Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Lokalnie i globalnie

Lokalnie i globalnie

26.06.2012
Czyta się kilka minut
Zbigniew Buski, dyrektor Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie: Dudziński to artysta, który najlepiej wyraża credo ideowe naszej galerii – chcemy być jednocześnie lokalni i – zachowując wszelkie proporcje – globalni.
Okładka dodatku "Państwowa Galeria Sztuki w Sopocie"
A

AGNIESZKA SABOR: Gdzie na mapie publicznych instytucji wystawienniczych usytuowałby Pan kierowaną przez siebie galerię?

ZBIGNIEW BUSKI, DYREKTOR PAŃSTWOWEJ GALERII SZTUKI W SOPOCIE: Jesteśmy galerią miejską, która ma siedzibę w Sopocie, mieście bardzo specyficznym: z jednej strony niewielkim, z drugiej zaś stanowiącym część dużej – i bardzo interesującej – aglomeracji. Dlatego, kiedy w 2010 roku weszliśmy do nowego budynku, postanowiliśmy połączyć w naszej działalności dwa aspekty. Staramy się przedstawiać artystów lokalnych – przede wszystkim sopockich, ale także reprezentujących całe środowisko trójmiejskie. Warto tu wspomnieć kilka nazwisk, choćby tylko Henryka Mądrawskiego, Henryka Cześnika czy Iwonę Zając. Jednocześnie interesuje nas klasyka współczesności, a także sztuka, którą Cezary Pieczyński nazwał „bieżącą”. Pokazaliśmy więc prace klasyków tak dziś uznanych jak Magdalena Abakanowicz, Krzysztof Wodiczko, Henryk Tomaszewski czy Jan Młodożeniec. Do tej samej grupy zaliczyłbym artystę do niedawna „wyklętego”, czyli Zbigniewa Liberę. Prezentujemy także twórczość artystów młodszych: Roberta Kuśmirowskiego, Agaty Bogackiej, Janka Simona, Wojciecha Bąkowskiego, Pauliny Ołowskiej, Mikołaja Grospierre’a... Zawsze możemy liczyć na fachową pomoc najznamienitszych polskich kuratorów sztuki. Zresztą, nie koncentrujemy się na rzeźbie czy malarstwie – przed kilkoma miesiącami pokazaliśmy multimedialną wystawę gdańskiego profesora Witosława Czerwonki „To tylko światło”. Na wrzesień planujemy z kolei cykl festiwali na pograniczu sztuk wizualnych, filmowych i performance.

Jak w tej polityce mieści się twórczość Jacka Malczewskiego, którą pokazują Państwo właśnie teraz?

Dwanaście lat temu pojechałem do Lwowa, by wygłosić tam referat w ramach Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Oczywiście odwiedziłem Lwowską Galerię Sztuki, która mnie zachwyciła. W dodatku spotkałem tam znakomitych ludzi. Od tej pory stale współpracujemy z tą instytucją. I stąd Jacek Malczewski. Pamiętajmy przy tym, że to – obok Jana Matejki – jedyny polski malarz, o którym słyszał w naszym kraju każdy licealista. Mam więc nadzieję, że – pomijając wartość artystyczną prezentowanych przez nas prac – Malczewski stanowić będzie „wabik”, który sprawi, że trafi do nas publiczność niemająca w zwyczaju odwiedzać galerii i muzeów. A jeśli już przyjdzie, może odkryje nasze kolejne propozycje.

Jedna z nich, awangarda rosyjska, nie jest w Polsce szeroko rozpoznawana.

Niestety, to prawda. Marzyło mi się sprowadzenie prac rosyjskich awangardzistów z Galerii Trietiakowskiej albo Muzeum Puszkina. Okazało się to niemożliwe – dla wielkich instytucji okazaliśmy się partnerem zbyt małym. Jednak po raz kolejny sprawdziła się zasada, do której zastosowaliśmy się wcześniej, np. przygotowując pierwszą w Polsce wystawę Georges’a Braque’a (z paryskiej kolekcji Armanda Israela) albo sztuki konkretnej (ze zbiorów Heinza i Anette Teufel ze Stuttgartu): warto zwracać się do kolekcjonerów prywatnych. W przypadku wystawy rosyjskiej awangardy pomógł nam profesor gdańskiej ASP Maciej Świeszewski, który przyjaźni się z kolekcjonerem. Podkreślić trzeba, że zbiór znajdujący się w rękach rodziny Żerlicynów i Żarskich należy do najbardziej reprezentatywnych. A zastanówmy się: jak często możemy oglądać w Polsce prace Malewicza czy Gonczarowej?

Nas, redaktorów „Tygodnika Powszechnego”, szczególnie cieszy wystawa prac Andrzeja Dudzińskiego, który drukował u nas kiedyś swoje rysunkowe „felietony”.

To prawda, proszę jednak pamiętać, że i my mamy do niego trochę praw: ten wybitny rysownik pochodzi z Sopotu, ba, jest nawet honorowym obywatelem naszego miasta. Cieszę się, że mogliśmy oddać mu do dyspozycji naszą galerię – ta monografia to całkowicie autorskie dzieło Andrzeja. Dodam, że jest to artysta, który najlepiej wyraża credo ideowe naszej galerii – chcemy być jednocześnie lokalni i – zachowując wszelkie proporcje – globalni. Można to zawrzeć w haśle: z Sopotu w świat, ale i ze świata do Sopotu.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka, historyk i krytyk sztuki. Autorka książki „Sztetl. Śladami żydowskich miasteczek” (2005).

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]