Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Ludzie prezydenta

Ludzie prezydenta

11.01.2011
Czyta się kilka minut
Kto - Poza Łukaszenką - pociąga za sznurki w białoruskim obozie władzy? To ludzie, których prezydent dobiera skrupulatnie. Ciągle patrzy im na ręce. I kiedy zauważy, że są za bardzo samodzielni, dymisjonuje, a nawet wtrąca do więzień.
C

Czytając białoruskie gazety, można odnieść wrażenie, że Aleksander Łukaszenka rządzi Białorusią sam. W każdym komunikacie prasowym (zarówno w naszym kraju, jak też za granicą) dziesiątki razy pada jego nazwisko. Tymczasem wokół prezydenta jest sporo ludzi. Przywykliśmy oglądać ich w wiadomościach telewizyjnych, jak z miną zbitego psa tłumaczą się przed głową państwa z różnych decyzji. Ci ludzie są jednak ważni. Kiedyś to oni mogą zadecydować o przyszłości Białorusi, a na pewno mają na to większe szanse niż opozycja.

Po wyborach prezydenckich Aleksander Łukaszenka dokonał kilku dymisji i nominacji w rządzie i administracji prezydenta. Najbardziej spektakularnym ruchem było odsunięcie dotychczasowego premiera. Tymi przesunięciami prezydent chce zapewnić sobie komfort i wiedzę, że nikt mu nie zagraża. Łukaszenka stara się kontrolować różne grupy białoruskiej elity, utrzymywać między nimi stan równowagi, od czasu do czasu musi więc jedną osłabiać, inną wzmacniać.

Lojalni i wierni

Dymisja premiera Siarhieja Sidorskiego, podobnie jak inne ruchy kadrowe, nie wpłynie na razie na układ sił w obozie władzy. Dlatego nie należy oczekiwać zmian w polityce reżimu Łukaszenki. Ludzie, którzy współrządzą Białorusią, utrzymują się przy prezydencie kilka lat, i nagle popadają w niełaskę. Tak było właśnie z Sidorskim. Sprawował urząd premiera przeszło siedem lat, i od 2006 r. był politykiem stosunkowo samodzielnym: w zakres jego kompetencji wchodziły m. in. nominacje urzędników odpowiedzialnych za politykę socjalną i gospodarczą, a także planowanie reform gospodarczych. Najwyraźniej teraz prezydent doszedł do wniosku, że czas go już odsunąć.

Łukaszenka mianował na miejsce Sidorskiego Michaiła Miasnikowicza, przedstawiciela jeszcze radzieckiej nomenklatury. To ciemna postać. Nie ma wątpliwości, że będzie tylko marionetką w rękach Łukaszenki. Ze słów prezydenta wypowiedzianych po wyborach można wnioskować, że potrzebuje on na stanowisku premiera dokładnie kogoś takiego: osoby posłusznej i mało ambitnej. Przywykliśmy, że w wypowiedziach głowy państwa należy doszukiwać się ukrytego sensu, a nominację Miasnikowicza uzasadniał on tak: "należy dać ministrom większą samodzielność", czytaj: "trzeba zmniejszyć ich samodzielność". Były partyjny boss Miasnikowicz wydaje się do tego idealnym narzędziem, nie ma znajomości w kręgach obecnej nomenklatury, od 2001 r. stał na czele Państwowej Akademii Nauk.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. W pierwszym wystąpieniu publicznym, dotyczącym reformy gospodarki, Miasnikowicz oświadczył, że zgadza się z doradcami prezydenta. Tymczasem jego poprzednik miał właśnie z nimi na pieńku. Nowy premier chciał się podlizać Łukaszence i jego najbliższemu otoczeniu. Dał sygnał: będę lojalny.

W odróżnieniu od Sidorskiego, Miasnikowicz nie ma doświadczenia w zarządzaniu przedsiębiorstwami i kluczowymi dla Białorusi gałęziami gospodarki. Jest to urzędnik, który karierę robił w czasach radzieckich, zajmował się branżą mieszkaniową. Sławę zyskał jako świetny organizator "pogrzebów" partyjnych bossów. Bez skrupułów, kiedy było mu to potrzebne, potrafił w łyżce wody utopić swoich najbliższych współpracowników. W latach 1991-94 zajmował stanowisko pierwszego wicepremiera. Ówczesny premier Wiaczesław Kiebicz uważał Miasnikowicza za oddanego mu przyjaciela. Nie wiedział, że źródłem jego klęski w prezydenckich wyborach w 1994 r. będzie zdrada, jakiej dopuści się "przyjaciel" i reszta tzw. bliskiego otoczenia.

Na Białorusi nomenklatura jest siłą. Prezydent w wielu wypadkach musiał pójść jej na rękę. Urzędnicy współdecydujący wraz z Łukaszenką o losach państwa szybko się wzbogacili. Prezydent dziś nie może sobie pozwolić na kolejną masową czystkę w szeregach nomenklatury (to mogłoby wywołać bunt), musi dobrze kontrolować tę grupę, dlatego tylko od czasu do czasu decyduje się na roszady - odsuwa pojedynczych ludzi, ale ostrożnie.

Na wszelki wypadek w rządzie znalazł się inny lojalny wobec Łukaszenki człowiek - Anatol Tozik (były ambasador Białorusi w Chinach). Będzie on patrzył na ręce Miasnikowiczowi i innym ministrom. Tozik, w czasach radzieckich współpracownik KGB, piastował też funkcję przewodniczącego Komitetu Kontroli Państwowej. W latach 2001-02 był współodpowiedzialny za przeprowadzanie w państwie "kampanii antykorupcyjnej"; w jej rezultacie za kratkami znaleźli się dyrektorzy kluczowych białoruskich przedsiębiorstw.

Technokraci wciąż potrzebni

Sidorski był przedstawicielem technokratów - ludzi pragmatycznie nastawionych, którzy na politykę patrzyli pod kątem interesów finansowych. Roszady w rządzie nie oznaczają jeszcze uszczuplenia ich wpływów. Na razie na stanowisku pierwszego wicepremiera zachował się Władimir Siemaszko (piastuje tę funkcję od 2003 r.). To najważniejsza, po Sidorskim, figura wśród technokratów. Obaj mają nawet podobne biografie, Siemaszko także wywodzi się z grupy dyrektorów kontrolujących ważne białoruskie przedsiębiorstwa.

Reżim Łukaszenki zmuszony jest dziś do przeprowadzenia pewnych reform gospodarczych. Złożyło się na to wiele przyczyn, wymieńmy najważniejsze: wzrost cen ropy i gazu, ucięcie dotacji ze strony Rosji, mniejszy eksport białoruskich towarów na rynek rosyjski.

W takich warunkach dyrektorzy państwowych przedsiębiorstw otrzymali szerszy wachlarz pełnomocnictw, natomiast uszczupliły się możliwości kontroli państwowego biznesu przez prokuraturę oraz presji KGB na przedsiębiorców. Ponadto Łukaszenka wie, że utrzymanie się jego reżimu przy władzy zależy dziś od kilku czynników, m.in. znalezienia nowych rynków dla białoruskich towarów, dywersyfikacji dostaw surowców naturalnych. Do tego wszystkiego niezbędni są właśnie technokraci. Sam Siemaszko stoi na czele białoruskiej delegacji biorącej udział w rozmowach z Rosjanami na temat dostaw ropy i gazu. Nieraz udowodnił, że potrafi wykłócać się z Moskwą. Dlatego też reprezentuje władzę podczas spotkań strony białoruskiej z przedstawicielami zachodnich koncernów.

Łukaszenka numer dwa

Prezydent, chcąc nie chcąc, musi zatem opierać się na różnych grupach w elicie władzy. Widać jednak, że najchętniej wsparłby się na własnej rodzinie. Na Białorusi coraz głośniej mówi się o najstarszym z synów prezydenta - Wiktarze Łukaszence, wymienianym m.in. nawet jako jego następca.

