendrów, do Birmy wysłano z kolei wiernych, by nabyli tam stosowne uprawnienia do wyświęcania innych duchownych i odnowili podupadłą tradycję monastyczną na wyspie. Mimo odległości oba kraje utrzymywały ożywione kontakty przez wieki, a tak się składa, że buddyzm stał się w epoce kolonialnej tożsamościowym filarem lankijskiego nacjonalizmu. Na początku XX w. zaczął też odwoływać się do epizodu z historii wyspy opisanego w buddyjskiej Wielkiej Kronice.

Buddyzm trafił na Sri Lankę w III w. p.n.e. i dla części ludności musiał być obcą ideologią. Na przełomie II i I w. p.n.e. doszło więc do odebrania władzy monarchom buddyjskim. Obrony religii podjął się buddyjski król Dutthagamani, co doprowadziło do wielu masakr. To wtedy po raz pierwszy w buddyzmie południowym pojawiła się koncepcja, że zabijanie dla zachowania tożsamości religijnej nie jest występkiem. Król uznał, że przemoc i eksterminacja innowierców są usprawiedliwione, gdy wiążą się z ochroną Dharmy, a tym samym wspólnoty religijnej.

W buddyzmie istnieją tzw. trzy klejnoty: sam Buddha, Dharma, czyli jego pouczenie, oraz Sangha, wspólnota wiernych. Odwołując się do historii wyspy i doktryny buddyjskiej, lankijscy narodowcy w XX w. wypracowali koncepcję, zgodnie z którą władza ma reprezentować większość buddyjską, a więc Sanghę, i zadbać o przetrwanie wiary, Dharmę. Za tym szedł już wniosek, że pełnoprawnymi mieszkańcami Sri Lanki są tylko buddyjscy Syngalezi. Walpola Rahula, najwybitniejszy przedstawiciel lankijskiej myśli buddyjskiej XX w., nie miał wątpliwości, że w sporze islamskich Tamilów z Syngalezami wojsko nie może być rozjemcą; musi stanąć po stronie buddyjskiej większości. Mnisi święcący broń to na Sri Lance nic wyjątkowego. Usprawiedliwiali oni nawet ludobójstwo na Tamilach podczas ostatniej wojny domowej.

Birma łatwo przejęła te koncepcje. Czy dlatego, że krajem od 1962 r. rządziła junta?

Dyktatorzy w mundurach chętnie bratają się z duchownymi, jeśli mogą coś na tym zyskać. Generał Ne Win, który w 1962 r. przejął władzę w Birmie w zamachu stanu, rozumiał, że nie ma poparcia w żadnej z grup etnicznych, dlatego gorliwie fraternizował się z buddyjskimi duchownymi, wspierał klasztory i wzmacniał buddyjski nacjonalizm.

Podobną strategię obierali również jego przeciwnicy i poprzednicy. Generał Aung San, ojciec noblistki Aung San Suu Kyi, oraz jego otoczenie polityczne też uważali, że bez poparcia buddyjskich duchownych nie stworzą w Birmie nowoczesnego państwa narodowego. A duchowni – jak to duchowni – co prawda ćwiczą się w ascezie, alenie zawsze potrafią się oprzeć czarowi władzy i pieniędzy.

Dziś Suu Kyi i jej Narodowa Liga na Rzecz Demokracji realizują ten sam scenariusz jednego buddyjskiego narodu, który uderza nie tylko w muzułmanów. W kraju jednej religii nie ma miejsca także dla chrześcijańskich Kaczinów z północy kraju, przeciwko którym armia nie waha się użyć nawet bombowców!

Armia najwięcej zyskuje na eskalacji napięć religijnych?

Bez wątpienia. Konstytucja gwarantuje wojsku jedną czwartą miejsc w parlamencie i obsadę kluczowych resortów, generałowie zdają sobie jednak sprawę, że demokratyzacja życia publicznego, na którą przystali pod presją kryzysu ekonomicznego i z lęku przed dominacją chińską, jest procesem nie do zatrzymania. Mogą go co najwyżej monitorować. Kreowanie mitu wroga-niebuddysty wzmacnia obraz armii jako siły pronarodowej, a kontrolowana destabilizacja kraju daje armii legitymację do utrzymania politycznych przywilejów. Dlatego wojsko dopuszcza się zbrodni na Rohindżach, podsyca wystąpienia antymuzułmańskie i wspiera ugrupowania nacjonalistyczno-buddyjskie. Pamiętajmy o jeszcze jednym. Generałowie są największymi beneficjentami otwarcia Birmy na świat, dzięki temu szybko stali się właścicielami wielkich firm i odbiorcami inwestycji zagranicznych. Argument religijny to świetny straszak na konkurencję. Gdy Ashin Wirathu i jego Ruch 969 nawołują do bojkotu firm należących do muzułmanów, wojskowym pewnie serce rośnie.

W styczniu emerytowany żołnierz zastrzelił Ko Ni, znanego birmańskiego prawnika i działacza muzułmańskiego.

Zabójstwo Ko Ni z armią łączą tylko poszlaki. W innych przypadkach mamy jednak dowody. Jeszcze przed wybuchem tkzw. szafranowej rewolucji przeciw rządom junty w 2007 r. doszło w Mandalay do pogromów wyznawców Proroka po rozpowszechnieniu pogłosek o zgwałceniu przez muzułmanów młodej buddystki. Po pewnym czasie miejscowi aktywiści buddyjscy wydali oświadczenie, w którym przyznali, że do gwałtu nie doszło, a plotkę rozpowszechniało wojsko, aby odwrócić uwagę od zamordowania kilku więźniów politycznych. Można przypuszczać, że inne wystąpienia przeciwko muzułmanom również podsyca armia. No i wreszcie Rohindżowie. To, co się dzieje teraz w Arakanie, trudno nazwać inaczej niż ludobójstwem.

Przeciwko któremu nie protestuje nawet noblistka Aung San Suu Kyi.

The Lady – jak zwą ją w Birmie – uchodzi na Zachodzie za obrończynię praw człowieka. W rzeczywistości Suu Kyi zawsze walczyła tylko o władzę, a jej światopogląd polityczny odzwierciedla większość narodowościowych stereotypów Bamarów, głównej grupy etnicznej w Birmie. Nie wierzę, że zaryzykuje teraz utratę władzy dla czegoś tak nienamacalnego jak prawa człowieka.©℗

Dr hab. PIOTR BALCEROWICZ jest orientalistą, filozofem i kulturoznawcą. W Polsce opublikował m.in. „Afganistan. Historia – ludzie – polityka”, „Dżinizm. Starożytna religia Indii” oraz „Historię klasycznej filozofii indyjskiej”. Jest również założycielem stowarzyszenia Edukacja dla Pokoju.


CZYTAJ TAKŻE:

Tomasz Augustyniak z Kolombo: Przywódca frakcji wojujących buddystów na Sri Lance planuje kolejną polityczną ofensywę. Jest pewny powodzenia, bo wie, że mnichowi wolno dużo. Więcej niż ministrowi.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Historyk starożytności, który od badań nad dziejami społeczno–gospodarczymi miast południa Italii przeszedł do studiów nad mechanizmami globalizacji. Interesuje się zwłaszcza relacjami...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

jakie prawa mają buddyści w krajach islamskich? tak tylko delikatnie zapytam.

Swoją drogą, jakie to bliskie Polsce "Birmańczyk - buddysta", "Polak - katolik", kościół odgrywający ważną rolę spoiwa w czasach kolonialnych (u nas: pod zaborami, w czasie IIWW, za komuny) i przez to uwikłany w politykę.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]