Reklama

Czy Bóg gra z nami w kości?

Czy Bóg gra z nami w kości?

09.05.2016
Czyta się kilka minut
John Banville: Być może nasz wszechświat jest zestawem molekuł, które zostały uwięzione pod kolanem giganta. Zagłębienie w zgięciu jego nogi jest naszym kosmosem.
John Banville, Oxford, 2014 r. Fot. David Levenson / GETTY IMAGES
G

GRZEGORZ JANKOWICZ: Związki między literaturą a nauką są bardzo długie. Znamy wiele tekstów literackich na ten temat. Mimo wszystko Twoja tetralogia naukowa jest na tym tle dziełem wyjątkowym. Jeden pisarz i aż cztery powieści, w tym o Koperniku i Keplerze. Kiedy wpadłeś na koncept stworzenia tego cyklu?

JOHN BANVILLE: Zaczęło się bardzo wcześnie. Byłem nastolatkiem, miałem dwanaście, może trzynaście lat, gdy mój brat podarował mi „Lunatyków” Arthura Koestlera.

Książka była dla mnie za trudna, ale bardzo dobrze zapamiętałem przedstawione w niej życiorysy Kopernika i Keplera. To były fascynujące opowieści, które zostały ze mną na zawsze. Wiele lat później, po publikacji mojej drugiej powieści, „Birchwood”, zadałem sobie pytanie, w którą stronę powinienem teraz podążyć. Nie chciałem być „pisarzem irlandzkim”. Marzyła mi się wielka europejska powieść o ideach. Wróciłem do Koestlera, którego książka jest jedną z najlepszych prac popularnonaukowych, jakie kiedykolwiek powstały, i zrozumiałem, że oto czytam dzieło, którego tematem jest kreatywność, choć nie występuje w nim artysta.

Czyli wszystko zaczęło się nie od fascynacji samą nauką, lecz raczej od obserwacji, że sztuka i nauka są możliwe tylko wtedy, gdy wyzwalamy w sobie impuls twórczy? 

Nie miałem żadnego przygotowania naukowego. Podejrzewam, że gdybym wiedział coś na temat fizyki czy matematyki, nie starczyłoby mi odwagi, by podjąć to wyzwanie. Ale zauważyłem, że sztuka i nauka wywodzą się z tego samego źródła. Wykorzystują różne metody – nauka jest rygorystyczna, sztuka nie – ale iskra kreatywności w obu przypadkach zostaje uwolniona w tym samym miejscu naszego mózgu. Postanowiłem, że napiszę powieść o Koperniku.

Czy pisanie poprzedziły długie studia historyczne?

Zacząłem od fragmentu, który jest pierwszoosobową narracją Rheticusa, ucznia Kopernika. W ostatecznej wersji kawałek ten znalazł się w części trzeciej. Później przeszedłem do narracji trzecioosobowej i dopiero wtedy dotarło do mnie, że piszę powieść historyczną, co znaczy, że muszę się czegoś dowiedzieć o realiach, w których żył mój bohater. Przestudiowałem kilka prac na ten temat. Oglądałem ryciny i obrazy z epoki. To wszystko pozwoliło mi stworzyć stelaż powieściowego świata. Reszta jest zmyśleniem.

Nie mogło być inaczej, skoro powieść opowiada o twórczych zdolnościach naszego umysłu... 

Tak. Chciałem pokazać, w jaki sposób stwarzamy coś z niczego, jak zaczyna się proces kreacji, chciałem uchwycić moment początkowy i jego kontynuację. W Koperniku, Keplerze i Newtonie (który pojawia się w trzeciej części cyklu) fascynujące jest to, że żadnego z nich nie interesowało, czym jest rzeczywistość. Ich celem było stworzenie systemu, który odpowiadałby temu, co widzimy. Pracując nad swoimi przełomowymi dziełami naukowymi, nie mieli w żadnym wypadku poczucia, że opisują rzeczywistość! Chodziło im o system, który narzuciłby porządek chaotycznemu światu.

Dlaczego powróciłeś do tego tematu aż cztery razy? Po „Doktorze Koperniku” (1976) i „Keplerze” (1981) ukazały się jeszcze: „List Newtona” (1982) oraz „Mefisto” (1986). 

Był taki moment, gdy rozważałem możliwość napisania tylko jednej powieści: o dwudziestowiecznym fizyku – połączeniu Heisenberga, Bohra i Einsteina. Później jednak postanowiłem stworzyć klasyczną tetralogię: trzy tragedie o klasykach nauki oraz komedię o wspomnianym fizyku. Gdy skończyłem „Kopernika”, powiedziałem sobie: dość, nigdy więcej. Ale po jakimś czasie zacząłem myśleć o Keplerze, który był wspaniałą postacią. Trudno się pisze o Koperniku, ponieważ wiódł wyjątkowo ascetyczny żywot. Dla odmiany losy Keplera to gotowy materiał na powieść. Później pojawił się koncept na coś krótszego – „List Newtona” – w którym biografia słynnego naukowca nie odgrywa już tak ważnej roli.

Nigdy natomiast nie zrealizowałem w pełni oryginalnego pomysłu na część czwartą. Zaczynając pracę nad „Mefistem”, myślałem, że będzie to historia dwudziestowiecznego fizyka, ale nigdy nie dotarłem tam, gdzie początkowo zamierzałem. Główny bohater tej powieści jest matematycznym geniuszem, ale ma to drugorzędne znaczenie. Prawdziwym tematem tego utworu jest coś innego. Tetralogia jest zatem skłamana. Być może kiedyś powrócę do tego projektu i przed śmiercią napiszę czwartą część, tę właściwą.

Na jaki aspekt dwudziestowiecznej nauki zwróciłbyś w niej uwagę? 

Rozwijająca się w ubiegłym wieku fizyka jest odpowiedzialna za stworzenie fascynujących idei, być może najbardziej frapujących w całej historii nauki. Koncepty te są ciekawsze niż najśmielsze pomysły dwudziestowiecznych filozofów. Dostrzegam coś poetyckiego w poszukiwaniu systemu, który wyjaśniłby zagadki mikrokosmosu. Spędziłem wiele czasu, pisząc o ludziach, którzy chcieli nadać porządek makrokosmosowi. Mój nowy bohater miał się zajmować czymś innym: światem mikrocząstek. Wystarczy sięgnąć do wcześniejszych przykładów, np. równań elektrodynamiki klasycznej Jamesa Clerka Maxwella. Są tak proste i niewiarygodnie piękne!

Tutaj ujawnia się kolejna różnica między nauką a sztuką. Ta pierwsza próbuje sprowadzić wszystko do samej podstawy, do najprostszych wzorów, odrzuca to, co peryferyjne. Natomiast sztuka zajmuje się przede wszystkim tym, co poboczne, często ignorując centrum. Wróćmy jeszcze na chwilę do rygoru, o którym wspomniałem wcześniej. Nauka szuka formuł, które opisują zjawiska, stając się czasem niewolnicą swoich założeń. Pod koniec XIX wieku profesorowie fizyki sugerowali studentom, by porzucili swą pasję i zajęli się czymś pożyteczniejszym, gdyż problemy klasycznej fizyki zostały rozwiązane. Wtedy pojawił się Einstein, który postawił wszystko na głowie, nadał nauce nowy kierunek. Ale ten sam genialny umysł pod koniec życia nie był w stanie zaakceptować mechaniki kwantowej. Argumentował, że Bóg nie gra ze światem w kości.

Spodziewasz się kolejnej teorii, która tym razem wyjaśni absolutnie wszystko?

Znajdujemy się w przełomowym momencie. Nie wierzę, że dożyję chwili, w której obecny etap dobiegnie końca. Myślę, że potrwa on jeszcze 30, może 40 lat. Ale z pewnością pojawi się nowa teoria. I będzie to teoria wszystkiego.

Co dzięki niej zyskamy?

Zachwycające w teorii wszystkiego jest to, że nie potrafi niczego wyjaśnić. Jest nieskończonym regresem. Nigdy nie dotrzemy do istoty rzeczy. Być może nasz wszechświat jest zestawem molekuł, które zostały uwięzione pod kolanem giganta. Zagłębienie w zgięciu jego nogi jest naszym kosmosem.

O tym opowiada moja powieść z 2009 r. pt. „Nieskończoności”. Nauka próbuje sprowadzić to, co nieskończone, do poziomu prostych wzorów, ale efekt końcowy jest zawsze taki sam: nieskończoność, gdy tylko odkrywamy kolejny jej aspekt, niszczy spójność równania.

