Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Dwa chwyty

Dwa chwyty

24.09.2012
Czyta się kilka minut
Marek Krajewski, pisarz: Moich bohaterów obdarzam sympatią, podobnie jak Prus, który stworzone przez siebie postaci opisywał niezwykle ciepło.
A

ANDRZEJ FRANASZEK: Słyszałem, że ma Pan zwyczaj od czasu do czasu czytać „Lalkę” Bolesława Prusa... MAREK KRAJEWSKI: Jestem namiętnym czytelnikiem, a książki, które wzbudzają tę namiętność, które tworzą mój prywatny kanon, są przeze mnie czytane nieustannie. Wracam do „Lalki”, gdyż wciąż znajduję w niej nowe rzeczy, ale ma też ona silny wpływ na mnie jako pisarza. Nauczyłem się od Prusa, nie do końca zresztą świadomie, przynajmniej dwóch technik. Pierwsza to często stosowany przeze mnie chwyt, gdy staram się zakończyć scenę w taki sposób, aby czytelnika zachęcić do przeczytania następnej. To znaczy, że pojawia się silna puenta albo pozostawiony jest niedosyt, jakbym chciał powiedzieć: „Czytelniku, czytaj dalej...”. Jest to charakterystyczny chwyt dla autorów, którzy pisali powieści w odcinkach, na zamówienie gazet, a do nich należał Prus. Każdy z drukowanych odcinków musiał się kończyć tak, by następnego dnia czytelnik znów kupił gazetę. Sprawa druga wiąże się z miastem, przestrzenią. W „Lalce” przeżycia bohaterów wielokrotnie są ściśle związane z miejscami, gdzie się znajdują, mamy do czynienia z topografią współczującą; w znaczeniu starogreckim – „współczuć z kimś”. I taka topografia jest mi bardzo bliska. Czy z Pana punktu widzenia – jako współczesnego powieściopisarza – Prus jest artystą władającym dojrzałym, dobrym literacko językiem, który następnie został zepsuty przez okres młodopolski, przez Przybyszewskiego, a później nawet Berenta...? To jest pytanie, które powinno być skierowane do teoretyka, nie do praktyka. Badacz literatury mógłby na nie odpowiedzieć o wiele lepiej. Ale przecież na przykład Witkacy nie może być dla Pana wzorcem językowym, prawda? Tak, ma pan rację. Nie może być wzorcem językowym, ale na tym bym się nie skupiał, ponieważ Witkacy nie może być dla mnie przede wszystkim wzorcem fabularnym. Nie jest wzorem prozy narracyjnej, jaką uprawiam, natomiast Prus jest. Mniej mnie interesuje język Prusa, bo jak każdy człowiek operuję językiem ojczystym bezrefleksyjnie, intuicyjnie. Jak napisał Zbigniew Herbert: „z czoła spływają ławice obrazów”. Każdy z nas czytał jakichś autorów częściej lub rzadziej. Ci, których się czytało często, tworzą językowe wzory, które nieświadomie pojawiają się w głowie piszącego. W tym sensie często piszę Prusem czy Herbertem... Czy postaci Prusa są dla Pana przekonujące? Stworzenie interesującej postaci literackiej to wielkie wyzwanie nawet dla autora¬ kryminałów. W literaturze kryminalnej intrygi nieustannie się powtarzają, właściwie wszystko już było. By stworzyć ciekawą powieść kryminalną, niezbędne są dziś – oprócz ciekawej narracji i fabuły – inne elementy. Na przykład niezwykła sceneria (stąd wysyp kryminałów, których akcja rozgrywa się w starożytnym Egipcie czy Rzymie), ale przede wszystkim oryginalna postać. Bohater musi być, po pierwsze: lubiany przez pisarza, a po drugie: przedstawiany w nieustannym rozwoju. Jeżeli pisarz unurza tego bohatera w jakimś bagnie, to mimo wszystko część sympatii odautorskiej na tej postaci spoczywa, w związku z czym w oczach czytelnika bohater staje się wieloznaczny. Ja swoich bohaterów obdarzam sympatią tak jak Prus, który – nie porównując się z nim, zachowując wszelkie proporcje! – bohaterów opisywał niezwykle ciepło. Te sympatyczne, a raczej: sympatyzujące opisy nadają charakterystyczny rys jego postaciom. Lubimy Rzeckiego, nawet jeśli podśmiewamy się z niego, gdy nieustannie wietrzy jakieś spiski, wpływy napoleońskie... No i przecież dojrzewa, rozwija się, w końcu dostrzega, że świat jest już nie dla niego – odchodzi z niego jako ostatni stary romantyk. Gdy wspomniałem młodszej koleżance, że będę rozmawiał z Panem na temat „Lalki”, powiedziała, że wśród jej rówieśników Prus jest słabo pamiętany, w przeciwieństwie do Sienkiewicza, który – właściwie przez osmozę, dzięki filmom itd. – ciągle istnieje. Pomyślałem, czy nie chodzi o głębsze zjawisko: czyżby realistyczna, pozytywistyczna wizja Prusa ciągle była trudniejsza do przyjęcia niż barwno-naiwny Sienkiewicz? Nie bardzo chce mi się wierzyć, by w młodszym pokoleniu Sienkiewicz mógł być dobrowolnie czytany częściej niż Prus. W ogóle czytany! Ale jeśli tak, to możemy się domyślać, że przygodowa, sprawna, westernowa akcja u Sienkiewicza jest dla młodzieży lepszym wabikiem niż czterdziestosześcioletni Wokulski, który przeżywa pierwszą szaloną miłość, albo Rzecki, który rumieni się, gdy potrąca kolana dam siedzących w teatrze. To nie są bohaterowie i zachowania, z którymi młodzi ludzie mogliby się utożsamiać. Natomiast nieco starsi i bardziej dojrzali mogliby zaglądać do Prusa z powodu jego obserwacji społecznych. Można bowiem interesująco go odczytywać w kontekście dzisiejszego polskiego kapitalizmu. „Lalka” była przenoszona na deski teatru, co świadczy o jej żywotności. Czytuje Pan inne książki Prusa, czy jest to miłość głównie do „Lalki”? Czytuję, ale znacznie rzadziej. Czytałem parokrotnie „Faraona”, mam za sobą cały kanon – „Emancypantki”, opowiadania, felietony, które mnie interesowały, ale nie na tyle, by do nich wracać. A jakie są inne książki z pańskiego prywatnego kanonu? Ten kanon otwiera właśnie „Lalka”. Dwie kolejne książki czytam dość często od 20 lat: „Blaszany bębenek” Güntera Grassa oraz „Początek” Andrzeja Szczypiorskiego. Ostatnio do tego zestawu dołączyły „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki” Llosy. Przez krytyków są uważane za jego słabsze dzieło, nienależące do nurtu eksperymentalnego. Osobiście sądzę, że właśnie w tym leży ich siła, że są napisane tradycyjną narracją, bo jak czytam „Rozmowę w katedrze” albo „Miasto i psy”, to jestem zachwycony, ale ciągle rodzi się we mnie pytanie: czy nie mógł napisać tego po ludzku?
MAREK KRAJEWSKI (ur. 1966) jest filologiem klasycznym oraz pisarzem, autorem powieści kryminalnych, m.in. słynnego cyklu o Eberhardzie Mocku. Ostatnio opublikował „Rzeki Hadesu” (2012).

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Ur. 1971 r. Redaktor działu kultury „Tygodnika Powszechnego”, krytyk literacki, pracownik Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, sekretarz Międzynarodowej Nagrody Literackiej im. Zbigniewa...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]