Jak opowiadać o przeszłości

Daleka jestem od dyskredytowania romansów historycznych, które są doskonałymi wehikułami podniet emocjonalnych, nawet jeśli dzieją się jedynie w dekoracjach Jane Austenland. Przyjemność daje tu obcowanie z wrażeniem przeszłości, ale na tyle zmienionej i bliskiej, by była doskonale zrozumiała.
Czyta się kilka minut
Agnieszka Latała i Tymoteusz Kutz w stylizowanej sesji kostiumowej Justyny Krzepkowskiej. Kraków, luty 2017 r. Fot. Józef Gałka & Justyna Krzepkowska
Agnieszka Latała i Tymoteusz Kutz w stylizowanej sesji kostiumowej Justyny Krzepkowskiej. Kraków, luty 2017 r. Fot. Józef Gałka & Justyna Krzepkowska

Jak wyglądała Rzeczpospolita Obojga Narodów w XVII wieku? Była pełna dzielnych wojaków w futrzanych czapach z piórem na przedzie i zamaszystym wąsem. Albo przebiegłych, starych szlachciurów, miłujących się w opowiadaniu dykteryjek przeplatanych łacińskimi sentencjami, pijących miód na litry i zaciekle broniących swojego honoru. I jeszcze pięknych Kozaków o czarnych oczach, którzy grali na bałałajce i kochali na zabój. Pojedynków na szable, intryg politycznych, nawróceń religijnych, miłości aż po grób i oczywiście sokołów szybujących nad ukraińskimi stepami. To znaczy, jeśli wierzyć Henrykowi Sienkiewiczowi.

W maju 1882 roku czasopismo „Słowo” wydrukowało pierwszy odcinek powieści „Ogniem i mieczem”. Do 1888 roku publiczność poznała i pokochała pozostałych bohaterów Trylogii (1886 to „Potop”, a 1888 „Pan Wołodyjowski”), a Sienkiewicz został wywindowany na zupełnie nowe wyżyny sławy i chwały. Sukcesy komercyjne kolejnych powieści historycznych potwierdziły jego status gwiazdy literatury polskiej, a Polakom na następne dwa stulecia pomogły utrwalić w kolektywnej pamięci obraz nie tylko polskiego wieku XVII, ale także XV („Krzyżacy”) i nawet starożytnego Rzymu („Quo Vadis”). Sienkiewicz ustanowił tym samym nowy sposób opowiadania o przeszłości – przemycanie mieszanki prawdy i fantazji w wehikule przygodowej fabuły, obficie podlanej romansem, awanturą i heroicznymi czynami. A że prezentującej czasy minione niekoniecznie zgodnie z prawdą? Cóż, tym gorzej dla czasów.

Nie wszystkim to się jednak podobało. Po kilku latach podziwiania talentu i osobowości Sienkiewicza, Eliza Orzeszkowa zraziła się do niego na fali krytycznych recenzji, które w latach 80. pisał na temat jej twórczości. Sienkiewicz narzekał, że w tekstach Orzeszkowej zbyt wiele jest negatywnych postaci i nieszczęśliwych zakończeń. Orzeszkowa zaś – że Sienkiewicz pisze to, co publiczność chce czytać, nie przejmując się realizmem – że interesuje go tylko wprawienie czytelników w dobry nastrój na swój temat, nieraz wbrew faktom. W liście do T.T. Jeża z 1882 roku krzyczała z kartek: „Sienkiewicz kontynuuje swoje »nie ma«! Już ich naliczyłam kilka. I tak: socjalistów Polaków – nie ma! Uliczników – à propos mojej »Sielanki nieróżowej«, wychodzących na złodziejów i pijaków – nie ma! Chłopów nieszczęśliwych – à propos ludowej poezji Konopnickiej – nie ma! I nie tylko nie ma, ale nawet być nie może. To dopiero położył się na różach – głupiec!”.


Wydarzenia na Festiwalu Conrada oraz treści związane z Festiwalem są bezpłatne. Jeśli chcesz, możesz wesprzeć jego powstawanie, kupując bilety dobrej woli i festiwalowe pamiątki na platformie Partnera Strategicznego Festiwalu – Allegro.