Ciekawe, że opowiadasz o fizyce, używając kategorii, które pochodzą z dziedziny estetyki. Mówisz o fascynacji pięknymi ideami, jakby to były doskonałe zdania lub obrazy. 

Einstein powiedział, że jeśli mamy kilka rozwiązań jakiegoś naukowego problemu, powinniśmy zawsze wybrać to, które jest najpiękniejsze. Z pewnością będzie właściwe. Kłopot w tym, że nie wyjaśnił, skąd będziemy wiedzieć, że właśnie to jest najpiękniejsze. Wszyscy naukowcy mówią o pięknie matematycznych formuł, elegancji i prostocie równań. Moim zdaniem właśnie na tym im najbardziej zależy. Tego przede wszystkim poszukują.

A jak sądzisz – skąd wiemy, że dane równanie jest najpiękniejsze?

Nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie. Być może w ogóle nie da się na nie udzielić odpowiedzi. Nie wiemy, jak stworzyć piękno, nie wiemy, czym ono jest, a jednak potrafimy je rozpoznać, gdy pojawia się w naszym życiu.

Posiadamy zmysł, który reaguje na harmonię, na właściwy układ elementów. Niektórzy czytelnicy pytają mnie, wedle jakiego wzoru piszę swoje powieści, jaki jest podstawowy model mojej narracji. Otóż nie ma takiego wzoru. Czytelnicy dostrzegają go dopiero wtedy, gdy rzecz jest skończona, w trakcie lektury. Tekst przesłania wtedy platoński ideał, przeciwko któremu nota bene piszę swoje książki. To widmo pojawia się retrospektywnie, jak zresztą wszystko w naszym życiu. Wydaje nam się, że podejmujemy decyzje, że wybieramy słuszne rozwiązania, w rzeczywistości jednak dryfujemy. Gdybyś mnie zapytał, jak napisałem jedną ze swoich powieści, mógłbym udzielić doskonale racjonalnej odpowiedzi. Ale w rzeczywistości po prostu dryfowałem. I właśnie to czyni życie tak fascynującym: przechodzimy od jednej rzeczy do drugiej, a każdy nasz ruch jest przypadkowy. Tak, wygląda na to, że Bóg jednak gra z nami w kości...

Istnieje pokusa, której często ulegamy, by sens nauki tłumaczyć jej służebną rolą wobec technologii. Sprzeciwiasz się takiemu ujęciu. 

Technologia jest w stosunku do czystej nauki tym, czym kicz w stosunku do sztuki. To skutek uboczny, który posiada pewną wartość. Nie da się zaprzeczyć, że technologia ma wiele zastosowań w naszym świecie, ale relacja między nią a nauką jest jednoznaczna: czysta nauka zawsze ma pierwszeństwo. ©℗

Niniejszy wywiad jest fragmentem rozmowy z Johnem Banville’em, która w formie minibooka ukaże się w Copernicus Center Press.

JOHN BANVILLE – urodzony w 1945 r. w Irlandii powieściopisarz, dramaturg, scenarzysta i dziennikarz. Debiutował w 1970 r. zbiorem opowiadań „Long Lankin”. W literackim dorobku ma trzy trylogie, kilkanaście powieści, w tym również kryminały publikowane pod pseudonimem Benjamin Black, oraz sztuki teatralne. Polskim czytelnikom znany jest głównie za sprawą tytułów takich jak: „Morze”, „Mefisto”, „Zaćmienie”, „Księga zeznań” czy „Niedotykalny”. 

John Banville będzie jedną z gwiazd tegorocznej edycji Festiwalu Kopernika (17–22 maja), poświęconej Pięknu. 20 maja o godz. 20.30 w holu głównym Muzeum Narodowego w Krakowie (al. 3 maja 1) odbędzie się spotkanie z pisarzem, które poprowadzi Grzegorz Jankowicz. Wstęp wolny.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Urodzony w 1978 roku. Filozof literatury, eseista, redaktor, krytyk i tłumacz. Dyrektor programowy Festiwalu Conrada. Redaktor działu kultury „Tygodnika Powszechnego”. Dyrektor programów...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]