Współczesne zjawiska artystyczne ciągle jeszcze spotykają się u nas z niezrozumieniem albo obojętnością, chyba że mają posmak skandalu. Wtedy medialna wrzawa, podsycana ideologicznie przez polityków, uniemożliwia rzeczową dyskusję. Doświadczyłem na własnej skórze skutków nieporozumień związanych z próbą wyartykułowania poglądu o niewłaściwości rozstrzygania tego typu subtelnych kwestii na sali sądowej (myślę o procesie Doroty Nieznalskiej). Stąd moja radość z podjęcia przez "Tygodnik" problemu wartościowania sztuki współczesnej.
Szanowana przeze mnie autorka wypowiada jednak tezy zaskakujące. Wychowywałem się na jej subtelnych analizach akademizmu, błyskotliwych pochwałach malarstwa i wyprawach w głąb biografii mistrzów pędzla. Gdy w latach 80. pisałem na KUL-u doktorat z etnologii sztuki, były dla mnie doskonałym dopełnieniem seminariów prof. Jacka Woźniakowskiego. Badając w latach 90. sztukę rytualną Afryki, znajdowałem u Marii Poprzęckiej potwierdzenie własnych intuicji o wspólnocie ducha wszystkich poszukiwaczy piękna i Absolutu. Być może niezbyt pilnie śledziłem rozwój jej poglądów w ostatniej dekadzie i przeoczyłem moment przełomu.
Drogi sztuki, drogi religii
Podstawowa teza, z którą nie mogę się zgodzić, dotyczy samego pojmowania sztuki. Autorka, powołując się na Hegla, zdaje się rozumieć "sztukę" jako czysty produkt wolnego ducha ludzkiego, dotychczas nieszczęśliwie uwikłany w religię, kult i inne zanieczyszczające go zniewolenia. W finale jej wypowiedzi pobrzmiewa wręcz nadzieja na ostateczny rozwód tych splecionych dotąd przypadkowo rzeczywistości. Samoświadoma "sztuka" nie będzie już teraz musiała służyć żadnym bogom. Na potwierdzenie tej tezy Maria Poprzęcka (dalej podpierając się Heglem) stwierdza, że "arcydzieło nie sprawdza się jako obiekt kultu".
Zaniepokojony, sięgnąłem do najnowszej bibliografii autorki. Okazało się, że rzeczywiście przeoczyłem nowy nurt w myśli Pani Profesor. W książce "O złej sztuce" pojawia się nawet stwierdzenie: "trasy artystycznych pielgrzymek biegną daleko od dróg, którymi wierni pielgrzymują do cudownych obrazów i figur". Trudno walczyć na autorskie teorie z Heglem i z Marią Poprzęcką. Lepiej chyba zaprosić koneserów sztuki na dwa najstarsze szlaki pielgrzymkowe Europy: do Santiago i do Rzymu; od pewnego czasu elitarne towarzystwa naukowe urządzają wyprawy studyjne dla historyków sztuki właśnie wzdłuż Camino de Santiago i Via Francigena.
Żeby nie być posądzonym o konfesyjną ciasnotę, przywołam też sztukę rytualną obcych cywilizacji. Plemienna kultura afrykańska nie zna właściwie sztuki innej niż kultyczna. Czy maski rytualne i figury przodków, które zainspirowały Kirchnera i Picassa do ekspresjonistycznej i kubistycznej rewolucji, można wykluczyć z zakresu pojęciowego słowa "sztuka"? Owszem, czynili tak niektórzy badacze bezwzględnie przekonani o jedynie słusznej idei mimesis. Dziś wiemy, że był to pyszałkowaty europocentryzm.
Do jakiej kategorii należałoby zaliczyć Borobudur czy katedrę w Chartres, witraże Chagalla albo obrazy Marka Rothko? Może trzeba by stworzyć jakieś nowe określenie kwalifikujące dawne artefakty jako "rzemiosło rytualne", aby wysoki termin "sztuka" zarezerwować dla działań "instalatorskich" Katarzyny Kozyry czy Zbigniewa Libery? Przesadziłem chyba w złośliwości. Przepraszam! Ale "grzechem" popełnionym "przy klatce z niedźwiedziami" wydaje mi się właśnie przesada, skrajność i jednostronność.
Rozumiem "zakręcenie" Pani Profesor polską sztuką nowoczesną. Zaskoczony jednak jestem neoficką żarliwością naukowca nawróconego na (względnie) nowe wyznanie artystyczne. Chciałbym prosić o umiar i szerokość spojrzenia. Jestem przekonany, że sztuka i religia są rzeczywistościami autonomicznymi. Mają jednak wiele punktów stycznych. Ot, choćby wspólną tęsknotę za wyrażeniem Tego, co niewyrażalne.
Nowa sztuka i Dawni Mistrzowie
Niepokoi mnie również kampania na rzecz nowego muzeum sztuki współczesnej prowadzona w duchu owego "zakręcenia". Stwierdzenia propagujące "supermarket kultury" i "wystawy w ZOO" w opozycji do "skarbnicy, pałacu sztuki czy nawet forum" wprawiają mnie w zdumienie. Maria Poprzęcka nie zgadza się z twierdzeniem, że sztuka najnowsza nie ma swoich odbiorców. Podzielam ten pogląd - ale z zastrzeżeniem dotyczącym kryterium wyboru dzieł i sposobu ich prezentacji.
Sam stałem niedawno w długich kolejkach przed galeriami Berlina czy Londynu. Gdy jednak wybrałem się do Warszawy na wystawę "Potencjał", reklamowaną w mediach jako przedsmak zbiorów nowego muzeum, przeżyłem wielkie oświecenie. Najpierw oślepiło mnie słońce, które wlewało się przez szklane ściany gmachu całkowicie otwartego na "popularną ikonosferę, w której żyjemy na co dzień". Potem zauważyłem, że rozległe sale świecą pustką. Dość agresywne instalacje nie miały żadnych szans w konfrontacji z "przestrzenią otwartą na miasto". Celowo używam określeń opisujących plany nowego muzeum przywołane przez Marię Poprzęcką. Byłem na wystawie "Potencjał" z ludźmi młodszymi o jedno pokolenie. Znudzeni, już po chwili poprosili mnie, żebyśmy poszli szybko do kolejki przed Zamkiem Królewskim, gdzie prezentowano wystawę "Arcydzieła malarstwa francuskiego 1600-2000"...
Jeśli stwierdza Pani Profesor w kontekście dyskusji o kiczu, że w naszym kraju światowe debaty przesunięte są w czasie, "bo ważne dla nich książki zbyt późno tłumaczone są na język polski", proszę uwzględnić owo przesunięcie również w zakresie trendów kolekcjonerskich i wystawienniczych. Moda na sztukę krytyczną w Londynie i Nowym Jorku dożywa już swoich dni. Charles Saatchi rozpoczął w ubiegłym roku na Wyspach wielowątkowy projekt opatrzony znamiennym tytułem "Triumf malarstwa". Ktoś złośliwy może uznać, że ten zręczny dyktator trendów artystycznych nie miał wyboru, skoro pożar zniszczył jego dotychczasowe zbiory. Niektórzy twierdzą nawet, że Saatchi sam podpalił obiekty swojej dawnej fascynacji, aby napędzić nową koniunkturę na rynku sztuki. Może? Ale dwuletni cykl wystaw pokazujących (po epoce "rekina w formalinie") wyłącznie malarstwo cieszy się ogromną popularnością.
Jeśli zaś chodzi o książki, warto byłoby przetłumaczyć i poddać szerszej debacie (jak to się stało w Niemczech czy w Italii) najnowsze dzieło wybitnego krytyka amerykańskiego Donalda Kuspita "The End of Art". Kuspit, do niedawna główny prorok światowego postmodernizmu, ogłosił ostatnio koniec sztuki, a właściwie post-sztuki postmodernistycznej i z ulgą zaczyna wracać do "Dawnych Mistrzów". Jego określenie "Nowi Dawni Mistrzowie" obejmuje nie tylko amerykańskich, niemieckich czy brytyjskich mistrzów pędzla, ale również zdegradowanego przez Panią Profesor, a bardzo cenionego na Zachodzie Igora Mitoraja.
Kuspit radykalnie (może zbyt radykalnie) stwierdza, że zbankrutowana sztuka postmodernistyczna przegrała, gdyż była zwycięstwem banału nad misterium, tego, co odrażające, nad tym, co święte. "Post-artysta jest kaznodzieją mówiącym nam o tym, co od dawna wiemy - o brzydocie i niesprawiedliwości świata - bez propozycji jakiejkolwiek alternatywy estetycznej czy kontemplacyjnej". Post-sztuka, według Kuspita, musi umrzeć, gdyż stała się bezkrytyczna w swojej krytyczności i schematyczna w przyzwyczajeniu do prowokacji. Rozumiem niechęć części krytyków do tego typu proroctw, ale trudno zbyć je milczeniem. A w Polsce, mimo publikacji fragmentów programowego tekstu Kuspita w jednym z wielkonakładowych tygodników - w okopach jedynej, flagowej opcji sztuki panuje cisza!
