Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Nasz brat rywal

Nasz brat rywal

16.09.2013
Czyta się kilka minut
Siddhartha Mukherjee, Cesarz wszech chorób. | Biografia raka To nie jedna choroba, lecz szerokie spektrum, posiadające wspólny mianownik – niekontrolowany wzrost komórek.
P

Pod mikroskopem wygląda niczym rozgwieżdżone niebo. Wiemy, jak powstaje, ale nadal nie wiadomo, czym leczyć jego poszczególne odmiany. Budzi trwogę i zdumienie. Rak.

Powszechne są biografie ludzi, ewenementem – biografia choroby. Pierwsze kilka stron lektury „Cesarza wszech chorób” tłumaczy zamysł: Siddhartha Mukherjee raka potraktował jako rywala. Rywala człowieka. Piekielnie inteligentną istotę, przeobrażającą się wraz ze zmianami obyczajów i wzrostem cywilizacyjnym. Mroczną stronę duszy, złego brata, wroga, który stawia warunki i trzyma ludzkość w szachu. Personifikacja nowotworu jest kluczem do sukcesu tej książki czytanej, tłumaczonej i obsypywanej nagrodami (Pulitzer, Guardian za debiut, szczyty w rankingach „New York Timesa” i „Time’a”).
Mukherjee opuszcza podwórko zarezerwowane dla medycyny. Tło zdarzeń „Cesarza...” tworzy kontekst kulturowy: dzieje choroby nowotworowej, to, w jaki sposób stawała się częścią polityki międzynarodowej i biznesu farmaceutycznego. Jest też galeria lekarzy, ludzi ogarniętych idée fixe, potrafiących podporządkować całe życie jednej sprawie: leczeniu raka. W związku z tym sporo ta książka musi pomieścić dramatu ludzkiego – prywatnych życiorysów złamanych obsesją odkrycia naukowego.
Sam Mukherjee należy do generacji lekarzy, których ambicją jest zmieniać rzeczywistość. Nieco po czterdziestce, do południa pracuje jako szpitalny onkolog, po południu zamyka się w laboratorium uniwersytetu nowojorskiego, w nocy oddaje pisaniu. Gdy w 2005 r. przychodziła na świat pierwsza z jego dwóch córek, Mukherjee stał w białym fartuchu, ze strzykawką w sali porodowej, by z pępowiny pobrać komórki macierzyste i przygotować je do transplantacji szpiku kostnego dla pacjenta chorego na białaczkę.
Krwawe sesje
Wysiłki terapeutyczne zaczęły się od pomyłki. Pochodzący z Rzymu lekarz Claudius Galenus, nazywany Galenem, uważał, że przyczyną raka jest czarna żółć, która krzepnie, stając się stałą masą. Przez setki lat lekarze postępowali zgodnie z teorią Galena i zwalczali tajemniczą wydzielinę lekami z wątroby żółwia lub koziego nawozu. Około 1530 r. Andreas Vesalius zaczął szukać tej cieczy w ludzkim ciele. Odwiązywał zwłoki z szubienicy stojącej na jednym z placów Paryża, następnie oddzielał kolejne warstwy ciała. Podczas krwawych sesji nie zdołał odnaleźć złowrogiej substancji i teoria o czarnej żółci przestała być traktowana serio.
W połowie XIX w. lekarze nabrali nadziei, że zwyciężą nowotwory dzięki coraz bardziej radykalnym operacjom. W przypadku guza sutka wwiercali się głęboko w klatkę piersiową – ranili i oszpecali z nadwyżką. Gdy rak zostanie z ciała usunięty, nie będzie mógł już do niego wrócić – tak sądzili, choć sprawdzało się to tylko w niektórych przypadkach. Na przełomie XIX i XX w. pojawiły się próby wykorzystania energii promieni radioaktywnych do zwalczania raka. 21-letni student medycyny Emil Grubbe w 1896 r. naświetlał pacjentkę Rose Lee za pomocą zaimprowizowanej lampy rentgenowskiej. Guz się zmniejszył, co uznano za triumf. Gdy fizycy Maria i Piotr Curie około 1900 r. odkryli rad, chirurdzy zaczęli poddawać guzy nowotworowe jeszcze większym dawkom promieniowania. Rad potrafi uszkodzić komórki do tego stopnia, że obumierają lub przynajmniej przestają się dzielić. Zwycięstwo nad rakiem – łudzili się lekarze – jest w zasięgu ręki.
