Politycy, dziennikarze, a nawet nauczyciele historii powtarzają, że w styczniu 1933 r. Adolf Hitler doszedł do władzy w wyniku wolnych wyborów. Ale to tylko pół prawdy: poparcie mas dało Hitlerowi jedynie mocną kartę przetargową; władzę otrzymał od ludzi, którzy demokracji nie lubili i mieli nadzieję, że pomoże im ją zdławić. Ten punkt jego programu całkiem im odpowiadał.
Źródło dociekań, skąd wzięła się popularność Hitlera, nie wyschnie jeszcze przez pokolenia. Już dziś liczba poświęconych mu publikacji ustępuje tylko liczbie książek o Jezusie. Kłopot w tym, że próbując zrozumieć ludzi, którzy mu zaufali, nie potrafimy zapomnieć o II wojnie światowej i ludobójczej polityce III Rzeszy – czyli o tym, czego w 1933 r. nikt nie mógł sobie wyobrazić. Mnożą się więc teorie, które fenomen nazizmu wywodzą z zaszłości w historii Niemiec, sięgających podejrzanie daleko wstecz – aż do nieudanego podboju Germanii przez Rzymian.
Z drugiej strony, sukces Hitlera tłumaczy się jego niezwykłym wpływem na współczesnych – co nam trudno zrozumieć, bo dziś wydaje się on antypatycznym psychopatą, który nie krył, iż jego celem była brutalna dyktatura. Mimo to miał miliony fanatycznych wyznawców, otrzymywał tysiące listów miłosnych od zamężnych kobiet, dorośli mężczyźni płakali, gdy przemawiał, a dziesiątki doświadczonych polityków dały mu się po kolei oszukać jak małe dzieci. Uznanie go za niebezpiecznego szaleńca nie pomaga wyjaśnić, czemu nikt w porę tego wszystkiego nie dostrzegł.
FAŁSZYWY POCIESZYCIEL
Najprostszym wyjaśnieniem popularności NSDAP jest Wielki Kryzys, który podkopał zaufanie do tradycyjnych partii. W próżnię po nich, prócz nazistów, weszli też komuniści, odpowiedzialnością za kryzys obarczający samą naturę kapitalizmu i obiecujący wymienić cały system.
Hitler nie obiecywał nic podobnego. Jako pierwszy w dziejach polityk zrozumiał, że – przynajmniej dopóki jest się w opozycji – kryzys gospodarczy to nie powód do szukania cudownych ekonomicznych recept na poprawę sytuacji, lecz raczej okazja do podgrzania zamętu, jaki powstaje w głowach ludzi dotkniętych strachem. Dzięki temu NSDAP stała się pierwszą w Niemczech partią ogólnonarodową. Gdy inne partie reprezentowały interesy określonych grup społecznych, Hitler przekonywał, że naród jest wspólnotą biologiczną. Stało się to możliwe dzięki I wojnie światowej, podczas której wmawiano Niemcom, że zwycięstwo można osiągnąć tylko dzięki jedności. Hitler tłumaczył, że najgroźniejsi i odpowiedzialni za klęskę 1918 r. są wrogowie wewnętrzni: „kalający czystość rasy” Żydzi, kosmopolici, zdrajcy i komuniści. Upokorzonemu i zubożałemu narodowi proponował wizję odzyskania „wielkości” i „godności”: mistykę zamiast populizmu, zemstę zamiast ochrony interesów, bałwochwalczy narcyzm zamiast konkretów.
MISTYKA I TECHNIKA
Naziści – jako pierwsi w Europie – zastosowali zasadę, którą dziś powtarzają spece od public relations: „medium is the message”. Czyli: opakowanie jest równie ważne, co zawartość. U źródeł tego odkrycia leżała pogarda Hitlera dla motłochu, którą wyrobił w sobie jeszcze jako bezrobotny wyrzutek w Wiedniu. Marząc o bliżej niesprecyzowanej sławie, przyszły „Führer” odkrył, że ludziom trzeba imponować: siłą, władzą i nowoczesnością; fascynować raczej niż przekonywać.
Estetyczna oprawa działań nazistów była niesamowita. Opierała się na najbardziej pompatycznej mistyce à la Wagner z jednej strony i najnowszych zdobyczach techniki z drugiej. Mundury, płachty flag, przysięgi, „hajlowanie”, marsze z pochodniami i hipnotyczny głos wodza tworzyły wokół ruchu aurę sakralności. Kampanie 1932 r. przyniosły kulminację: naziści zorganizowali kilkanaście razy więcej marszów i wieców niż ich oponenci. Największe reżyserował Goebbels, a filmowała Leni Riefenstahl. Hitler jako pierwszy w dziejach polityk codziennie przybywał do innego miasta – samolotem. Jeden z rejsów opóźnił się z powodu burzy, ale on nalegał na wylot, a zwolennicy czekali do późnej nocy. Gdy w końcu nadleciał, tłum oszalał; wiec zakończył się w promieniach wschodzącego słońca odśpiewaniem hymnu „Deutschland, Deutschland über alles”.
Potem, już po objęciu władzy, doszły nowe możliwości techniczne: radio jako medium głosu „wodza” czy „piramida światła” z reflektorów przeciwlotniczych. W filmie „Triumf woli” (tytuł wybrał Hitler) cień jego nadlatującego samolotu w kształcie olbrzymiego czarnego krzyża przesuwa się powoli po zamarłym w oczekiwaniu tłumie młodych członków SA. Pod wrażeniem tej oprawy nawet wrogom nazistów ich ruch wydawał się często „falą przyszłości” – czymś zbyt dynamicznym i nowoczesnym, by można się im przeciwstawić.
NIECHCIANA REPUBLIKA
Naziści podbijali też serca Niemców bezkompromisową walką z „systemem”. Bądź co bądź, poza komunistami tylko oni byli naprawdę „antysystemowi”, o czym świadczyły i bombastyczne tyrady Hitlera, i przemoc bojówek SA. Ich członkowie naprawdę mieli na pieńku z policją, a oficerom Reichswehry groził sąd za współpracę z NSDAP (armia utrzymywała, że jest apolityczna).
Paradoksem Republiki Weimarskiej był fakt, że wrogość wobec „systemu” była niejako jej fundamentem. Państwo zrodziło się bowiem z wojennej klęski i upokorzenia pokojem wersalskim, którego Niemcy nie wybaczyli ani światu, ani sobie. Od 1925 r. prezydentem był marszałek Hindenburg, symbol wojennego wysiłku, niekryjący wrogości wobec państwa, którego był najwyższym przedstawicielem. Cała niemiecka prawica uważała Republikę za twór poroniony, a opinia publiczna odczytywała narzucone jej w 1919 r. granice (zwłaszcza tę z Polską) i reparacje wojenne za obrazę dla honoru narodowego.
Na tle ogólnonarodowej schizofrenii radykalizm Hitlera nie wydawał się tak radykalny: niemieckie elity uważały go co prawda za prostaka i dziwaka, ale uznawały, że jego nieustające oburzenie narodową hańbą było słuszne. Konserwatywny generał Wilhelm Groener tak w 1932 r. oceniał Hitlera: „Sympatyczne wrażenie, skromny, przyzwoity facet, który chce najlepiej. W swym postępowaniu typ gorliwego samouka”.
NSDAP: ANATOMIA SUKCESU
W rzeczywistości poparcie dla nazistów rozkładało się rozmaicie – w zależności od uwarunkowań klasowych, wyznaniowych i geograficznych. We wczesnych latach 20. zaczynali jako wielkomiejska partia młodych mężczyzn, obciążonych wojenną traumą i brakiem perspektyw w cywilu. Potem, na początku lat 30., stali się partią drobnych posiadaczy: urzędników, rolników, sklepikarzy, rencistów, rentierów, nauczycieli – wszystkich, których widmo stoczenia się do statusu proletariuszy napełniało przerażeniem.
Zyskując te grupy, NSDAP zachowała zarazem poparcie pozbawionych szans na społeczny awans ludzi młodych. Prorodzinnym konserwatyzmem naziści podbili serca kobiet, wrogością wobec lewicy – bogaczy. Ale nie byli w stanie przekonać do siebie zorganizowanych w związkach zawodowych robotników ani katolików, których raził ich rasizm i aryjskie pogaństwo. Kiepsko im szło w wielkich miastach. Ich bastionem stała się wieś i małe miasta, protestancka północ i ubogi wschód Niemiec.
Przełomem dla NSDAP były wybory w 1930 r., gdy na partię zagłosowało ponad 6 milionów ludzi; jej posłowie stali się drugą frakcją w Reichstagu. W ciągu dwóch lat liczba jej zwolenników wzrosła ośmiokrotnie. Najlepszy wynik zanotowała podczas wyborów w czerwcu 1932 r., uzyskując 37,3 proc. głosów i dystansując rywali. W ciągu czterech lat od ostatnich przedkryzysowych wyborów jej zwolenników przybyło szesnastokrotnie. Ale w kolejnych wyborach – już jesienią 1932 r. – poparcie dla nich spadło o dwa miliony głosów. Perspektywa samodzielnej większości oddalała się. Na przełomie 1932/1933 r. nawet liderzy NSDAP byli przekonani, że ich partia doszła do maksimum tego, na co może liczyć. W Wigilię 1932 r. Goebbels pisał w dzienniku: „Przeszłość jest smutna, a przyszłość wygląda ciemno i ponuro; wszystkie szanse i nadzieje znikły zupełnie”.
DEMOKRACJA SIĘ SYPIE
A jednak już miesiąc później Hitler został kanclerzem. Drogę do władzy utorowała mu obawa rządzących konserwatystów, skupionych wokół Hindenburga, że naziści mogą w końcu wygrać – lub, co gorsza, że wygrać może zjednoczona lewica; na to nakładała się niezdolność konserwatystów do zdobycia znaczącego poparcia wyborców. Całą operację umożliwiała konstytucja, dająca prezydentowi specjalne uprawnienia, gdy Reichstag nie mógł wyłonić rządu większościowego.
Sytuacja taka zaistniała po raz pierwszy latem 1930 r., przed przełomowymi dla NSDAP wyborami. Na protesty demokratów – wskazujących, że Hindenburg nadużywa konstytucji – ten odpowiedział rozwiązaniem parlamentu. Przez dwa i pół roku Niemcy były rządzone przez gabinety pozbawione większości. Działo się tak za aprobatą elit: finansjery, generalicji, posiadaczy ziemskich i wysokich urzędników, którzy gardzili demokracją, tęsknili za monarchią i panicznie bali się komunistów. Kłopot polegał na tym, że nie mieli pomysłu, czym zastąpić demokrację, i byli świadomi, że jawny przewrót spowodowałby wybuch społecznego oporu. Ich głównym atutem był przeszło 80-letni Hindenburg, symbol narodowej jedności i minionej chwały (pogromca Rosjan w 1914 r.), a jedyną drogą podtrzymywania prowizorycznych rządów – przepychanki do jego łask.
W tych przepychankach Hitler i jego masowa partia stali się kartą przetargową: dopuszczając go do władzy, chciano wywołać wrażenie, że rząd cieszy się poparciem społecznym, i stworzyć większość parlamentarną, która głosowałaby pod dyktando gabinetu. W końcu Hitler, podobnie jak rządzący konserwatyści, nie lubił demokracji i nienawidził komunizmu; całą resztę ideologii NSDAP uważano za pozbawioną znaczenia propagandową oprawę. Ale negocjacje z Hitlerem wypadały zniechęcająco: domagał się on stanowiska kanclerza, odmawiał poparcia rządów prezydenckich i wygłaszał mętne, buńczuczne monologi, budzące zakłopotanie starych dyplomatów.
ZAGRANIE „CZESKIEGO FRAJTRA”
Człowiekiem, któremu wydawało się, że „zagrał Hitlerem”, był Franz von Papen, ulubieniec Hindenburga. Od czerwca 1932 r. był kanclerzem Niemiec. W listopadzie wygryzł go z urzędu jego własny minister obrony, generał von Schleicher, który powołał się na poparcie armii – a prezydentowi obiecał, że pozyska dla rządu część NSDAP, i w ten sposób pozbędzie się „czeskiego frajtra”, jak Hindenburg nazywał Hitlera.
Ale Schleicher się przeliczył: Gregor Strasser – człowiek „numer dwa” w NSDAP, na którego stawiał – zamiast zorganizować pucz w partii, złożył po prostu dymisję i wyjechał na wakacje. Ponadto Schleicher, który w przemówieniu radiowym do narodu nazwał Papena swym przyjacielem i „rycerzem bez skazy”, w geście kurtuazji pozwolił zachować byłemu szefowi służbowe mieszkanie przy Wilhemstrasse. A wraz z nim bezcenny atut: całodobowy dostęp do Hindenburga. Papen zachował nie tylko lokum, ale też urazę do nielojalnego ministra.
Przestraszony wizją rozłamu w partii i zniechęcony rezultatem wyborów, Hitler przystał na rozmowy z Papenem. Jak się zdaje, początkowo dopuszczał nawet możliwość odstąpienia mu funkcji szefa rządu. W połowie stycznia 1933 r. do negocjacji dopuszczono kolejnego kluczowego gracza: syna prezydenta. Hindenburgowi juniorowi delikatnie przypomniano, że majątek Neudeck, który jego ojciec otrzymał w darze od narodu, został przepisany na niego nie całkiem legalnie (aby uniknął podatku od spadku po śmierci taty). W konsekwencji obaj, Papen i Hindenburg junior, przekonali „starego pana” do powierzenia Hitlerowi urzędu kanclerza. W rządzie miało znaleźć się tylko dwóch ministrów z NSDAP, a poza nim sami szacowni konserwatyści, w tym Papen jako wicekanclerz i generał Blomberg, którego sędziwy marszałek wybrał osobiście i zaprzysiągł wbrew procedurze, zanim jeszcze rząd powstał.
Wydawało się, że naziści dali się kupić za trzy rządowe stołki – jak tylu przed nimi i po nich. 30 stycznia prezydent odebrał od Hitlera przysięgę, w której mowa była o staniu na straży konstytucji i praw obywatelskich, po czym oświadczył: „A teraz, moi panowie, z Bogiem naprzód”. Wieczorem wraz z Hitlerem odebrał wielką defiladę SA.
KU WