Reklama

Byli wśród nas zdrajcy

Byli wśród nas zdrajcy

05.05.2007
Czyta się kilka minut
Z kardynałem Georgiem Sterzinskym, arcybiskupem Berlina, rozmawia Jacek Lepiarz.
1987r, dekoracja na pochód pierwszomajowy. Fot. Harald Hauswald
J

JACEK LEPIARZ: - Księże Kardynale, po tym jak w 1946 r. rodzina Księdza została zmuszona do opuszczenia rodzinnej Warmii, znaleźliście się w sowieckiej strefie okupacyjnej. Odtąd życie Księdza było związane z NRD: w 1954 r. wstąpił Ksiądz do seminarium, a potem pracował jako duszpasterz, aby w 1989 r., jeszcze przed upadkiem muru, zostać biskupem Berlina. Jak trudno było katolikom w NRD?

Kard. GEORG STERZINSKY: - Najciężej miały dzieci. Musiały chodzić do szkoły, rzecz jasna państwowej, innych nie było, gdzie poddawane były indoktrynacji i zmuszane do udziału w komunistycznych "obrzędach". Odmowa groziła zamknięciem sobie drogi do edukacji, bo uczęszczać do liceum i studiować można było tylko, gdy zgodziło się na to państwo. To nie dziecko wybierało sobie drogę życiową, ale państwo "delegowało" dzieci po ukończeniu podstawówki: jedne do liceum, a inne do szkół zawodowych. My w Kościele, duchowni i rodzice, postrzegaliśmy szkołę jako przeciwnika, gdyż nauczyciel każdego przedmiotu musiał propagować ateizm.

Kiedy sam chodziłem do szkoły, jeszcze w czasach stalinowskich, atmosfera była okropna. Dwa razy wyrzucano mnie po awanturach na tle polityczno-religijnym. Ale po latach muszę powiedzieć, że tamta nieustanna konfrontacja z politycznym ateizmem niesłychanie wzmocniła moją wiarę. Mając 16-17 lat, nie zajmowałbym się tak intensywnie filozofią i teologią, gdybym ciągle nie musiał bronić mojej wiary przed nauczycielami, także biologii czy fizyki. Na początku broniłem jej, nie rozumiejąc jeszcze do końca, czego bronię i dopiero w toku tej konfrontacji pojąłem, czym jest wiara. Potem, już w seminarium, zadawaliśmy sobie pytanie, jak długo to jeszcze potrwa i kiedy się za nas zabiorą, tak jak w ZSRR.

- Katolików w NRD było niewielu, ok. miliona na 16 mln mieszkańców. Historycy piszą dziś, że Kościół katolicki funkcjonował jakby w niszy.

- Rzeczywiście mieliśmy poczucie, jakbyśmy żyli na wyspie otoczonej wrogimi falami. Z jednej strony nie byliśmy pewni, czy nie nadejdzie sztorm i nas nie zmiecie. Z drugiej jednak byliśmy bardziej chronieni niż inni. Gdy będąc w seminarium, spotykałem dawnych kolegów ze szkoły, którzy uczyli się w państwowych instytucjach, uświadamiałem sobie, że oni mają gorzej niż ja. Później, gdy pracowałem jako kapłan w kolejnych parafiach, mogłem zaobserwować, że katolicy, którzy nie kryli się ze swą religią, otwarcie chodzili do kościoła i uczestniczyli w życiu wspólnoty, mieli łatwiej niż ci, którzy np. chcieli robić karierę i próbowali siedzieć na dwóch stołkach naraz. Oni żyli w rozdwojeniu: chcieli chodzić do kościoła, ale dyskretnie, a z drugiej strony np. w miejscu pracy ukrywali swoją wiarę.

- Katolik w NRD miał nieporównanie ciężej niż katolik w Polsce. W Niemczech Wschodnich bez przerwy konfrontowany był z koniecznością dokonywania wyborów.

