Ubi Deus, ibi Pax

Z archiwum TP: Świeżo nalepione na witrynach sklepowe napisy "Bonum et pax" powtarzały słowa widniejące tu od lat, od wieków nawet na architektonicznych detalach ozdobionych podobiznami św. Franciszka. On to przecież sprawił, że przepiękne, zawieszone pomiędzy niebem a ziemią małe miasteczko nie od dziś może uchodzić za "światową stolicę pokoju" - tak Światowy Dzień Modlitw o Pokój w Asyżu relacjonował Tygodnik (nr 45, 9 listopada 1986 r.).
Czyta się kilka minut

27 października był dniem oczekiwanym od wielu miesięcy z narastającym zaciekawieniem, nadzieją, ale i sceptyczną rezerwą. Bezprecedensowe zaproszenie przez Papieża przywódców religijnych z całego świata, chrześcijan i przedstawicieli innych wyznań, na specjalne spotkanie modlitewne w Asyżu - w intencji pokoju na naszym globie, ogłoszone 25 stycznia br. w bazylice św. Pawła za Murami, poruszyło wyobraźnię, stało się swego rodzaju sensacją, wzbudziło też rozmaite domysły oraz teologiczne wątpliwości. Rozwiały się one wszakże, gdy Ojciec Święty dobitnie wyakcentował istotne niuanse szczególnej formuły spotkania: ma być ono nie tyle wspólną modlitwą przybyłych do Asyżu reprezentantów najrozmaitszych orientacji religijnych, co wspólnym zebraniem się ich po to, aby się modlić - zgodnie z własną tradycją i wymogami rodzimej wiary. Nie chodzi przy tym o tworzenie pozorów łatwej, fałszywej ekumenii, ani zmierzanie w stronę mylącego synkretyzmu wyznaniowego czy jakiegoś relatywizmu, lecz o akt dobrej woli jednoczący ludzi w poczuciu moralnej współodpowiedzialności za losy świata, ludzi świadomych swej tożsamości i odrębności, pełnych szacunku dla dzielących ich różnic międzykulturowych. Można sobie wyobrazić jak delikatnej a zarazem zasadniczej natury kwestie trzeba było przedyskutować w związku z asyskim spotkaniem, jakie rafy ominąć i trudności pokonać opracowując program planowanych uroczystości. Teraz zaś można powiedzieć, że to, co się dokonało - w poprzedni poniedziałek (właśnie w poniedziałek, gdyż ani niedziela, ani sobota, czy piątek nie mogły być brane w rachubę jako dnie nieneutralne dla wyznawców różnych religii) - przeszło wszelkie oczekiwania i niezależnie od tego jak dalece przebieg wypadków odbiegł od uprzednich, często zresztą naiwnych wyobrażeń milionów ludzi poruszonych perspektywą wyjątkowego wydarzenia, okazało się ono monumentem historycznym o wielkiej doniosłości, do którego trzeba będzie już się odwoływać. Nie tylko przy poszukiwaniu skuteczniejszych sposobów ocalenia świata przed wojenną pożogą, wyniszczającymi konfliktami lokalnymi i globalną katastrofą, ale i przy torowaniu dróg rzeczywistego zbliżenia na płaszczyźnie szczególnie ważnej i bodaj najbardziej podstawowej, jaką wyznacza przeżycie religijne.

Ogromna rozmaitość ludzkich odniesień do Boga, wielość historycznie ukształtowanych form oddawania Mu czci, mnogość zróżnicowanych teologicznie, doktrynalnie, obrzędowo i etycznie wyznań, wiar czy przeświadczeń religijnych była w całej dotychczasowej historii częściej chyba czynnikiem głębokich, nieraz nienawistnych podziałów aniżeli podstawą budowania ogólnoludzkiej wspólnoty. Nierzadko też stawała się zarzewiem niepokojów i krwawych starć. I nawet w imię tego samego Boga stawano z bronią naprzeciw siebie, toczono święte wojny, podpalano stosy, uciekano się do gwałtów i okrucieństw. Ojciec wszystkich ludzi, Dawca życia i prawdziwego pokoju niejednokrotnie był wzywany w intencjach całkowicie zaprzeczających Jego istocie. Zdarza się tak i nadal, choć w dzisiejszym świecie religijną motywację wszczynania wojen zastąpiła na ogół sankcja ideologiczna. Nie należy się łudzić, że po 27 października sytuacja cudownie się odmieni. Wszelako w tym przedziwnym dniu ludzkość otrzymała nader ważną lekcję, zobowiązujący przykład takiego przeżywania wiary, które w sumieniu obliguje człowieka do budowania pokoju - poczynając od własnego serca i kręgu spraw najbliższych, na które można mieć jakiś wpływ realny. Była to też lekcja właściwego odnoszenia ludzkiego serca do Boga jako jedynego gwaranta prawdziwego pokoju.

