Po śmierci ks. Stanisława Musiała

Duszpasterz pomocniczy

Od kilkunastu dni było wiadomo, że nie ma ratunku, że tylko cud... Przyjaciele modlili się o cud, ale cud nie nastąpił i Staszek odszedł. Jak zwykle w takich chwilach pytamy, kim naprawdę był?

"Moi koledzy i przełożeni spodziewali się, że zostanę profesorem filozofii. Zawiodłem ich. Jestem tylko kapelanem w prowadzonym przez siostry felicjanki zakładzie opiekuńczo-leczniczym (...) siedemdziesiąt pięć starych, schorowanych pań. Spotkanie z nimi to dla mnie wielka łaska Boża - medytacja o wielkości człowieka, o życiu i śmierci, o człowieku i Bogu" - napisał w ostatnim rozdziale książki "Czarne jest czarne". W przypisie uzupełnił: "Już nim nie jestem, ku mojemu wielkiemu smutkowi, z woli przełożonych pełnię funkcje duszpasterza pomocniczego przy bazylice Najświętszego Serca Pana Jezusa (...) od czasu do czasu jednak zdobywam się na »święte nieposłuszeństwo« i wypowiadam się w środkach przekazu".

Wielu ludzi ma jego obraz oparty na tym, co robił tylko “od czasu do czasu". Owszem: był człowiekiem mediów, wybitnym, uznanym, nagradzanym. Ale to od czasu do czasu. Bo przede wszystkim był ewangelicznie prostym księdzem, ubogim kapłanem Jezusa Chrystusa. “Kapłan dla ludzi jest ustanowiony w sprawach odnoszących się do Boga". Dopiero teraz odkrywamy, dla ilu ludzi był Staszek. Funkcja “duszpasterza pomocniczego" znaczyła to właśnie: ludzie z daleka i z bliska, wierzący, wątpiący, ci, którzy utracili wiarę, chrześcijanie, żydzi, muzułmanie i inni, szli do niego. Ludzie, którym odechciało się żyć, ludzie trawieni żalem, zmieniającym się w nienawiść. Teraz mówią: “kiedy na mnie popatrzył...". Bo tajemnicą Staszka była miłość ludzi. Nie jakieś tam lubienie, empatia, ale zdolność takiego spojrzenia, w którym jest pamięć o tym, że Bóg miłuje każdego. Dlatego umiał leczyć ludzi chorych na nienawiść, rozpacz, prostować drogi zagubionym. Nie osądzał nikogo i może dlatego przy nim nikt się nie zgrywał, nie udawał. Wokół niego panował klimat prawdy, a od niego emanował pokój.

Nie osądzał człowieka, lecz był bezlitosny dla zła. Dlatego mnożył sobie wrogów. Czasem przesadzał, uogólniał, nie baczył na to, że się naraża hierarchom, władzom, tzw. powszechnej opinii. “Prorok jest czasem nie zrozumiany, często odrzucany, a nawet zwalczany. Czasem nie ma racji lub grzeszy jednostronnością - nawet przyjaciele to przyznają..." - napisał we wstępie do jego książki ks. Michał Czajkowski. Tak, Staszek płacił, jak zawsze płacili prorocy, za uparte mówienie o tym, że czarne nie jest białe, lecz czarne. Jakże on był niepoprawny! Dotykał bolesnych miejsc naszego katolicyzmu, czasem w nie walił. Może uderzenia były zbyt mocne? Czasem - wbrew woli - kogoś krzywdził, zawsze jednak w najgłębszej warstwie tego, co mówił (pisał) była troska o wierność głoszonej przez Ewangelię miłości.

Był dla nas ważnym autorem, a jego “Dwanaście koszy ułomków" to znakomita publicystyka religijna. Bywał też autorem trudnym, w tym sensie, że niektóre jego teksty ściągały na nas gromy. Godziliśmy się na to, wiedząc, że ma rację. Bardzo rzadko odrzucaliśmy mu coś, co w nas samych budziło zasadniczy sprzeciw. Rozumiał to i się nie wykłócał ani nie obrażał.

Jednak myliłby się ten, kto polemiczny ferwor i “prorockie napomnienia" uznałby za dominujące pasje Staszka. Dla niektórych czytelników “TP" ks. Musiał to przede wszystkim autor “Wakacji z Kasjopeją". Nie była to zwykła opowieść o spotkanej na jakiejś plebanii kotce. Dominował w niej zachwyt: światem, człowiekiem i Bogiem. Był to hymn pochwalny na cześć daru życia - każdego życia, oraz wyznanie wiary, że taki dar może być tylko darem Boga.

Bo sekret Staszka jest w tym, że był on jezuitą do szpiku kości franciszkańskim.

Ks. Adam Boniecki

Drabina Jakubowa

Opowiadał o planach: zamierzał kontynuować pracę nad książką o stosunku chrześcijaństwa do zwierząt, rozważał powrót do pisania felietonów dla "TP", martwił się zaległościami w korespondencji i obiecywał, że wreszcie uporządkuje prywatne archiwum (oprócz dużej wielojęzycznej biblioteki miał chyba kilka tysięcy kserokopii artykułów).

W ostatnich, często nocnych telefonach chętniej niż zwykle wracał do wspomnień. Dość późno więc dowiedziałem się, że w spełnieniu marzenia o zostaniu księdzem dopomogła dwunastoletniemu Stasiowi nauczycielka i zarazem duchowa opiekunka, Maria Odziomek, która napisała do kilku zakonów prośbę o przyjęcie pobożnego i zdolnego chłopca do tzw. małego seminarium. Pozytywnie odpowiedzieli tylko jezuici. Właśnie jej i swej mamy pamięci dedykował książkę “Dwanaście koszy ułomków". Wiejskie pochodzenie długo było dla niego czymś wstydliwym. Dopiero po latach zrozumiał, że początkowo “niechciane dziedzictwo" jest wielkim bogactwem i zobowiązaniem - stamtąd np. wywodził społeczną wrażliwość i miłość do zwierząt. Dryl w nowicjacie zniósł dobrze, choć z uśmiechem opowiadał, jak podczas tzw. cotygodniowego pójścia pod lampę (kandytat stawał wówczas przed kolegami, z których każdy musiał mu wytknąć przynajmniej jeden błąd lub wadę) przez dwa lata ciągnął się za nim zarzut nazbyt częstego patrzenia przez okno (“chyba nie ma powołania, bo go interesuje świat").

W jednym z pierwszych wspomnień o nim przeczytałem, że po odsunięciu od wielu zakonnych funkcji w związku z odważnymi wystąpieniami miał się czuć bardzo samotny. Wydaje mi się jednak, że pomimo wielu bolesnych doświadczeń (np. wydanego w 1998 r. przez przełożonych zakazu wypowiadania się w sprawie krzyży oświęcimskich i “tematów pokrewnych") było inaczej. On nigdy nie był samotny, tak jak nigdy nie może być samotny człowiek zakochany w Chrystusie. Czerpał z tej miłości ogromną siłę. Powtarzał zdanie św. Augustyna, że Bóg “jest mi bliższy niż ja sobie samemu" (intimior intimo meo).

W jednym z felietonów opowieść o prawdziwej miłości jako owocu długiego procesu dochodzenia od “ja" do “ty" zilustrował następującą islamską legendą (znamienne, że od naukowych wywodów zawsze wolał hagiograficzne drobiazgi i apokryfy): “Pewien zakochany młody człowiek puka, pewny siebie, do bramy pałacu wybranki serca. Księżniczka, nie otwierając drzwi, pyta: »Kto tam?« Zakochany odpowiada śmiało: »To ja!« Brama nie otwarła się. Zamiast tego dał się słyszeć głos księżniczki: »Wynoś się stąd! Odejdź!« Młody człowiek, upokorzony i wściekły, odjeżdża, cwałując na koniu. Zaklina się, że jego noga więcej tutaj nie stanie, że księżniczki już nie kocha, że o niej zapomni na zawsze, że już o niej zapomniał. Wszystko na próżno. Miłość nie daje mu spokoju. Przemierza świat wzdłuż i wszerz, ale myśl o księżniczce wszędzie mu towarzyszy jak cień. Postanawia wrócić i znowu zapytać do bramy pałacu. Puka. I znowu ten sam dialog. Z tym tylko, że na końcu dama serca cicho, jakby szeptem dodała: »Ty mi nie chcesz powiedzieć jednego małego słowa, które by mi pozwoliło otworzyć ci bramę«. Tym razem młody człowiek odjeżdża od pałacu cichy, pokorny, zamyślony. Już nie przemierza niespokojnie świata. Szuka samotności. Cały czas zastanawia się nad ostatnim zdaniem wypowiedzianym przez księżniczkę. W tym czasie miłość jego do wybranki serca dojrzewa. Staje się głębsza, mocniejsza, traci na egoistycznej gwałtowności. Minęły lata. Zakochany z drżącym sercem staje przed bramą pałacu. Puka nieśmiało. I znowu słyszy głos: »Kto tam?« Z jego ust pada: »Ty!«. I brama otworzyła się natychmiast".

Podczas ostatnich świąt Bożego Narodzenia nie mogłem się do ks. Musiała dodzwonić przez kilka dni. Okazało się, że chodził wtedy do przytułków dla ubogich na krakowskim Kazimierzu. Nie wracał bynajmniej z tych wypraw przybity. I choć z przejęciem opowiadał o spotkaniu z ludzką nędzą i cierpieniem, dodawał, że takie zejścia w dół są zarazem wychodzeniem w górę, jego Jakubową drabiną. Pieniądze, które przywoził z zagranicznych wyjazdów lub otrzymywał jako honoraria, rozdawał podopiecznym. O sobie myślał zawsze na końcu. Pamiętam, że po powrocie ze szpitala trzeba było kupić przepisane na recepcie leki. Ksiądz wysypał na stół wszystkie swoje pieniądze z etui na klucze (nigdy nie miał portfela). Naliczyliśmy 8 zł.

Jacek Maj

Święta rozrzutność

"Niedokrwienny udar pnia mózgowego" - tak brzmiała lakoniczna diagnoza lekarska. Po ludzku sądząc był to wyrok. To było w niedzielę, 15 lutego, ok. godz. 18.00 w klinice urazowej przy ul. Botanicznej w Krakowie. Oboje usłyszeliśmy od Staszka słowa, które, jak się później okazało, kilka godzin wcześniej powiedział również do współbraci - przełożonego o. Jerzego Sermaka i Lecha Kontkowskiego.

Nie wiedzieliśmy, że to były jego ostatnie słowa - dość wierna parafraza wersetu z listu do Kolosan: "Teraz raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół" (1, 24). Uścisnąłem mu dłoń. Jak zawsze powiedział "no to pa, Stasiu". Kilka godzin później, ok. 23.00, stracił przytomność, której już nie odzyskał. Zmarł trzy tygodnie później, 6 marca o 19.10. W ciągu tych trzech tygodni był zawieszony między niebem i ziemią. Odwiedzając go, nie byliśmy pewni, czy słyszy nasze modlitwy. Czuliśmy jednak głęboką więź - czekając na cud uzdrowienia, prosiliśmy o dar zrozumienia tej niepojętej choroby.

Nie wiem, dlaczego akurat te słowa św. Pawła na wpół przytomny Staszek powtarzał, ani co te słowa oznaczają. Podobnie jak nie wiedzą ci wszyscy, którzy Staszka tak bardzo kochali i nie mogą pojąć, dlaczego już go nie ma pośród nas. Być może to niezrozumienie jest nam potrzebne, by się przedrzeć do ukrytego w słowach św. Pawła znaczenia?

Nie potrafię wspominać śp. Stanisława Musiała inaczej jak tylko sięgając do tekstów, które pozostawił, do dźwięku słów jeszcze brzmiących mi w uszach. Jak choćby te z listopada 2000 r., gdy pisząc o św. Franciszku z Asyżu niespodziewanie zaczął pisać o sobie: “Nie jest ważne, czy umrę pięknie, czy prozaicznie, budująco czy też z przerażeniem w oczach, jako grzesznik, czy w posiadaniu wszelkich »biletów« do Nieba. Byle tylko Chrystus zamknął mi oczy". Takich życzeń Chrystus na pewno wysłuchuje. Albo rok wcześniej w rozmowie z Witoldem Beresiem i Krzysztofem Burnetką, gdy wyraził życzenie, by na jego pogrzebie odmówiono żydowską modlitwę za zmarłych: “A moim najgłębszym marzeniem - i nie mówię tego gwoli wzruszającej puenty - jest, żeby nad moją trumną Żydzi odmówili kadisz". Prezes Krakowskiej Gminy Żydowskiej pan Tadeusz Jakubowicz zapewnił mnie, że wola zmarłego będzie spełniona. Wreszcie, gdy w 2001 r. w rozmowie ze mną zachwycał się “świętą rozrzutnością" świętych: “Moja fascynacja świętymi zasadza się na fakcie, że - jak podaje Apokalipsa św. Jana - »nie umiłowali swego życia aż do śmierci«. Posiedli życie wieczne, bo nie trzymali się kurczowo życia na tym świecie. Paul Tillich, wielki teolog protestancki zeszłego stulecia, nazwał tę postawę »świętą rozrzutnością« - na wzór owej niewiasty z Ewangelii, która rozbiła flakon drogocennego oleju, by namaścić ciało Chrystusa na śmierć. »Święta rozrzutność« swym istnieniem".

Nie do końca pojmuję przesłanie Staszka, ale czuję, że jest autentycznym zatroskaniem o Kościół w Polsce i o zakon, w którym przeżył ponad pięćdziesiąt lat. Być może ta śmierć jest potrzebna i nam, byśmy lepiej rozumieli słowa i gesty, którymi nas zaskakiwał, dziwił, a niekiedy drażnił. Był dla mnie uosobieniem księdza posoborowego, tzn. nie tyle cytował dokumenty kościelne, ile nimi żył. Zwłaszcza dekret o ekumenizmie czy deklaracja o stosunku Kościoła do innych religii były dlań czymś oczywistym i naturalnym jak oddychanie. Pewnie dlatego poruszał się po obrzeżach Kościoła - Żydzi, niewierzący i poszukujący to byli jego naturalni partnerzy.

Ks. Stanisław Obirek SJ

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 11/2004