- W dramatycznym położeniu byli rodzice-chrześcijanie. Przykładowo, pod koniec podstawówki młodzież katolicka przyjmuje bierzmowanie, a ewangelicka konfirmację. I dla tej młodzieży władze wprowadziły ateistyczny obyczaj zwany Jugendweihe [w wolnym przekładzie: uroczystość wejścia w świat dorosłych - red.], podczas którego młodzież musiała ślubować wierność socjalizmowi. Rodzice, którzy nie godzili się na udział dziecka w Jugendweihe, byli poddawani presji ze strony szkoły i władz. Doświadczenie uczyło, że jeśli wytrwali w swym postanowieniu, to, o ile mieli więcej dzieci, przy kolejnych dawano im spokój. W tym sensie my, duchowni, mieliśmy lżej niż świeccy. Oczywiście, byliśmy poddani takim samym ograniczeniom jak wszyscy, nie mogliśmy podróżować itd. Ale nie musieliśmy na co dzień dokonywać wyborów między wiarą a np. karierą.

- Polacy są dumni z roli, jaką w czasach komunizmu odegrał Kościół. Kościołowi katolickiemu w NRD stawia się czasem zarzut, że zachowywał "polityczną abstynencję": że był zbyt lękliwy, ostrożny i nie angażował się publicznie w spór z komunizmem. Gdy czyta się historie ludzi z opozycji, widać, że wielu z nich wywodziło się ze środowisk ewangelickich, a niewielu z katolickich.

- Kościół katolicki pozostawał zawsze w ideologicznym konflikcie z władzą, choć istotnie nie angażował się politycznie, nie szedł na konfrontację. Mówiło się, że nie powinniśmy prowokować władzy, bo jeśli my, Kościół, zaangażujemy się politycznie, to szykany spadną na innych: przede wszystkim nie na duchownych, ale na świeckich w ich miejscach pracy, szkołach. Kościół ewangelicki obrał trochę inną strategię, bardziej ryzykowną. Wielu duchownych ewangelickich angażowało się w działalność opozycyjną. Z drugiej jednak strony było też wielu duchownych, którzy poszli na bardzo daleką kooperację z władzą i otwarcie ją popierali, angażując się nawet w oficjalnych organizacjach. Mówiąc w skrócie: my uznaliśmy, że nie będziemy wchodzić w życie polityczne. Ewangelicy postępowali inaczej, ponosząc ryzyko w dwie strony: z jednej otwarta opozycja, z drugiej otwarta współpraca.

- W polskim Kościele trwa debata o kolaboracji duchownych ze Służbą Bezpieczeństwa. W Niemczech proces ten, polegający także na otwarciu archiwów Stasi, zakończył się dawno. Czy wzmocnił on Kościół, czy osłabił?

- W czasach NRD wśród duchownych i świeckich powszechne było przekonanie, że w starciu z władzą możemy na siebie liczyć, darzyliśmy się nawzajem wielkim zaufaniem. Po otwarciu archiwów na początku lat 90. zobaczyliśmy, że to przekonanie nie zawsze odpowiadało prawdzie. Dla wielu z nas było to bolesne doświadczenie: świadomość, że byli księża i świeccy, którzy zobowiązali się do świadczenia usług Służbie Bezpieczeństwa (Stasi). Byli wśród nich tacy, którzy kontakty ze Stasi utrzymywali z naiwności, inni byli szantażowani. Inni, nieliczni, służyli systemowi z przekonania, że jest lepszy niż "amerykański" kapitalizm.

To było gorzkie doświadczenie. I właśnie dlatego, że było tak gorzkie, wszystkie wschodnioniemieckie diecezje postanowiły przeprowadzić lustrację duchownych oraz świeckich pracowników instytucji kościelnych, a potem wyciągnąć konsekwencje. Niektórzy winni kolaboracji ze Stasi musieli odejść z zajmowanych funkcji, gdyż utracili zaufanie, zarówno przełożonych, jak i wiernych. Proces ten zakończył się już wiele lat temu. Przez pewien czas w Kościele panował niepokój, czy aby wszystkie archiwa zostały przebadane, czy nic jeszcze nie wypłynie. Nawet teraz jeszcze bywa, że odnajdują się w archiwach nowe akta, np. rekonstruowane dopiero dziś ze strzępków, które pozostały po próbie zniszczenia ich przez Stasi. Ale o ile się orientuję, one uzupełniają już tylko tę wiedzę, którą mamy.

Nie możemy więc powiedzieć, że przed 1989 r. byliśmy czyści i bez skazy, że nie było wśród nas ludzi słabych czy zdrajców. Ale możemy dziś powiedzieć, że wśród osób, które obecnie zajmują w Kościele różne funkcje, nie ma takich, którzy przed 1989 r. wspierali system komunistyczny. Zarazem staraliśmy się postępować po chrześcijańsku: nie ogłaszaliśmy publicznie, że ten czy inny ksiądz był zdrajcą, ale przenosiliśmy go na emeryturę z uzasadnieniem, że utracił zaufanie.