"Fachmani" i "akcjoniści"
Pogarda dla warsztatu "zręcznych fachmanów" (takich jak Mitoraj, Duda-Gracz czy Świeszewski), którzy "wciskają kit" pozorów wysokiej sztuki, w opozycji do bezwarsztatowego konceptualizmu, jest kolejnym zaskoczeniem, które każe mi podjąć dialog z wypowiedziami Marii Poprzęckiej. Co zostanie dla przyszłych pokoleń po działaniach "akcjonistów"? Jakie obiekty sztuki pokażemy naszym wnukom? Słyszałem już o nowych technologiach konserwatorskich stosowanych do podtrzymywania przy życiu obiektów złożonych z neonowych rurek, które się łatwo przepalają, wysychających obierków ziemniaczanych i korodujących sprężyn. Boję się, że działanie oparte jedynie na publicystycznym pomyśle, pozbawione tego, co w języku polskim nazywa się kunsztem, nie przetrwa próby czasu. Słowo "kunszt", zaczerpnięte z niemieckiego określenia sztuki jako całości (Kunst), definiuje to, co konstytutywne dla materii dzieła artystycznego.
Daleki jestem od ignorowania lub niedoceniania aktualnej nośności różnego rodzaju instalacji. Przygotowany niedawno w kościele środowisk twórczych w Gdańsku wideofresk Dominika Lejmana "Oddychająca katedra" doskonale wpisał się w tygodniowy festiwal sztuk i rytuałów "Świętojańskie świętowanie". Dominik poza wielkim talentem do operowania nowymi mediami ma doskonały warsztat malarski. Niejednokrotnie też zapraszałem do świątyni Roberta Rumasa, ceniąc jego "pasyjną" wrażliwość, czy Grzegorza Klamana, z którym lubię się spierać o istotę sztuki. Przeraża mnie natomiast bezwarunkowy dyktat niektórych kuratorów i krytyków, nakaz uprawiania "jedynie słusznego" nurtu twórczości. Taki "totalitaryzm" nie przetrwa próby czasu, podobnie jak żaden ideologiczny monopol.
W filmie "Dziewczyna z perłą", opowiadającym o Vermeerze, młoda służąca dopuszczona do tajemnic związanych z alchemią warsztatu mistrza przeżywa jakby inicjację do elitarnego grona posiadaczy wiedzy o farbach, światłach i kreśleniu perspektyw. Artystą nie może być każdy, kto zda egzaminy w Akademii Sztuk Pięknych. Słyszałem o swoistej modzie wśród studentów uczelni artystycznych na "nieczytanie czegokolwiek". Być może młodzi konsumenci wystaw w Zamku Ujazdowskim nie potrzebują, jak twierdzi Pani Profesor, "wiedzy o twórczości Jana Cybisa, a nawet Władysława Strzemińskiego, żeby otworzyć się i zrozumieć sztukę swoich czasów". Jeśli jednak twórcy tej sztuki nie będą wtajemniczeni w arkana warsztatu, to grozi nam historyczne zerwanie ciągłości naszej cywilizacji.
Leon Battista Alberti pisał o malarstwie: "Ponieważ ta dziedzina nauki może się wydawać młodzieży wymagającą zbyt wielkiego wysiłku, dlatego uważam za właściwe wykazać, jak bardzo malarstwo zasługuje na to, ażeby włożyć weń cały nasz wysiłek i zapał. Posiada ono bowiem w sobie jakąś niemal boską moc". Obawiam się, że ludyczny koncept popkulturowy, pozbawiony wysiłku i warsztatu, owej boskiej mocy posiadać nie będzie.
Jeszcze o "Ostatniej Wieczerzy"
Z tej perspektywy zaczynam lepiej rozumieć ambiwalencję odczuć Pani Profesor wobec dzieła, które wybrano jako punkt wyjścia do rozmowy o wartościowaniu sztuki współczesnej. Cieszę się, że klasycznie namalowany obraz, jakim jest "Ostatnia Wieczerza" prof. Macieja Świeszewskiego, wzbudził w naszym kraju tak żarliwą dyskusję. Liczba recenzji przerosła moje najśmielsze oczekiwania.
Zdecydowana większość poważnych recenzentów odniosła się do materii malarskiej i treści filozoficznej dzieła z uznaniem. Rzeczowe debaty o warsztacie czy polemiki z koncepcją wizji zdecydowanie dominowały nad towarzyskimi plotkami, choć jedna z lokalnych kuratorek użyła epitetów "kicz" i "kolesiostwo". Jestem wdzięczny Pani Profesor za rzeczowe wyjaśnienie tego rodzaju nieporozumień. Widziała Pani obraz w przestrzeni gotyckiej nawy i doceniła siłę ekspozycji. Słowa uznania dla solidności materii malarskiej dzieła i umiejętności artysty w ustach autorki "Pochwały malarstwa" są naprawdę cenne.
Zaskoczyła mnie natomiast niechęć do wejścia w głąb filozoficznego przesłania. Wytrawny historyk sztuki, który radził sobie z gąszczem symboliki Boscha czy Breugla, szybko zaczyna się gubić wśród martwej natury na stole "Ostatniej Wieczerzy" Świeszewskiego? Może to kraty "klatki z niedźwiedziami" przesłaniają wyraźne widzenie tego, co przez lata było klarowne i fascynujące. Tak czasem bywa z nowymi fascynacjami!
Na koniec chcę zadedykować Pani Profesor fragment tekstu przygotowanego przeze mnie do wydawnictwa, które towarzyszyć będzie następnym pokazom "Ostatniej Wieczerzy". Pani Profesor jako historyk sztuki doceniła warsztat; ja jako teolog chcę wskazać na treść.
***
Po medialnym szumie wokół "obsady" ról przy stole przyszedł wreszcie czas na spokojną pracę artysty. Nie była to prosta droga akademickiego malowania klasycznej sceny biblijnej. Wyobraźnia rodziła coraz to nowe konstelacje symboli i znaczeń. Bywałem zaskakiwany kolejnymi odsłonami tajemnic kosmicznego wieczernika.
Niektóre intuicje Macieja Świeszewskiego miały w sobie niezwykłą przenikliwość teologiczną. Ot, choćby pomysł, aby Wieczerza nie była zamknięta w jakimś pomieszczeniu, lecz zawieszona w otwartej przestrzeni między niebem a wodą. Uczta pośród żywiołów wszechświata, z osią symetrii, która przebiega dokładnie przez postać Jezusa, zdaje się przekazywać najgłębsze przekonanie o tym, że ta Kolacja była centralnym wydarzeniem w dziejach całego Kosmosu. Że obejmuje wszystkich i wszystko, co kiedykolwiek istniało.
Jezus jest tu, jak w Ewangelii Jana, wcielonym Logosem, przez którego "wszystko się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało". Uniwersalizm tej wizji zaznaczony został dyskretnymi sygnałami innych kultur i religii. Pośród bogactwa stołu wprawne oko może znaleźć małą figurkę hinduskiego Śiwy albo chiński znak równowagi elementów świata... I wcale nie jest to modne w niektórych kręgach pomieszanie wszystkiego ze wszystkim, ale wyznanie wiary we wszechogarniającą moc "Wydarzenia Jezusa".
Z pionową osią pełną światła, czystości i harmonii artysta świadomie zderzył poziomą płaszczyznę "tego świata". Jaki tu chaos, pomieszanie i nadobfitość! Ale ktoś może zobaczyć również wspaniałą różnorodność, bogactwo, pluralizm. Takie są cechy "podszewki świata", wieloznacznego odwrocia prawdziwej rzeczywistości. Jak w orientalnej przypowieści o perskim dywanie. Po jednej stronie plątanina węzłów, bezładne sploty kolorowych nici. A po drugiej harmonijna gra kolorów, cieszący oko porządek wzorów. Dopiero po tamtej stronie nasz ludzki chaos znajduje boskie wyjaśnienie.
Jest to portret całej ludzkości, a nie zabawa w rozdzielanie zaszczytnych ról znajomym z podwórka. Jak wszyscy ludzie związani ze swoją małą ojczyzną, artysta wierzy, że oś świata przebija jego miasto. Świeszewski, podobnie jak zaprzyjaźniony z nim Günter Grass, pojmuje Gdańsk jako uniwersum w miniaturze.
Ks. KRZYSZTOF NIEDAŁTOWSKI jest historykiem sztuki, duszpasterzem środowisk twórczych w Gdańsku.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















