Bez cudów

Wieś zapłaciła część kosztów transformacji wolnorynkowej, wchłaniając pracowników niepotrzebnych gospodarce. Ludzie woleli cofnąć się do niedochodowego rolnictwa, zamiast ryzykować bycie bezrobotnym w mieście.
Czyta się kilka minut

ANNA MATEJA: - Spis powszechny z 2002 r. nie przyniósł rewelacji na temat polskiej wsi. Czy spokój i przewidywalność sytuacji oznaczają, że wiejska transformacja jest jeszcze w opłotkach, czy też to spokój pozorny, poprzedzający wiejski cud gospodarczy?

BARBARA FEDYSZAK-RADZIEJOWSKA: - Z opóźnieniem, ale polska wieś zareagowała na zmiany w gospodarce i z wolna poddaje się transformacji - to najważniejszy wniosek spisu. Cudu gospodarczego na wsi nie będzie tak długo, jak długo będziemy na niego czekać w polskiej gospodarce.

Na początku lat 90. ponad 600 tys. rolników, których w PRL nazywano chłoporobotnikami - dojeżdżających do pracy, zazwyczaj na wielkich budowach socjalizmu - straciło pracę i wróciło do rolnictwa. Między 140 a 300 tys. osób wypchnięto z upadających Państwowych Gospodarstw Rolnych na przełomie lat 80. i 90. oraz po 1992 r., gdy Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa rozpoczęła ich restrukturyzację i prywatyzację. W województwach północnych powstały wówczas zagłębia popegerowskiego bezrobocia. To tam, w 10 powiatach odnotowano w 2001 r. najwyższą w kraju stopę bezrobocia rejestrowanego - 35 proc. Takich zagłębi mielibyśmy więcej, gdyby nie chłopska ostrożność, zaradność i wola trwania we własnych gospodarstwach.

Wieś zapłaciła więc część kosztów transformacji wolnorynkowej, wchłaniając pracowników niepotrzebnych gospodarce. Ludzie woleli cofnąć się do niedochodowego rolnictwa, zamiast ryzykować bycie bezrobotnym w mieście, z perspektywą np. wyrzucenia z mieszkania komunalnego za niepłacenie czynszu.

- Dlaczego w takim razie, w porównaniu ze spisem rolnym z 1996 r., liczba gospodarstw zmniejszyła się o 4,4 proc.? To efekt zarzucenia uprawy ziemi na rzecz małej przedsiębiorczości, czy raczej powolnej komasacji ziemi, ważnej chociażby ze względu na dopłaty UE?

- To właśnie przejaw stopniowych, mało widocznych, ale nieuchronnych zmian w rolnictwie. Jego stan można opisać pojęciami: trwanie i dywersyfikacja. Trwanie, bo rolnicy nie odchodzą od gospodarstw. O 21 proc. zmniejszyła się ogólna liczba gospodarstw prowadzących działalność gospodarczą - taki odsetek gospodarstw zawiesił działalność rolniczą, bo okazała się niedochodowa. Część ludzi zachowała ziemię, która pomaga im przetrwać trudną sytuację, ale produkują wyłącznie na własne potrzeby.

Równocześnie o 46 proc. wzrosła liczba gospodarstw rolnych, których użytkownicy prowadzą działalność pozarolniczą. Najczęściej jest to handel, przetwórstwo rolno-spożywcze, budownictwo i transport. Gospodarstwo rolne nie przynosi im dochodów, mają jednak dom, ziemię i produkty żywnościowe z gospodarstwa oraz małą firmę. Spis pokazał dywersyfikację źródeł rolniczych dochodów. Ponieważ gospodarka wolnorynkowa nie stworzyła rolnikom nowych miejsc pracy, wybrali najlepszy wariant: tkwią w roli rolnika, ale aktywnie poszukują pozarolniczych źródeł zarobkowania.