To wszystko było trudne, ale nie żałujemy. Przeciwnie, jesteśmy szczęśliwi, że przeprowadziliśmy lustrację, bo możemy powiedzieć dziś z czystym sumieniem, że przebadaliśmy wszystko, co było do przebadania, niczego nie ukrywając.

- Wracając do tego, co Ksiądz Kardynał mówił o ateizacji: czy patrząc dziś na statystyki, nie można jednak postawić tezy, że w ciągu ponad 40 lat władze NRD odniosły pewne zwycięstwo? Landy wschodnie są dziś obszarem silnie zlaicyzowanym.

- W jakiejś mierze jest to skutek socjalistycznej edukacji, że wielu ludzi zapomniało o Bogu. Po 1989 r. wielu w Kościele sądziło, że teraz rozkwitnie życie duchowe. Nie rozkwitło, a zamiast tego doświadczyliśmy rozczarowania, gdy okazało się, że na skutki komunizmu nakłada się proces sekularyzacji, który już wcześniej dotknął Niemcy Zachodnie. Równocześnie musieliśmy, my Kościół, uczyć się funkcjonowania w demokracji. Musieliśmy wyjść ze świątyń, przestawić się z myślenia w kategoriach "chrześcijaństwa zakrystii" na nowe myślenie i nowe narzędzia duszpasterskie.

- Czy religijność w b. NRD jest inna niż w "starej" RFN? Czytałem opracowanie, z którego wynikało, że 2/3 młodzieży w b. NRD w ogóle nie interesuje Bóg, podczas gdy młodzież w "starej" RFN interesuje się religią, ale na tej zasadzie, że tworzy sobie własnego Boga, taki patchwork: trochę ezoteryki, trochę chrześcijaństwa.

- To efekt odmiennych sytuacji w NRD i w RFN, trwających przecież ponad 40 lat. W NRD w latach 50. i 60. władze chciały zniszczyć Kościół i religię. W latach 70. i 80. już nie walczyły z Kościołami, ale dążyły do usunięcia Boga z życia społecznego, z kultury, tak aby ludzie o Nim zapomnieli. Jeśli coś takiego trwa przez dwa pokolenia, nie zostaje bez wpływu. Dziś wielu ludziom z b. NRD Bóg jest obojętny, nie walczą z nim, po prostu ich nie interesuje. Na Zachodzie jest inaczej: tam ludzie raczej odwracają się od Kościoła jako instytucji, ale nie od religii. Tworzą własną religię, właśnie taki patchwork. Na to nakłada się relatywistyczne przekonanie, że i tak nie da się poznać całej prawdy, oraz skrajny indywidualizm.

- Czy wybór Josepha Ratzingera na papieża miał wpływ na religijność?

- Nie tylko to, także ostatnie miesiące życia Jana Pawła II. Wcześniej Jan Paweł II był ostro krytykowany, mało kto interesował się jego wizytami w Niemczech. Ale jego ostatnie miesiące, jego niesłychane trwanie mimo cierpienia sprawiły, że zyskał szacunek. Także u dawnych krytyków. Znam takich, którzy kiedyś twierdzili, że powinien ustąpić, skoro jest taki stary i chory. Po kwietniu 2005 r. ci sami ludzie mówili, że odszedł jak bohater. Wydaje mi się, że to, w połączeniu z wyborem Benedykta XVI, zwiększyło zainteresowanie Kościołem. A co będzie dalej, zobaczymy.

GEORG STERZINSKY (ur. w 1936 r. na Warmii), w wieku 10 lat musiał opuścić rodzinną ziemię. W 1954 r. wstąpił do seminarium duchownego w Erfurcie, jedynego w kraju. W latach 1960-62 pracował jako kapłan w Eisenach, 1962-64 jako prefekt w seminarium w Erfurcie, 1964-66 jako proboszcz w Heiligenstadt, 1966-81 w Jenie. Od 1981 r. wikariusz generalny administracji apostolskiej (odpowiednik biskupstwa) Erfurt-Meiningen. Od 1989 r. biskup Berlina, od 1991 r. kardynał. Gdy w 1994 r. Berlin został podniesiony do rangi arcybiskupstwa - arcybiskup metropolii berlińskiej.

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]