Jubileusze dużych instytucji kultury mają to do siebie, że zazwyczaj wymuszają ton podniosły, nieco hagiograficzny, skupiony na wyliczaniu Noblistów i słupkach sprzedaży. Ale gdyby spojrzeć na sprawy z nieco innej perspektywy, siedemdziesięciolecie Wydawnictwa Poznańskiego to przede wszystkim rzadka okazja do prześledzenia, jak w jednym punkcie na mapie – i pod jednym adresem – dokonywała się całkowita transformacja polskiej rzeczywistości literackiej. Od państwowego monopolu, przez brutalny czyściec czasu przełomu, aż po dzisiejszy model biznesowy, który paradoksalnie, bo jednak przejmując część odpowiedzialności państwa za kulturę, wydaje się nie najgorszą formą ochrony kapitału symbolicznego, o ile w całym tym rozrachunku w grę nie wchodzi czysty zysk.
Willa Landsberga i bastion nauki
Willa Adolfa Landsberga przy Fredry 8 w Poznaniu to całkiem malownicze tło redakcyjnych anegdot, ale przede wszystkim przestrzeń, która wysycała się historią miasta i jego życia literackiego. Zanim w 1957 roku, na fali odwilży, zadomowiło się tu Wydawnictwo Poznańskie, budynek służył niemieckiemu adwokatowi żydowskiego pochodzenia, później stał się kliniką ginekologiczną, potem radzieckim konsulatem. Ta sekwencja – od prywatnego luksusu, przez medycynę, po twardą dyplomację okresu stalinowskiego i zakup przez właściciela wydawnictwa, Wojciecha Pawłowskiego, w 2012 roku – ustawiła Wydawnictwo Poznańskie w specyficznym kontekście. Oficyna narodziła się z państwowego dekretu z konkretnym zadaniem: miała być regionalnym mocarstwem, które „użyźni” Ziemie Zachodnie. Ale jak to bywa, od początku misja miała w sobie wewnętrzne pękniecie. Z jednej strony wielkopolski etos pracy organicznej i mitologizowanej solidności, z drugiej – niemal imperialna ambicja spoglądania na Północ. To tutaj stworzono przecież „Serię Dzieł Pisarzy Skandynawskich” z charakterystycznym logotypem z drakkarem, okrętem wikingów, która dla pokoleń Polaków była jedynym dostępnym oknem na zewnętrzną nowoczesność. To okno było jednak reglamentowane – o tym, co i jak można wydawać, decydowała nie tylko rynkowa potrzeba, ale zwłaszcza polityka. Edmund Makowski, wieloletni zastępca redaktora naczelnego, zapłacił stanowiskiem za przeoczenie w książce Leszka Moczulskiego („Wojna polska 1939”) jednego zdania o tym, że Polska była „bękartem traktatu wersalskiego”.
Wydawnictwo Poznańskie w latach 90. było też potężnym bastionem naukowym, który na akademickiej mapie Polski zajmował wyjątkowe miejsce. Pod jednym adresem publikowano monumentalne „Dzieje Wielkopolski” czy „Historię Pomorza”, oficyna de facto przejmowała rolę akademickiego think-tanku. To tutaj narodziła się Poznańska Biblioteka Niemiecka (PBN) – seria, która dla polskiej humanistyki stała się fundamentem, wprowadzając do szerokiego obiegu myśli Maxa Webera, Waltera Benjamina, Christopha Kleßmanna czy Karla Schlögela.
Co po przełomie?
W tej kronice przetrwania najbardziej odzierający ze złudzeń jest rok 1992. Moment likwidacji państwowego przedsiębiorstwa to w historiografii Wydawnictwa Poznańskiego scena dość dramatyczna: Bronisław Kledzik przywołuje w swoich wspomnieniach obraz pełnomocnika likwidatorki wyrzucającego na przyczepę traktorową czystodruki, korekty i klisze z dorobkiem Parnickiego, Brandstaettera, Barańczaka czy Iłłakowiczówny. To był koniec pewnego habitusu – modelu, w którym wydawnictwo było „przedłużeniem lewego ramienia partii”, ale i bezpieczną przystanią dla kultury. Wydawnictwo Poznańskie przetrwało ten upadek tylko dzięki determinacji zespołu i niepewnemu bytowi jako spółka miejsko-uniwersytecka, by ostatecznie w 2012 roku przejść całkowitą przemianę. Prywatyzacja przez Wojciecha Pawłowskiego nie była tylko zmianą właściciela, ale zmianą paradygmatu.
Dzisiejsze Wydawnictwo Poznańskie to organizm działający w warunkach rynkowych, które dla redaktorów z lat 70. byłyby nie do pomyślenia. Doktor Katarzyna Kończal, zastępczyni redaktora naczelnego, łącząca akademickie zaplecze z twardym, rynkowym pragmatyzmem, mówi wprost: w nowoczesnym wydawnictwie i realiach XXI wieku trzeba było pożegnać się z „patetycznym podejściem do literatury”, nie odżegnując się od naukowych tradycji oficyny, publikującej przecież prace badawcze przed przełomem 1989 roku. I jest w tym zdaniu może wytrych, może klucz do zrozumienia logiki współczesnego rynku. Dla literackich purystów brzmi to jak kapitulacja, jednak z perspektywy bardziej socjologizującej, to jedna z bardziej skutecznych strategii adaptacyjnych.
Wydawnictwo Poznańskie dokonało operacji na otwartym sercu własnej tożsamości. Oficyna przestała być skostniałą instytucją naukową (co było ryzykiem jeszcze dekadę temu), a stała się holdingiem marek. Marka-matka, Wydawnictwo Poznańskie, trzyma straż przy literaturze pięknej, non-fiction, książkach historycznych i popularnonaukowych. To tutaj trafiają Nobliści, jak Abdulrazak Gurnah czy Toni Morrison, literatura postkolonialna, feministyczna i queerowa, i tutaj odświeżono serię skandynawską, nadając jej nową szatę graficzną autorstwa Uli Pągowskiej. Ale tuż obok, pod tym samym adresem, operuje Czwarta Strona – imprint do podbijania rynku literaturą bliższą gatunkowym podziałom. To tutaj choćby publikuje Remigiusz Mróz. Zamiast udawać, że te dwa światy się nie znają, Wydawnictwo Poznańskie czyni z tej koegzystencji swój fundament. To klasyczny model „cross-subsidization”: popularny kryminał finansuje wciąż niszową jednak eseistykę. I nie chodzi tu bynajmniej o zdradę ideałów, co raczej o świadome zarządzanie zasobami w świecie, gdzie – jak celnie diagnozuje Kończal – konkurencją dla książki nie jest inny wydawca, ale Netflix, podcasty i TikTok.
Nowe otwarcia
Najciekawszym punktem tej nowej strategii jest zmiana hasła wydawnictwa. „Z miłości do literatury” zastąpiono komunikatem: „Dobrze, że czytasz”. Sprawa to o tyle ważna, że wyraźnie przesuwa się środek ciężkości. Stary slogan był bezpieczny, mieszczański i cokolwiek protekcjonalny – zakładał istnienie pewnej wyższej instancji „miłości”, do której czytelnik musiał dorosnąć. Nowe hasło to gest demokratycznej interwencja. W epoce kryzysu uwagi sam fakt, że ktoś podejmuje wysiłek dekodowania czarnych znaków na papierze i wybiera taką formę spędzenia wolnego czasu, staje się jedną z wartości nadrzędnych. To zdjęcie z wydawcy maski mentora i edukatora, a nałożenie maski towarzysza. Gest subtelny, ale wciąż ważny. Z komunikatu „my wiemy lepiej, co powinieneś czytać” akcentuje się rolę czytelników i czytelniczek, bez których nic.
Całkiem fascynująca jest również gra Wydawnictwa Poznańskiego z własną poznańskością. W polskim życiu literackim, silnie zogniskowanym wokół Warszawy i Krakowa, oficyna z Wielkopolski mogła łatwo utknąć w pułapce prowincjonalizmu. Podczas rebrandingu w 2012 roku ekipa redaktora naczelnego Roberta Falewicza stanęła przed dylematem: zostać przy nazwie, która kojarzy się z regionem, czy uciec w „pociągający”, jednowyrazowy brand? Wybrali wierność nazwie, ale zredefiniowali jej znaczenie. Poznańskość w wydaniu Wydawnictwa Poznańskiego to nie tylko lokalna tematyka, ale przede wszystkim specyficzny etos pracy. To Poznań jako pretendent do miana książkowego centrum, z własnymi targami, w którym obok Wydawnictwa Poznańskiego działają Rebis, Zysk i S-ka, Media Rodzina czy portal Lubimy Czytać. Czy lokalność jest dziś silniejszym atutem niż próba udawania wydawnictwa znikąd? Być może.
Siedemdziesiąt lat Wydawnictwa Poznańskiego to wcale nie historia linearnego sukcesu. To raczej opowieść o ciągłym negocjowaniu miejsca dla książki w coraz bardziej, co tu kryć, nieprzyjaznym środowisku. Dzisiejsze Wydawnictwo Poznańskie wkracza w ósmą dekadę jako organizm bezwstydnie nowoczesny, świadomy swoich mechanizmów i niebojący się rynkowego „ubrudzenia”. Jeśli czegoś warto tej instytucji życzyć, to właśnie utrzymania tego napięcia. Niech Mróz dalej zarabia na Gurnaha, niech We Need YA, imprint publikujący tytuły young adult, przyciąga generację Z, a samo wydawnictwo pozostanie miejscem, gdzie literatura popularna i gesty bardziej awangardowe nie muszą się na siebie obrażać, jeśli towarzyszy im grono specjalistów dbających o samą jakość publikacji. Bo w tym pragmatycznym układzie, a nie w sentymentalnych wspomnieniach, tkwi jedyna realna szansa na przetrwanie nawyku czytania w formie nie tylko niszowej i walczącej każdego dnia o przetrwanie. „Dobrze, że czytasz” – to już nie tylko uprzejme pozdrowienie, ale strategia, która pozwala temu drakkarowi płynąć dalej.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