Spis pokazał też zmiany w strukturze agrarnej. Powierzchnia przeciętnego polskiego gospodarstwa wzrosła o 1,8 proc. - do 8,44 ha. Także tutaj cudu, czyli szybkich zmian struktury agrarnej, nie mamy co oczekiwać. Nawet w powojennych Niemczech, mimo gospodarczej koniunktury, na wzrost średniej powierzchni gospodarstwa z 8 do 18 ha potrzebowano 20 lat. Są jednak inne ciekawe zmiany. Od 1996 r. o ponad 2 proc. zwiększyła się liczba gospodarstw do 5 ha, o prawie 1,5 proc. gospodarstw powyżej 20 ha, a o ponad 3 proc. spadła liczba gospodarstw między 5 a 20 ha. Te ostatnie są za duże, by służyć tylko samozaopatrzeniu rodziny, i za małe, by opłacało się w nie inwestować. Dlatego powoli wypadają z rynku. Jedni dokupują ziemi, tworząc gospodarstwa powyżej 20 ha, które stają się jedynym lub głównym źródłem zarobkowania. Inni wycofują się z rolnictwa zatrzymując kilka hektarów - źródło żywności i podstawę do działalności pozarolniczej.

Powszechny Spis Rolny potwierdził, że rolnictwo zmienia się bez gwałtownych wstrząsów, w ścisłej relacji z kondycją gospodarczą kraju i poziomem bezrobocia.

- A jeśli polscy politycy zdecydują się przyspieszyć zmiany, np. przez wprowadzenie w rolnictwie reguł wolnorynkowych?

- Nie wyobrażam sobie wymuszenia poprawy struktury agrarnej np. przez obłożenie niedochodowych gospodarstw wysokimi podatkami. Efektem byłyby masowe bankructwa, gwałtowne wypychanie ludzi z rolnictwa i skala wywołanego tym bezrobocia świadczyłby o nieodpowiedzialności decydentów.

Nie znam kraju, może poza Nową Zelandią, w którym obowiązywałyby w rolnictwie liberalne zasady gospodarki wolnorynkowej. Ani USA, gdzie struktura agrarna i warunki naturalne są najbardziej zbliżone do Nowej Zelandii, ani Europa, całkowicie od niej odmienna, nie próbują naśladować takich rozwiązań. Nie czynią tak bez powodu. Norwegia i Szwajcaria, nie będące członkami UE, dotują rolników dwukrotnie wyższymi subsydiami niż państwa unijne. A przecież są na tyle zamożne, że mogłyby importować żywność w 100 proc.

We Wspólnocie Europejskiej, począwszy od Traktatów Rzymskich z 1958 r., rolnictwo traktowane jest inaczej. Cykl produkcyjny rolnictwa wpisany jest w prawa natury i w większym stopniu zależy od sił przyrody niż od woli człowieka. O ile w gospodarce wolnorynkowej, szczególnie w małych firmach, łatwo zmienić profil produkcji na bardziej chodliwy, w rolnictwie szybka zmiana produkowanego towaru jest niemożliwa. Nie da się produkcji kukurydzy zmienić w plantację truskawek z dnia na dzień, nawet gdyby zmieniła się koniunktura.

Rozwój gospodarczy obniża zarówno ceny żywności, jak dochody rolników. Nie da się jednak “nadrobić" tego spadku wyłącznie intensyfikując produkcję rolną.

- Tyle że produkcja tego, co jedzą unijni konsumenci, pochłania ponad połowę unijnego budżetu.

- Unijny budżet tworzą składki płacone przez państwa członkowskie w wymiarze 1,27 proc. PKB. Wydawanie pieniędzy unijnych odbywa się wedle zasady spójności i solidarności silnych ze słabymi, a więc z rolnikami i mieszkańcami wsi. W latach 70. na dopłaty dla rolnictwa przeznaczano w EWG ponad 70 proc. budżetu! Dzisiaj na wsparcie dochodów rolniczych przeznacza się mniej środków, ale różnica - w ramach funduszy strukturalnych - trafia do regionów gorzej rozwiniętych, a więc - na obszary wiejskie. Wspólna Polityka Rolna to pragmatyczny pomysł na własną, tanią żywność przy zachowaniu godziwego poziomu dochodów jej producentów. Byłoby absurdem politycznym importować żywność, ryzykując perturbacje na tak wrażliwym społecznie rynku.

Owszem, wszyscy konsumenci, przez podatki, subsydiują żywność, ale tym samym najbiedniejszych na tę żywność stać. Nie trzeba organizować dla dzieci masowych akcji dożywiania w szkołach ani rozdawać talonów żywnościowych samotnym matkom. Interwencja na rynku rolnym rozwiązuje też kłopoty związane ze skupem zboża czy “górkami" lub “dołkami" świńskimi, nękających tak PRL, jak III RP.