Lata później stało się jasne: promieniowanie może zniszczyć nowotwór, ale również go wywołać. Robotnice z fabryki zegarków w New Jersey malowały cyferblaty nasączonymi radem pędzelkami, często wygładzając ich końcówki językiem. Wiele z nich zachorowało na raka krwi, języka, szczęki, gardła. Również Maria Curie zmarła w 1934 r. na białaczkę. Kiedy w latach 50. Amerykanie z bezgranicznym optymizmem sprzysięgli się do „wojny z rakiem”, choroba nadal się utrzymywała. Inne schorzenia – tyfus czy gruźlica – zostały już pokonane. Podniesienie standardu higieny wydłużyło linię i jakość życia. A rak miał i ma się nadal świetnie, pod względem zachorowalności – coraz lepiej. Wkrótce co czwarty obywatel świata będzie się musiał poddać terapii.
700 stron dyscypliny
Mukherjee na łamach „Cesarza...” przywołuje szereg historii pacjentów – jedni na wieść o raku natychmiast kapitulują, inni walczą zaciekle. Jedni z chorobą żyją latami, inni odchodzą w kilka tygodni. Wniosek: to nie jedna choroba, lecz szerokie spektrum, posiadające wspólny mianownik – niekontrolowany wzrost komórek. Rak jest równie złożonym układem jak sam człowiek. Tylko postępy w genetyce mogą sprawić, że w przyszłości ludzie będą poddawani terapiom dopasowanym indywidualnie do ich predyspozycji genetycznych. Rzecz realna i wlewająca w serca nadzieję. Równolegle zapala się światło ostrzegawcze: na każde nowe zwycięstwo przypada nowa klęska. Skutecznie leczy się białaczkę, ale nadal oceanem bezradności otoczony jest glejak wielopostaciowy.
Gąszcz dat, przykładów, anegdot, porównań, cytatów, analiz, wypowiedzi, prognoz. Mukherjee z lekkością ogarnia masę informacji. Tę umiejętność zawdzięcza katorżniczej edukacji, którą pobierał w rodzinnym Delhi: nastoletni Siddhartha wkuwał na pamięć całe sztuki Szekspira. No i czytał, czytał i jeszcze raz czytał – horyzont literacki w „Cesarzu...” jest ogromny. Mukherjee potrafi eseistyczny „rozgardiasz” na siedmiuset stronach utrzymać w dyscyplinie. Unieważnia granice czasowe – od starożytności robi przeskok do współczesności, by następnie cofnąć się do średniowiecza. W ten sposób chce odpowiedzieć na postawione przez siebie pytanie: „W którym miejscu jesteśmy w naszej wojnie z rakiem?”.
Bo to jednak wojna, najdłuższa w dziejach ludzkości, z bitwami przegranymi i wygranymi. Towarzyszy jej groza, ból, niepewność, zgliszcza emocjonalne. Końca jej nie widać, ale trzeba prowadzić ją dla każdego jednostkowego wyzdrowienia.
Są jaskółki: zmienia się społeczna świadomość na temat raka. Doceniana jest profilaktyka – wróg nr 1 dla nowotworu. A.D. 2013 o raku mówi się coraz więcej i głośniej; na księgarskim rynku hitami okazują się pisane ku pokrzepieniu serc świadectwa zmagających się z rakiem celebrytów. Chorujących nie skazuje się na społeczną banicję, o której jeszcze niedawno, bo w 1968 r., pisał Sołżenicyn w „Oddziale chorych na raka”. Powieściowy bohater wyczuwa guz na szyi i natychmiast zostaje skierowany na oddział onkologiczny bezimiennego szpitala gdzieś na mroźnej północy. Nie sama choroba, lecz jej stygmat staje się dla niego wyrokiem śmierci. Nowotwór odbiera mu tożsamość, przyodziewa w szpitalną piżamę, przejmuje kontrolę nad działaniem, skazuje na medyczny gułag, państwo jeszcze bardziej ingerencyjne niż to, w którym żył wcześniej.
***
Przyjdzie moment, że rak będzie miał status przewlekłej choroby, jak dzisiaj cukrzyca, Mukherjee nie ma tu wątpliwości. Nie ma też wątpliwości, że raka hoduje sam człowiek – wytwarza i produkuje coraz więcej rzeczy, które stanowią idealną glebę pod jego wzrost. „Cesarz...” znakomicie ten proces absurdalnego zapętlenia pokazuje – na jednej szali jest ludzka skłonność do autodestrukcji, na drugiej uporczywa aktywność, aby jej zapobiec.

Siddhartha Mukherjee, Cesarz wszech chorób. Biografia raka, przeł. Jan Dzierzgowski i Agnieszka Pokojska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka działów: kultura i reportaż.  Absolwentka filmoznawstwa UJ. Współautorka książek „Panorama kina najnowszego. 1980–1995. Leksykon” oraz „Lektury na ekranie, czyli mały leksykon...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]