Ubi Deus, ibi pax. Gdzie Bóg, tam pokój. Sentencja ta, wykuta na kamiennym portalu w pobliżu bazyliki św. Klary spotykana również w innych punktach Asyżu, zdać się mogła w tym dniu jakby umyślnie przygotowanym elementem skromnej świątecznej dekoracji miasta, które nieprzypadkowo zastało obrane miejscem niezwykłego spotkania ku modlitwie. Świeżo nalepione na witrynach sklepowe napisy "Bonum et pax" powtarzały słowa widniejące tu od lat, od wieków nawet na architektonicznych detalach ozdobionych podobiznami św. Franciszka. On to przecież sprawił, że przepiękne, zawieszone pomiędzy niebem a ziemią, wsparte o zalesiony stok potężnej góry Subasio małe miasteczko nie od dziś może uchodzić za "światową stolicę pokoju", jak to z dumą określają Asyżanie. Duch "zakochanego w miłości", zbratanego z naturą i ludźmi zakonnika jest tam stale obecny i odczuwany na każdym niemal kroku. Byle tylko odizolować się nieco od hałaśliwego pośpiechu masowej turystyki zalewającej uliczki i kościoły Asyżu, byle umieć odnaleźć sferę ciszy i wewnętrznego skupienia, zechcieć wędrować po śladach, których nie ma w żadnym bedekerze. Zalewany słońcem a czasem przygniatany chmurami niewielki ten obszar wypiętrzonych murów o bladoróżowym kolorycie bardziej jest przestrzenią duchową aniżeli fizyczną i w całkiem naturalny sposób zdaje się otwierać na nadprzyrodzony wymiar istnienia. To miejsce nieustającej epifanii, naznaczone stygmatem wielkości najmniejszego z braci całej rodziny ludzkiej, jednego z najwierniejszych naśladowców Chrystusa, przemawia swą urodą, duchowa aurą, symboliką, mocą ucieleśnionej tutaj idei - do wszystkich mających oczy ku patrzeniu a uszy ku słuchaniu. Jest czytelne dla przybyszów z zewsząd, z najrozmaitszych kręgów kulturowych i jakby predyscynowane do tego, żeby być miejscem spotkania, więcej - zbliżenia - ponad wszelkimi barierami, u samych źródeł człowieczeństwa, które tu przy grobie bogatego w miłosierdzie Biedaczyny może i powinno na nowo odkryć swoje zagubione powołanie i zatarte rysy Bożego synostwa.

Pierwszy raz zobaczyłem Asyż z samolotu, z wysokości 10 tysięcy metrów i był to widok nie tylko piękny, ale i wymowny. Wyodrębniający się wyraziście z tła wydłużony kontur miasta przypominał łódkę sterującą wśród wzgórz po groźnym ziemskim bezmiarze. I taką właśnie łodzią, ba, arką nawet zdał mi się Asyż 27 października. Co zdoła ocalić, przed czym uchronić, czemu się przeciwstawić ten mały kruchy okręcik zbrojny jedynie mocą modlitwy, a rzucający wyzwanie całemu światu - pytałem nie tylko ja, zastanawiając się nad skutecznością jedynej w swym rodzaju pokojowej ofensywy podjętej na papieskie wezwanie. I mimo wszelkich zrozumiałych wątpliwości, wbrew przemożnej pokusie sceptycyzmu skłonny jestem wierzyć, że w tej tak beznadziejnej sprawie, jaką jest kwestia światowego pokoju, dokonało się w Asyżu coś przełomowego, zasadniczo nowego, coś, co chociaż nieuchwytne i niewymierne musi z czasem zaowocować konkretnymi efektami. Nie mogą być one oczywiście natychmiastowe. Nieporozumieniem jest więc doraźne bilansowanie rezultatów głośnego papieskiego apelu o powszechne zawieszenie broni bodaj na ów dzień jeden tylko! I mierzenie wyłącznie tą miarą sensowności bezprecedensowej inicjatywy. Jest ona niewątpliwie trochę nie z tego świata, ileż jednak idei "nie z tej ziemi" odmieniło już i wciąż odmienia jej oblicze… A przecież bezpośredni pozytywny odzew na prośbę Papieża o Treuga Dei okazał się zaskakująco rozległy. Każdy zaś chyba, kto bez uprzedzeń, z wysiłkiem dobrej woli, wiarą i gotowością otwartego serca uczestniczył w owym spotkaniu modlitewnym, czy choćby oglądał uważnie trzy i półgodzinną transmisję telewizyjną z jego przebiegu przekazywaną szeroko w świat przez RAI (choć Polakom w kraju dostępną tylko z paru nic nie mówiących migawek) - był pod ogromnym wrażeniem tego, co dokonało się w mieście św. Franciszka.