Kawa figowa

Sienkiewicz, gdyby przypadkiem przeczytał prywatną korespondencję Orzeszkowej, raczej nie byłby zdziwiony tak karcącymi słowami. Nie ona jedna zarzucała mu brak realizmu i paranie się poślednim gatunkiem literackim, podczas gdy poważni twórcy doskonalili powieść realistyczną i eksplorowali mroki ludzkiej natury w powieści naturalistycznej. W wykładzie „O powieści historycznej” z 1889 roku, Sienkiewicz przywoływał popularny wówczas bon mot Georga Brandesa, który nazywał powieść historyczną „prawdziwą kawą figową” literatury: „Równie jak kawa figowa, przez to samo, że jest figowa, nie może być prawdziwą, tak powieść, która z natury rzeczy jest utworem fantazji – nie może być historyczną”.

Pisarz niewiele jednak robił sobie z takich docinków. Nie był też głupcem i nie leżał na różach. Uważał, że zadaniem powieści historycznej nie jest opowiedzieć o tym, jak wyglądała przeszłość (i rozstrzygnąć, czy Podbipięta mógł ściąć trzy głowy jednym zamachem krzyżackiego miecza), ale o tym, kim są jej współcześni czytelnicy. Powieść historyczna, tak jak rozumiał ją polski noblista, miała „odtworzyć duszę człowieka lat minionych, jego namiętności, sposób myślenia; pokazać nam go nie w mroku grobowej krypty, ale w świetle słonecznym”, a do tego niezbędna była szczypta fantazji. Obecnych na warszawskim odczycie słuchaczy przekonywał, że czytanie fikcji historycznej jest nie tylko przyjemne, ale pożyteczne: „Pojedynczemu człowiekowi wychodzi zawsze na korzyść rozważanie swej przeszłości. Ono wyjaśnia mu liczne zjawiska czasu teraźniejszego; uczy go patrzeć genetycznie na siebie i dostarcza wskazówek na przyszłość; uczy niechać zadań, którym nie sprosta, a podejmować odpowiednie”.

Zadanie rozwiązane, polski noblista powiedział nam, jak traktować fikcję, w której zawarte jest więcej lub mniej prawdy. Kontrowersja, mimo niezachwianej pewności autora „Trylogii”, pozostaje jednak w mocy. Oprócz powieści historycznych mamy dziś też inne sposoby pisania o przeszłości, niekoniecznie obliczone na rekonstrukcję tożsamości narodowej czytelnika. Książki demaskujące, ciekawostkowe, skandaliczne, historie ludowe, kobiece, queerowe, mniejszościowe, zaangażowane politycznie, ostentacyjnie rozrywkowe, ostentacyjnie niezainteresowane realiami, o których piszą, a jedynie dekoracjami, które można z nich stworzyć… Każdy z nich stawia zaś przed czytelnikami inne zadanie.

Czy Lizzie Bennet goliła nogi

Oglądam jeszcze raz trzeci sezon „Bridgertonów”… W jaki sposób kobiety w XIX wieku goliły nogi? A może nie goliły? Czy to było zadanie ich pokojówek, tak jak lokaje golili mężczyzn? – zapytuje w okolicach premiery serialu margaretrosephotography. Odpowiadają jej liczne głosy zaangażowanych fanek i fanów: „Wydaje mi się, że nie goliły, w końcu nosiły długie sukienki!”, „Po co golić nogi, skoro masz pończochy?”, „Nikt nic nie golił, tylko nosili dużo perfum, to Europa, jak byłam tam w latach 70. było tak samo”. „Być może wtedy nie goliło się nóg, ale trzeba by sprawdzić u kogoś, kto zna się na rzeczy”.

Atmosferę spekulacji psuje nieco bardziej zniecierpliwiona jendraberri: „Kobiety w Anglii okresu Regencji nie goliły nóg, nosiły zawsze spięte włosy, mężatki nosiły czepce, kobiety nie jadały same publicznie, nie tańczono walca, sukienki wyglądały inaczej i tak dalej. »Bridgertonowie« to super rozrywka, ale pozwala sobie na wiele zmian w stosunku do rzeczywistości”. I jeszcze learningtomakeafire: „»Bridgertonowie« mają się do Wielkiej Brytanii czasów Regencji tak jak Śródziemie do współczesnej Walii. I za to ich kochamy”.

„Bridgertonowie” to święcąca sukcesy serialowa adaptacja serii powieści Julii Quinn, opowiadająca o losach wielodzietnej rodziny brytyjskich arystokratów na początku XIX wieku. Powieści te należą do niezwykle popularnego w krajach anglosaskich gatunku Regency romances, czyli romansideł osadzonych w czasach wojen napoleońskich. W powieściach tych tło historyczne jest właśnie tylko tłem, a na pierwszy plan wybijają się płomienne romanse okraszone licznymi scenami erotycznymi z użyciem działających na wyobraźnię rekwizytów epoki: gorsetów, pończoch, szpicrut i rozpiętych bryczesów. Całość robi często wrażenie, jakby autor (czy też raczej autorka, bo to gatunek literacki uprawiany przez kobiety i przez kobiety czytany) wyobraził sobie, co Elizabeth Bennet i pan Darcy robili po zamknięciu drzwi sypialni, a następnie dopisał te fragmenty. W szczegółach i z dużą dbałością o detale, uwspółcześniając przy okazji wiele elementów społecznych tak, by bohaterom w ostateczności nie groziła zbyt wielka kara za liczne transgresje (jak na ówczesne standardy) dokonywane w imię wielkiej miłości.

Jeśli więc chodzi o realia historyczne, portret psychologiczny postaci, a także prawdopodobieństwo przeżywanych przez nich przygód, „Książę i ja” Julii Quinn (tom pierwszy „Bridgertonów”) ma się do powieści Jane Austen tak jak Śródziemie do Walii. Czy też może, jakby powiedział Dawid Lowenthal w książce „Past is a Foreign Country”: „Przeszłość to obcy kraj: tam wszystko robi się inaczej”. Cytat ten jest pierwszym zdaniem powieści L.P. Hartleya „Posłaniec”. To historia mężczyzny, który z dystansu pół wieku wspomina lato 1900 roku na angielskiej wsi, kiedy jako mały chłopiec pomagał młodym kochankom w komunikacji. A przynajmniej tak to zapamiętał. Powieść jest rozważaniem o naturze pamięci i ulotności wydarzeń. Lowenthal zaś używa jej, by twierdzić, że literatura i kino historyczne nie są w stanie przenieść nas do przeszłości, a jedynie zaproponować nam jej „ulotne wrażenie” (the idea of pastness). I to tego ulotnego wrażenia poszukujemy, konsumując powieści historyczne.

Jak mówił Sienkiewicz do słuchaczy zgromadzonych na swoim odczycie: „dzisiejszy pisarz może odtworzyć człowieka lat minionych tylko zewnętrznie. W piersi takiego utworu, pod średniowieczną zbroją, będzie biło nowożytne serce; w mózgu jego, pod hełmem, będzie myślała nowożytna dusza”. Jednocześnie jednak dodawał, że rolą pisarza jest ożywić bohaterów, dając im duszę, ukazać „ludzi nie w trumnach, ale w czynach, nie ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma i zamkniętymi oczyma, ale ze światłem w źrenicach”.

Dzięki lekturze zdolni jesteśmy odczuwać empatię, a empatia wobec postaci z dawnych czasów jest cenna. Dlatego też daleka jestem od dyskredytowania romansów historycznych, które są doskonałymi wehikułami podniet emocjonalnych. Owszem, pokazują współczesnych bohaterów, o współczesnych motywacjach, w których bije „nowożytne serce”, poruszających się w dekoracjach Jane Austenland. To jednak literatura rozrywkowa, która pozwala nam rozkoszować się patrzeniem na to, co jednocześnie obce i odmienne (te kostiumy, sztywne zwyczaje, tańczenie walca!), ale też najbliższe i cielesne, bo opowiadające o emocjach, miłości, cierpieniu i pożądaniu. Przyjemność daje tu obcowanie z Lowenthalowskim „wrażeniem przeszłości”, ale na tyle zmienionej i bliskiej, by była doskonale zrozumiała.

Nie ma więc nic złego ani antyintelektualnego w produkowaniu i konsumowaniu dzieł kultury, które w tej pogoni za emocjonalną bliskością oddalają się znacząco od historycznych realiów. Pamiętać tylko należy, że wobec braku świadomości, z jakiego rodzaju tekstem mamy do czynienia, publiczność może być bezradna wobec informacji (para)historycznych tam prezentowanych. Zawsze jednak znajdą się pomocni użytkownicy social mediów, którzy szybko wyjaśnią nieporozumienia.

Strrraszna historia i wielkie skandale

Pierwsza książka, którą samodzielnie przeczytałam od okładki do okładki, to „Ci paskudni Aztekowie” autorstwa Terry’ego Deary. Starsi millenialsi na pewno rozpoznają autora i tytuł serii „Strrraszna Historia”Te kilkadziesiąt książeczek dla młodszych nastolatków opierało się na prostym pomyśle: opisać najdziwniejsze, najbardziej makabryczne i skandaliczne aspekty życia dawnych cywilizacji, okraszając wszystko humorystycznymi komiksami, żartami o wydzielinach ludzkiego ciała i odniesieniami do ciężkiego losu współczesnego dwunastolatka. Opis na tylnej okładce „Tych paskudnych Azteków” głosił: „Książka niepozbawiona strrrasznych momentów! Dzięki niej dowiesz się całej prawdy i tylko prawdy o Aztekach, ich sąsiadach Majach oraz innych krwawych plemionach, których ulubionym hobby było wyrywanie ludziom serc”. Działało świetnie. Pochłonęłam, tak jak tysiące dzieci na całym świecie, wszystkie „Strrraszne Historie”, a następnie zajęłam się historią zawodowo. Żarty, ciekawostki i obrazki z książek Deary’ego zamieszkały zaś w mojej głowie na zawsze. Choć „cała prawda i tylko prawda” o Aztekach, Celtach, Rzymianach i innych niekoniecznie wyglądała tak, jak myślałam w wieku dwunastu lat.

Książeczki Deary’ego są dobrym, choć bardzo skrajnym przykładem wymiany, na jaką godzi się wielu autorów historycznych książek popularno-naukowych. W zamian za popularność i walory rozrywkowe swojej prozy oddają często nawet pozory naukowości, produkując poczytne, choć zawierające niewiele sprawdzonych informacji „Strrraszne Historie” dla dorosłych. Znamy te książki, uginają się od nich półki w księgarniach. To opowieści o nieślubnych dzieciach królów Polski, wielkich kurtyzanach osiemnastego wieku, tajemnym złocie Trzeciej Rzeszy, skandalach II Rzeczypospolitej, damach przeklętych, najbardziej ostentacyjnych milionerach międzywojnia i kochankach gwiazd telewizji z PRL. O ile jednak karmienie dwunastolatków opowieściami o wyrywaniu serc przez Azteków i Wikingach, którzy nigdy nie myli brody, jest metodą wciągnięcia ich w świat historii, którą następnie można wyprostować, o tyle zalew rynku czytelniczego historycznymi narracjami ciekawostkowymi dla dorosłych nie daje się tak łatwo uzasadnić pozytywnie.

Fascynacja ciekawostkami historycznymi, niezależnie jak dobrze sprawdzonymi, jest jednak zrozumiała tak w dzieciakach pożerających komiksy o brutalnym Neronie, jak i w dorosłych czytających z wypiekami na twarzy katalog nałożnic i bastardów Jagiellonów. Podobnie jak w przypadku amatorów romansów historycznych, czynnikiem zachęcającym jest tu wrażenie połączenia emocjonalnego. Współczesna szkolna edukacja historyczna stawia przed większością uczniów korowód królów, bitew i traktatów, utrwalając w nich przekonanie, że przeszłość jest jedynie nudnym, sztywnym spisem wygranych i przegranych potyczek, koronacji, abdykacji i politycznych decyzji. W dorosłym życiu, postawieni przed możliwością dowiedzenia się czegoś nowego i nietypowego o zszarzałych duchach przeszłości, korzystają z niej bez wahania. Momentem połączenia emocjonalnego jest tu rozpoznanie ich człowieczeństwa, choćby nawet naciąganego. A więc dawni królowie, politycy i żołnierze także kochali, zdradzali, postępowali nieetycznie, mieli swoje wady i przywary! Trudno odwrócić się z pogardą od tak przyjemnego rozpoznania siebie w innych.

„Prawda” i „fakty”

Czy nie istnieje jednak droga pośrednia? Czy do mówienia o historii możemy wykorzystywać jedynie skrajności, czyli sztywne podręczniki do historii i monografie naukowe z jednej strony, a z drugiej powieści w dekoracjach kostiumowych i katalogi ciekawostek? Ciekawą perspektywę proponuje tu Kamil Janicki w niedawnej „Cywilizacji Słowian”, w której opowiada „prawdziwą historię największego ludu Europy”. Daleko mu jednak do nieomylnego stwierdzania faktów i demaskowania przekłamań, w których tak potrafią lubować się twórcy książek popularnonaukowych. Zamiast tego Janicki omawia różne perspektywy historyczne, konfrontuje ze sobą hipotezy badaczy, akumulowane na przestrzeni wieków. Zamiast przekazywać „prawdę”, przekazuje po prostu to, co możemy wiedzieć na podstawie strzępów wiadomości, pojedynczych artefaktów archeologicznych i dziesiątek idących za nimi hipotez. Inne metody, stosowane w przeszłości przez polskich i zagranicznych historyków, polegające na wytwarzaniu pojedynczej narracji w oparciu o niewystarczające dane, określa jako „fascynujące i rozbudzające wyobraźnię, ale opierające się na bardzo wątpliwych założeniach”.

Taka strategia w opowiadaniu o historii sprawdza się najlepiej. W opowiadaniu o historii łatwo wpaść w pogoń za „prawdą”, która nigdy nie ukaże nam się w pełni (bo każda metoda naukowa ma swoje ograniczenia). Warto więc szukać alternatywnych dróg przybliżania czytelnikom czasów minionych, zrywając przede wszystkim z przymusem nieomylności. Zamiast z przekonaniem podsuwać publiczności niesprawdzone czy też niesprawdzalne „fakty”, trzeba raczej dać sobie i innym przyzwolenie na fantazjowanie, spekulację i pozostawianie pytań bez odpowiedzi. A jeśli ktoś zarzuci nam picie „prawdziwej kawy figowej”, można znowu podeprzeć się Henrykiem Sienkiewiczem – jako wystarczająco nobliwym specjalistą od opowiadania historii. On swoim słuchaczom na warszawskim odczycie mówił jeszcze: „Przypuściwszy nawet, że każda powieść zabarwia wypadki dziejowe pewną tendencją, można by zaraz spytać, czy istnieje jeden historyk, a raczej jedna księga historyczna tak przedmiotowa i bezstronna, aby ludzi lub zdarzeń nie przedstawiała w pewnym oświetleniu? Skoro owe różnice nie uwłaczają powadze historii, tym bardziej pewien osobisty pogląd powieściopisarza na czyny dziejowe nie może służyć za podstawę do orzeczenia, że powieść historyczna musi być z natury rzeczy fałszem”.

A przede wszystkim – o historii warto czytać i opowiadać. Bo inaczej rzeczywiście można już tylko położyć się na różach.


Podczas tegorocznej edycji Festiwalu Conrada odbędzie się spotkanie z Anną Brzezińską i Łukaszem Kozakiem, które poprowadzi Alicja Urbanik-Kopeć. Podczas dyskusji trzech mediewistów będziemy się zastanawiać, jak najlepiej opowiadać o przeszłości. Czy w zależności od obranej strategii możemy mówić o różnych poziomach autentyczności? I na czym miałaby ona polegać w przypadku historiografii?

Łukasz Kozak // Fot. fot. Hanna Dudkowiak

ŁUKASZ KOZAK (ur. 1981) jest mediewistą, badaczem historii kultury, popularyzatorem dziedzictwa kulturowego. Autor książki „With Stake and Spade. Vampiric Diversity in Poland” (2020), a także „Upiór. Historia Naturalna” (2023). Był kuratorem programu muzyki dawnej warszawskiego Festiwalu Nowe Epifanie, a także audycji mediewistycznej „Kryzys wieku średniego” w Programie 2 Polskiego Radia. Laureat nagrody „Nowej Fantastyki” za najlepszą polską książkę (2021).

Anna Brzezińska. Warszawa, październik 2022 r. // Fot. Albert Zawada/ Wydawnictwo Literackie

ANNA BRZEZIŃSKA (ur. 1971) jest pisarką i historyczką, absolwentką Instytutu Historii KUL oraz mediewistyki na Central European University w Budapeszcie. Trzykrotna laureatka Nagrody im. Janusza A. Zajdla. Debiutowała w roku 1998 opowiadaniem „A kochał ją, że strach", opublikowanym w „Magii i Mieczu”. Autorka kilkunastu powieści i zbiorów opowiadań, z których najbardziej znane osadzone są w fikcyjnej krainie wzorowanej na renesansowej Italii. Autorka powieści historycznej „Córki Wawelu” (2017), a także zbioru esejów „Zmierzch świata rycerzy” (2023). W tym roku ukazała się kolejna jej powieść łącząca fikcję i historię, „Mgła”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 25/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Przeszłość to obcy kraj

Artykuł pochodzi z dodatku Magazyn Conrad nr 1/2024