Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Dwie strony - Krzysztof Uniłowski

Dwie strony - Krzysztof Uniłowski

27.07.2011
Czyta się kilka minut
W okładkowej nocie możemy przeczytać między innymi: "Wybrzeże i Wydarzenia, skądś znane, ale jakby inne, Alternatywne". Pomijając już majuskułę ("Trans-Syberia" kłania się "Trans-Atlantykowi"), wietrzę kłopot właśnie w związku z ową alternatywnością powieściowych wydarzeń.
Z

Zabawa mitem

Ubertowski igra z czytelnikiem niby kot z myszką. Zrazu nie mamy powodu, aby nie ufać narratorowi-bohaterowi, który zdaje się modelowym mieszczuchem z czasów realnego socjalizmu. Jako taki bohater, owszem, może nas drażnić, zwłaszcza jego strzeliste zapewnienia o wierności dla "ukochanej, jedynej, prześlicznej Żabci", wierności, której nie skazi bodaj jedno zerknięcie na biust pani Lucynki z księgowości Centrum Techniki Okrętowej - każą nam o nim myśleć jako o skończonym fajtłapie. Ale już niebawem wszystko się zmieni: ostrzeżony przez sąsiada ("Oni czekają na pana!"), bohater nie wraca do domu, traci pracę i rodzinę, zostaje posądzony o udział w zamachu terrorystycznym, a wreszcie - trafia w podejrzane towarzystwo.

Tu zaczynają się prawdziwe wyzwania. No bo, nie wiedzieć czemu, tropiące bohatera wiadome służby zachowują się wzorem gestapo ("Oglądało się filmy wojenne, to się wie takie rzeczy"). Bezdomne łazęgi, do których dołącza bohater, w istocie - rekiny gospodarczego podziemia, przybierają pseudonimy wzięte od nazwisk towarzyszy Lenina i Stalina (nasz mieszczuch zostaje w ten sposób Trockim). A na dokładkę zaciera się granica między tym, co pomyślane, wyobrażone i realne w powieściowym świecie. Mimo przejrzystych aluzji do historycznych wydarzeń (Grudzień, Sierpień, stan wojenny, transformacja z epoki Balcerowicza), łatwo o dezorientację czytelnika. Najprościej byłoby stwierdzić, że powieść Ubertowskiego przynosi fantastyczną wersję, swoisty ekstrakt społecznej i ekonomicznej historii najnowszej Polski. Dlatego czas i przestrzeń zostały tu poddane swoistej kompresji: wszystko rozgrywa się w ciągu roku, w imaginacyjnym mieście, którego topografia odsyła do rozmaitych miast. Na podobnej zasadzie powieść Ubertowskiego apeluje do wielu innych powieści czy szerzej - różnych schematów fabularnych albo medialnych przedstawień.

Po co to wszystko? Zaryzykowałbym następującą odpowiedź: Ubertowski przedstawia idealną wersję najnowszej historii, idealną - z punktu widzenia narracyjnych oraz ideologicznych matryc, jakimi się na co dzień posługujemy. Historia została tu przemieniona w mit, przy czym jest to mit ostentacyjnie jawny, będący przedmiotem narracyjnej zabawy, potraktowany z dużą dozą ironii. Trudno byłoby więc powiedzieć, że autor jest jego entuzjastą, że identyfikuje się z liberalną wersją opowieści o nowej, pokomunistycznej Polsce. Tym bardziej że w finale utworu mit, skonfrontowany z osobistą tragedią bohatera, ujawnia swoją nicość. Finał to, owszem, sentymentalny, ale też właśnie w ostatnim rozdziale - na gruzach fabularnych matryc - bohater zaczyna zyskiwać sympatię czytelnika...

Jesus wars

Polski tytuł książki Philipa Jenkinsa może mylić, bo nasuwa niepotrzebne skojarzenia z epoką wojen krzyżowych. Tymczasem amerykański autor pisze o dramatycznych sporach chrystologicznych z V wieku.

Owszem, wiązały się one z niepokojami społecznymi na dużą skalę (zwłaszcza we wschodniej części Cesarstwa Rzymskiego), a przemoc fizyczna - nawet wśród teologów i dostojników Kościoła - niekiedy zastępowała doktrynalne spory (np. drugi sobór efeski, tzw. zbójecki, z 449 roku), niemniej o "Jesus Wars" (tak brzmi oryginalny tytuł książki, z czytelną aluzją do "Star Wars") można tu mówić wyłącznie w sensie przenośnym.

Prawda, że czytelnik zainteresowany tematem nie znajdzie u Jenkinsa diametralnie nowej wizji wydarzeń z V wieku. Jednak dla laika lektura może się okazać zajmująca, tym bardziej że w tym popularnonaukowym opracowaniu autorski wykład, nie tracąc nic na narracyjnej swadzie i potoczystości, otrzymał solidne oparcie w źródłach. Najciekawsza wydaje się opinia autora na temat prawomocności poszczególnych stanowisk teologicznych. Otóż - wedle Jenkinsa - mają one zbliżoną wartość dowodową, na rzecz diofizytyzmu i monofizytyzmu przemawiają różne fragmenty Ewangelii. A w rezultacie konflikt nie mógł zostać rozstrzygnięty inaczej, jak tylko środkami polityczno-policyjnymi. Zwycięstwo stanowiska diofizyckiego nie było wcale przesądzone, w dużej mierze zdecydował przypadek - przedwczesna śmierć Teodozjusza II utorowała drogę do soboru chalcedońskiego, na którym przyjęto stanowisko papieża Leona Wielkiego.

A gdyby zdarzyło się inaczej, gdyby koń cesarza Teodozjusza nieszczęśliwie się nie potknął i zwolennik teologów aleksandryjskich zasiadałby na tronie cesarskim przez kolejne 20 lat? Jenkins w kilku fragmentach książki szkicuje zarys historii alternatywnej, w ramach której do rangi ortodoksji urosłoby stanowisko monofizyckie, papieski Rzym uległby marginalizacji, a dzieje Bizancjum zostały znacznie wydłużone. Bezpośrednią bowiem konsekwencją zwycięstwa Chalcedonu było ciche poparcie, którego Kościoły wschodnie udzieliły islamowi, przedkładając rządy muzułmanów nad władzę "heretyckich" cesarzy. Jednak na dłuższą metę wybór ten okazał się zgubny dla nich samych, a zachodnie chrześcijaństwo diofizyckie, choć przetrwało swoich konkurentów i zwyciężyło, to za cenę utraty dla chrześcijaństwa połowy ówczesnego świata...

Stąd u Jenkinsa wątki utopijne: najlepsze dla samych chrześcijan byłoby, gdyby się zdobyli na akceptację dla rozmaitych nurtów i stanowisk teologicznych w obrębie swojej religii. Cóż, piękne, tylko że taki "ekumenizm" był niemożliwością dla ludzi przekonanych, że los ich samych oraz całego ich świata zależy od poprawnej interpretacji skomplikowanych kwestii teologicznych! Historia często uczy nas o tym, że to, co ex post wydaje się dla nas najlepsze, było zarazem historyczną niemożliwością.

Waluta słowa

Ukazała się druga część trylogii Jochena Hörischa, traktującej o skomplikowanych relacjach między literaturą a przewodnimi mediami Zachodu, wśród których autor wymienia: komunię, pieniądz oraz media elektroniczne.

Każde z wymienionych trzech mediów oferowało lub oferuje własny porządek ontosemiologiczny, formułując właściwą dla siebie filozofię znaku, sposób pojmowania relacji między znaczeniem a bytem. Każde również stanowiło lub stanowi ważny punkt odniesienia dla literatury, bacznie obserwującej swoich medialnych konkurentów.

Pieniądz, będący kluczowym medium nowoczesności, wiąże wartość z brakiem, który ma pokrycie "gdzieś indziej". Logika działania takiego pośrednika jest podporządkowana zasadom kredytu, obligu i wypłacalności (pokrycia). Łatwo zauważyć, że pieniądz okazuje się tu zdumiewająco podobny do nowoczesnej literatury z jej nigdy niespełnionymi aspiracjami do przedstawienia świata. Oczywiście, w literaturze wymiana (wyobrażonego na realne) nigdy nie dochodzi do skutku lub też okazuje się zawsze iluzoryczna, ale to właśnie literatura ukazuje, że motyw przedstawieniowej iluzji jest niezbędny również dla wymiany pieniężnej. Przecież dzień, w którym wszyscy naraz postanowilibyśmy sprawdzić wartość swoich pieniędzy, likwidując konta i usiłując wymienić gotówkę na towary, oznaczałby ekonomiczny, polityczny i społeczny Armageddon. Jeśli zaś do tego nie dochodzi, to tylko dzięki naszemu zaufaniu, że posiadane przez nas "wartościowe papiery" mają stosowne pokrycie...

Literatura wydobywa na jaw to, co pieniądz koniecznie musi ukrywać dla zachowania własnej wiarygodności. Być może właśnie dlatego - co dopowiadam na własną rękę - w dobie nowoczesności literatura oraz kultura artystyczna zajęły z góry wyznaczoną pozycję poza systemem ekonomicznym, a więc w krainie ducha, czystej poezji, uniwersalnych wartości humanistycznych. Konflikt artysty z filistrem byłby więc formą symbolicznej wymiany, inscenizującej poróżnienie sztuki i ekonomii po to, by uwiarygodnić ekonomię jako techné, przeciwstawiane niewiarygodnej (złudnej, fałszywej) ars.

Lektura dzieła Hörischa na pewno nie jest łatwym zadaniem. Mamy bowiem do czynienia z akademickim esejem, który zakłada czytelnika wtajemniczonego - zwłaszcza w niemiecką literaturę XIX wieku, dokonania szkoły frankfurckiej (W. Benjamin, T.W. Adorno) czy "filozoficzny poststrukturalizm" (który w ujęciu Hörischa nie jest żadną interpretacyjną żonglerką, lecz trzeźwą analizą komunikacyjnych paradoksów i aporii). Śmiem jednak twierdzić, że to lektura ze wszech miar wskazana dla wszystkich z nas, którzy wciąż skłonni są umieszczać literaturę w sferze wydzielonej. A taka postawa jest właściwa nie tylko tej cząstce publiczności literackiej, która w poezji i prozie artystycznej upatruje rozrywki, ale również zinstytucjonalizowanej nauce o literaturze, dążącej do wyizolowania swojego przedmiotu.

Lekcja wolności

Książka Krzysztofa Niewrzędy to największa niespodzianka i największe wyzwanie literackie kilku ostatnich sezonów. Z woli autora (lub wydawcy) utwór został zaklasyfikowany jako "współczesna powieść poetycka", wszelako pamięć o szkolnych lekturach niewiele nam w tym przypadku pomoże.

Jakkolwiek odniesienia do romantyzmu odgrywają tu ważną rolę (np. w pewnym miejscu Niewrzęda przytacza fragment Wielkiej Improwizacji), to jednak romantyzm i modernizm zostały tu poddane swoistym torturom, wykoślawione i wypaczone (choćby przez pop-kulturę), odmienione nie do poznania. Powiedziałbym, że Niewrzęda proponuje nam literaturę, która wymyka się wszelkim zróżnicowaniom rodzajowym czy gatunkowym. Jawi się jako swoisty uhr-text, gdzie wszystko miesza się z wszystkim, występując albo w postaci reminiscencji, albo zapowiedzi.

Porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy w literaturze szukacie przede wszystkim przedstawienia rzeczywistości! Trzeba jednak natychmiast powiedzieć, że jakkolwiek Niewrzęda proponuje swoistą logoreję, kojarzącą się z poetyką strumienia świadomości, to lektura "Second life’u" dostarcza niemało przyjemności i rozrywki. Zwolniony z okowów zdroworozsądkowej logiki, przyczynowo-skutkowego następstwa obrazów, tekst organizuje się ad hoc, na zasadach współbrzmień, powtórzeń, rymów (Jacek Łukasiewicz dopatrzył się tu podobieństwa zarówno do hip-hopu, jak też do średniowiecznych leoninów). Kalejdoskopowość obrazów, feeria przekształceń, humor zaskakujących skojarzeń, a przede wszystkim - energia samego tekstu, który niejako wytwarza się sam przez się - wszystko to nie żąda od czytelnika analizy semantycznego potencjału poszczególnych figur, ale raczej wymaga poddania się i włączenia w tekstowy strumień, doświadczania zmysłowej przyjemności snutej na poczekaniu, bez żadnych z góry podjętych założeń, opowieści.

Zatem święto wyzwolonego języka? Powrót do idei literackiej samowystarczalności? Owszem, Niewrzęda powtarza lekcję nowoczesnej literatury, ale jednocześnie pokazuje, że powtarza (Second life niczym second hand). Mamy tu przecież do czynienia z opowieścią o dziwnych przygodach słów, które zerwały logiczno-semantyczne więzi, radząc sobie samopas. Gwoli ścisłości, "Second life" wypada traktować nie jako "artystyczny eksperyment", próbę odkrycia i wyzyskania wewnętrznego potencjału języka, lecz raczej jako zabawne sprawozdanie z przygód języka, który wymknął się codziennemu reżimowi i wybrał na swego rodzaju wagary. Jeśli zatem przyszłoby nam do głowy tekst Niewrzędy określić mianem autotematycznego i autoreferencyjnego, to uczciwość nakazuje, aby zarazem przyznać, że "Second life" co najmniej w takim samym stopniu zasługuje na miano literatury... przygodowej. Decyduje to nie tylko o czytelniczej atrakcyjności tego "ekscentrycznego" tekstu, ale przede wszystkim czyni zeń - tak, tak - lekcję wolności.

Krzysztof Uniłowski (ur. 1967 r.) jest literaturoznawcą i krytykiem piszącym najchętniej o współczesnej prozie. Zastępca redaktora naczelnego kwartalnika literackiego "FA-art". Wykłada na polonistyce Uniwersytetu Śląskiego. Ostatnio opublikował tom krytycznoliteracki "Kup pan książkę!" (2008).

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]