Wydarzenie to miało rozmaite wymiary, nie dla wszystkich jednakowo widoczne, dla wielu przesłonięte tylko widowiskową stroną niecodziennego, chwilami nader malowniczego i nie pozbawionego egzotyki spektaklu. Nie każdy umiał się w tym znaleźć. Ciekawość, nastawienie na widowisko czy sensację, zwykły wreszcie niedostatek kultury tu i ówdzie dawał o sobie znać w typowych postawach gapiów dziwujących się prostodusznie inności strojów, gestów, obrzędowych rytuałów prezentowanych przez przedstawicieli innych wyznań, zaproszonych przez Papieża do Asyżu. Ale nieporównanie więcej było skupienia i zasłuchania, prób wczucia się w to, co najgłębsze, modlitewnej żarliwości i spontanicznych reakcji w duchu szczerze ekumenicznym, choć idącym nieco dalej niż pozwalała na to oficjalna formuła spotkania. Rozpoczęło się ono przed dziewiątą rano przy niespodziewanie brzydkiej, jak na Asyż o tej porze, pogodzie. Było zimno i wietrznie, popadywał deszcz, lecz przecież nie uszło niczyjej uwagi, że gdy przed wspaniałą bazyliką Matki Bożej Anielskiej w "dolnym" Asyżu (dość daleko od starego, rozłożonego na górze miasta) pojawił się Papież, by powitać swych gości, chmurne niebo opromieniła na chwilę tęcza, Tego dnia język najprostszych, nawet zużytych już symboli odzyskiwał w powszechnym odczuciu swą pierwotną świeżość i prawdę. Nie mogło w nim zabraknąć także przysłowiowych gołębi, więc "obwieszona" dosłownie tymi ptaszkami postać wychudłego franciszkanina, pozującego fotoreporterom, urosła później w telewizyjnych i prasowych przekazach do rangi sugestywnej metafory wyrażającej skrótowo ducha asyskiego spotkania.