Mądrzy politycy, a nie doktrynerzy marksizmu czy liberalizmu, uznali, że rolnictwa nie można traktować jak każdego innego segmentu gospodarki.

- Kasę Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego odebrano ministrowi rolnictwa i podporządkowano ministrowi gospodarki. Co poniektórzy odetchnęli z ulgą: “może ktoś wreszcie zrobi porządek z rolniczymi ubezpieczeniami, których składka w przeszło 90 proc. jest dotowana przez budżet". Czy takie dotacje, istniejące od 1991 r., to efekt działania “doktrynerów proletariackich" czy “liberalnych"?

- To efekt przyznania rolnikom przez rząd Tadeusza Mazowieckiego praw do emerytur rolniczych bez konieczności oddawania państwu ziemi. Wprowadzony wtedy KRUS wzorowano na rozwiązaniach francuskich. W większości krajów UE emerytury rolnicze są dotowane w wymiarze 70-80 proc. Niewiele krajów zdecydowało się na takie rozwiązanie, jak Wielka Brytania, gdzie rolnicy płacą normalny podatek dochodowy. Ale rolnictwo brytyjskie ma w Europie najbardziej przemysłowy charakter.

Naszym problemem nie jest dotowanie emerytur rolniczych i świadczeń społecznych, ale liczba rolników objęta tym ubezpieczeniem. Przecież nie cofniemy uprawnień osobom, które nabyły i nabywają prawa do emerytury w tym systemie. Sporo jest osób, które nie znajdą pracy poza rolnictwem i nie przejdą do ZUS-u. Nie zarejestrują się jako bezrobotne, bo jeśli ktoś posiada ponad 2 hektary ziemi, nie ma do tego prawa, a w KRUS płacą składki, choć niskie, i wypracowują sobie jakieś zabezpieczenie.

Jest jednak inna kwestia. Wystarczy mieć dwa hektary użytków rolnych, aby zapewnić sobie i domownikom ubezpieczenie rolnicze. Według spisu, 8,3 proc. ludności miejskiej było w 2002 r. związanych z rolnictwem. W porównaniu z wynikami spisu rolnego z 1996 r., mieszkańców wsi związanych z rolnictwem jest o 13 proc. mniej. Za to w miastach wzrosła o 10 proc. liczba domowników użytkownika gospodarstwa rolnego! Mieszczanie nagle stali się rolnikami czy może kupili ziemię, by wejść w tańszy system, jakim jest KRUS?

Między rolniczą biedą a bogactwem jest przepaść większa niż w innych zawodach. Reforma KRUS powinna zamknąć możliwość ubezpieczania się w nim osobom wypełniającym zeznania PIT. Także właściciele dużych, towarowych gospodarstw, uzyskujący wysokie dochody, mogliby dzięki wyższym składkom w KRUS zapewnić sobie wyższe emerytury.

- Rolnicy, o ile jest taka możliwość, starają się jednak zmienić ubezpieczyciela. Temu też służy mała przedsiębiorczość. Jak w realiach small businessu zmienił się status ziemi w gospodarstwie?

- Na początku lat 90. oczekiwano, że rolnicy - właściciele ziemi - dokonają cudów. Kiedy tak się nie stało, a rolnictwo jako źródło dochodów straciło znaczenie ekonomiczne, obniżyła się także wartość ziemi rolnej. Przypuszczam, że po wejściu do UE ponownie zyska ona na wartości, a rolnicy towarowi będą mieli szansę stworzenia “klasy średniej producentów rolnych". Ziemia stanie się też podstawą stworzenia na prowincji klasy średniej, nie związanej z rolnictwem.

To kapitał zakładowy, dający poczucie bezpieczeństwa. Osoby zakładające na wsi własne firmy są często także rolnikami lub wywodzą się z chłopskich rodzin. Parę lat temu połowa wiejskich przedsiębiorców miała ziemię. Teraz ma ją już tylko co trzeci, ale co czwarty trzyma ziemię “na wszelki wypadek".

- 52 proc. osób pracuje w gospodarstwach rolnych, choć nie przynoszą im one dochodów bądź dochody te wynoszą 5 tys. zł rocznie na rodzinę. Czy można powiedzieć, że polska wieś jest socjalna?

- Związek Powiatów Polskich wydał broszurę “Wspólna Polityka Rolna", współfinansowaną przez UKIE i przedstawicielstwo Komisji Europejskiej w Polsce. Porównano w niej dochody gospodarstwa rodzinnego, produkującego żywność, w Polsce i UE w latach 1995-96. W Polsce dochody te wynosiły z dotacjami - 2,5 tys. euro, zaś bez dotacji - 2,4 tys. euro. Natomiast w UE: 17 tys. euro z dotacjami i 9 tys. euro bez dotacji. Po przeliczeniu dochodów na jeden hektar, dochody gospodarstwa rolnego wynosiły: w Polsce 288 euro; w UE 542 euro. Jednak bez dotacji dochodowość polskiego gospodarstwa była minimalnie większa (!): 285 euro i 281 euro z hektara w UE. Zestawienie opracowano na podstawie danych raportu Komisji Europejskiej z 1998 r.

Tyle można powiedzieć o polskich gospodarstwach towarowych. Czy resztę można nazwać wsią socjalną? Zarówno na wsi, jak w mieście z rent albo emerytur żyje blisko 35 proc. mieszkańców, czyli sfera socjalna, rozumiana jako utrzymywanie się ze źródeł niezarobkowych, jest na wsi i w mieście identyczna. W gospodarstwach nie przynoszących dochodu gotówka pochodzi z rent, emerytur, zasiłków lub pracy najemnej - stałej, sezonowej, doraźnej. Nazywane są socjalnymi, bo nie przynoszą dochodów, nie ma w nich produkcji towarowej. Ale nie utrzymują się z dotacji budżetowych, płacą podatek rolny i składkę KRUS.

Są “samo-socjalne". Tyle że biedne, zmuszone do szukania pozarolniczych źródeł dochodów. Ale jest to bieda ludzi samodzielnych, którzy nie umierają z głodu, bo te kilka hektarów pozwala im przeżyć. Są jednak za biedni, aby kupić książki dla dziecka czy wysłać je na kolonie, sfinansować studia lub liceum w mieście.

- O 3 proc. wzrosła na wsi liczba ludzi z wykształceniem wyższym, a o 7 z średnim zawodowym i ogólnokształcącym. Jak daleko nam do powstania klasy średniej?

- Aspiracje edukacyjne młodzieży wiejskiej i miejskiej są tożsame, chociaż poziom wykształcenia - różny. Pełne wykształcenie średnie ma 21 proc. mieszkańców wsi powyżej 13 roku życia związanych z rolnictwem, ale wśród ludzi do 35 roku jest to już co trzeci mieszkaniec. Nie zapominajmy, że zdobycie wykształcenia jest ciągle dla mieszkańców wsi spełnieniem kosztownego marzenia.

O gospodarstwie rolnym powinnyśmy przestać mówić językiem PRL-u: że jest to warsztat pracy. Gospodarstwo dochodowe to w gruncie rzeczy przedsiębiorstwo prowadzące biznes rolniczy. Co drugi właściciel w grupie gospodarstw powyżej 50 ha ma już wyższe wykształcenie. Dochody w gospodarstwach rolnych można zwiększyć, np. przez agroturystykę, sprzedaż oryginalnych wyrobów lub potraw regionalnych, produkcję ekologiczną. Austria i Szwecja postawiły po wejściu do UE na wykorzystanie środków wspierających gospodarstwa ekologiczne. Dzisiaj taka produkcja zajmuje 8-10 proc. ich użytków rolnych, u nas mniej niż 1 proc.

Tak może wyglądać droga od klasy chłopskiej przez zawód rolnika do producenta rolnego - kogoś, kto nie tylko ma gospodarstwo, ale dobrze sobie radzi na wolnym rynku. W taki sposób może powstać klasa średnia na naszej prowincji.

Dr BARBARA FEDYSZAK-RADZIEJOWSKA jest etnologiem, socjologiem wsi oraz pracownikiem Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN. Ostatnio ukazała się pod jej redakcją (wspólnie z M. Kłodzińskim) “Przedsiębiorczość wiejska w Polsce i krajach Unii Europejskiej" (2002).

W jednym z najbliższych numerów zamieścimy wywiad na temat wolnorynkowego modelu rolnictwa.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 22/2004