Wiktar już kontroluje struktury siłowe. Może spać spokojnie, jego pozycji nic nie zagraża: podzielona nomenklatura nie będzie w stanie mu zagrozić. Do wielkiej polityki syn Łukaszenki wszedł w 2005 r., obejmując stanowisko pomocnika prezydenta. Jego kariera przyspieszyła po dymisji Wiktara Szejmana w 2008 r., który długo był drugim po Łukaszence człowiekiem w państwie, piastował stanowisko sekretarza Państwowej Rady Bezpieczeństwa.

Po ostatnich wyborach prezydenckich w strukturach siłowych nie było zmian. To znaczy, że w obszarze, który prezydent oddał synowi pod kontrolę, rzeczy idą po jego myśli. Na stanowisku sekretarza Państwowej Rady Bezpieczeństwa utrzymał się Leonid Malcew, były wojskowy. Na fotelu szefa KGB zasiada niezmiennie Wadim Zajcew, znajomy Łukaszenki jeszcze z dawnych lat: panowie zaprzyjaźnili się podczas służby w wojskach granicznych w latach 80. Na czele MSW stoi Anatolij Kuleszow, awansowany po czystkach, które Aleksander Łukaszenka przeprowadzał, gdy odsunął Wiktara Szejmana.

Rodzinne biznesy

Decyzje kadrowe podjęte po wyborach świadczą, że polityka liberalizacji gospodarczej będzie kontynuowana. W 2009 r. Łukaszenka trochę poluzował śrubę i poprawił się klimat do robienia interesów, dlatego też Białoruś trafiła na 58. miejsce w zestawieniu Banku Światowego Doing Business; dodajmy, że dwa lata wcześniej zajęła 115. miejsce.

W grudniu 2010 r. Łukaszenka podpisał kolejny ukaz, który ma sprzyjać poprawie klimatu dla biznesu na Białorusi. Ale w naszym kraju tylko jedna grupa może posiadać przedsiębiorstwa: są to urzędnicy państwowi. Na ich kontach zgromadzone są miliony dolarów. Należą do nich wille wybudowane pod Mińskiem i w najlepszych kurortach państwa. Jeśli widzi się u nas drogie zagraniczne auto, to wiadomo, że może ono należeć tylko do państwowego urzędnika albo jego dziecka. Ta klasa pragnie, by jej kapitał "rozmnażał się" na Białorusi.

Dlatego kapitał inwestowany w naszym kraju to de facto białoruskie pieniądze trafiające tu jako pieniądze arabskie bądź cypryjskie. Wszystko są to fundusze nomenklatury.

Łukaszenka, chcąc utrzymać się przy władzy, był zmuszony dać coś nomenklaturze, dlatego zgodził się na liberalizację gospodarczą i częściową prywatyzację. Po tym geście prezydent wie, że może liczyć na bezgraniczne poparcie tej grupy ludzi.

Łakomy kąsek otrzymał wspomniany już Wiktar Łukaszenka, w jego rękach znajdują się najbardziej lukratywne działy gospodarki: kontroluje on chociażby przedsiębiorstwa zajmujące się sprzedażą produktów ropopochodnych oraz budownictwem. Drugi, młodszy od Wiktara syn prezydenta Zmicier Łukaszenka czerpie dochody ze sprzedaży kuponów na loterię, ma jeszcze sieć kasyn, należy do niego także salon Porsche.

Poprzez biznes rodzina Łukaszenków coraz mocniej zakorzenia się w nomenklaturze. Zależność jest prosta: im intensywniej rozwija się biznes Łukaszenków, tym bardziej potrzebują partnerów. Dlatego białoruska nomenklatura trzyma się tak dobrze. I trudno sobie wyobrazić, by ludzie ci pozwolili komukolwiek przejąć stery władzy. Wtedy musieliby stracić wszystko.

Przełożyła Małgorzata Nocuń

Andrej Lachowicz jest niezależnym analitykiem białoruskim. Zajmuje się polityką wewnętrzną Białorusi.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]