Po powitalnej prezentacji na schodach bazyliki, czego nader fotogenicznym aspektem była parada mniej lub bardziej oryginalnych strojów, w jakich do Asyżu przybyła spora część zaproszonych tam przez Papieża przedstawicieli 12 religii świata, wszyscy oni przeszli do wnętrza wspaniałego kościoła kryjącego w swym sercu Porcjunkulę - wzruszający prostotą maleńki kościółek-kaplicę, odnowioną niegdyś przez samego Franciszka. A gdy zasiedli wokół na krzesłach przed tym swoistym relikwiarzem orędownika miłości i pokoju, Jan Paweł II wygłosił krótkie wstępne przemówienie wyjaśniające raz jeszcze motywy i charakter przepojonego duchem ascezy modlitewnego spotkania, jakże różnego od wszelkich świeckich, politycznych czy dyplomatycznych akcji określanych mianem "pokojowych". Piękny śpiew chóru, wzywającego w języku japońskim "wszystkie ludy do chwalenia Pana" i chwila kontemplacji zakończyła pierwszą część rozdzielonego na trzy zasadnicze fazy programu Światowego Dnia Modlitw o Pokój. Druga jego faza trwała około dwu i pół godziny, a przebiegała już w obrębie murów starego Asyżu, wysoko nad kopułą Santa Maria degli Angeli. Autokary wiozące tam Papieża i jego gości mijały po drodze spore grupy pielgrzymów, których nie było w sumie nazbyt wielu. Asyż ogłoszony został dla nich wprawdzie miastem otwartym, lecz wcześniejsze przestrogi, że jego mury są ciasne, zrobiły swoje. Historyczne przeto spotkanie odbywało się w dość kameralnej atmosferze, bardziej odpowiedniej dla jego charakteru oraz ideowych założeń. Chodziło bowiem również o to, by przedstawiciele innych Kościołów i wspólnot chrześcijańskich, a także wszystkich innych religii nie czuli się przytłoczeni naturalną w tym miejscu na Ziemi dominacją pielgrzymów katolickich. W drugiej fazie programu Dnia miejsca modlitw rozdzielone zostały w różnych kościołach, w salach oraz na placach Asyżu. Tylko chrześcijanie modlili się razem, w położonej wysoko katedrze św. Rufina o nieskazitelnie romańskiej fasadzie i barokowym wnętrzu. Przejmujące były to modły, wypełnione czytaniem biblijnych tekstów, wspaniałymi śpiewami i długimi chwilami ciszy. Siedzący pośrodku rozwiniętego w półkole braterskiego gremium Ojciec Święty miał po swej lewej ręce arcybiskupa Canterbury R. Runcie, po prawej zaś prawosławnego arcybiskupa - Methodiosa. I znów to szczególne sąsiedztwo, podtrzymywane zresztą przez cały dzień, od rana do wieczora, nabrało wymowy znamiennego symbolu ożywiającego ekumeniczne nadzieje wyznawców Chrystusa. Nie można wszakże zapomnieć o innych grupach religijnych trwających również na wspomaganej postem modlitwie w jedenastu innych miejscach. Byli to: bahajowie, buddyści z Dalaj Lamą, żydzi z Wielkim Rabinem Rzymu Elio Toaffem, dżainiści i hinduiści, muzułmanie, przedstawiciele tradycyjnych religii afrykańskich i amero-indiańskich, sikhowie, szintoiści i zoroastrianie Po zakończeniu przewidzianych modlitw i krótkiej, półgodzinnej przerwie wszyscy oni zebrali się na Piazza del Comune, oczekując na przybycie schodzących się od św. Rufina chrześcijan. Wkrótce też uformowała się długa procesja, która zdążając wolno stromymi uliczkami wśród wiwatujących pielgrzymów i mieszkańców miasta w kierunku bazyliki św. Franciszka doprowadzić miała - już na dziedzińcu dolnego jej kościoła - do końcowego, najbardziej może spektakularnego i najmocniejszego w swej duchowej wymowie akordu całego spotkania.

Akord ten trwał niemalże trzy godziny i wypełniony publiczną, odbywaną wobec wszystkich zebranych, wzajemnie sobie bliską lecz przecież nadal konsekwentnie oddzielną modlitwą, obfitował w symboliczne gesty i znaki o uniwersalnej wymowie. Siedzący szerokim półkolem na obszernym podium religijni przywódcy świata, z przygarbionym Papieżem pośrodku, podchodzili kolejno, grupami do ustawionego na przedzie pulpitu, by raz jeszcze, w rozmaitych językach zanieść do Boga błagalne prośby. Indiańska fajka pokoju była w tym kontekście równie wzruszająca jak oliwne gałązki, które później chłopcy i dziewczęta rozdawali świadkom podniosłej uroczystości albo jak wręczane wszystkim zgromadzonym na podium osobistościom małe sadzonki oliwne drzewek w zielonych doniczkach. Szczególne wszakże znaczenia miało obszerne, wygłaszane po angielsku, kończone po włosku i zamknięte różnojęzycznymi pozdrowieniami kierowanymi do uczestników spotkania i wszystkich ludzi dobrej woli, przemówienie Jana Pawła II będące intelektualną syntezą tego wszystkiego, co owego dnia wydarzyło się w Asyżu. Raz jeszcze dobitnie zabrzmiała zawarta w społecznym nauczaniu Kościoła prawda o fundamentach rzeczywistego pokoju opartego na prawdzie, sprawiedliwości i poszanowaniu niezbywalnych praw osoby ludzkiej. I znowu trudno było nie zauważyć, że zachodzące na chmurnym niebie słońce zalało na parę chwil rozległą dolinę spoletańską zjawiskowym potokiem wieczornego światła. Wymieniwszy braterskie gesty pokoju religijni przywódcy świata udali się z gospodarzem modlitewnego spotkania na wspólny posiłek w refektarzu klasztoru OO. Franciszkanów, zaś rozchodzący się w uniesieniu pozostali zgromadzeni nieśli do swych domów nadzieję, kruchą wprawdzie jak kruchy jest pokój na świecie, lecz ożywioną siłą bezbronnej niby, a przecież zdolnej sprawiać cuda modlitwy i wiary.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł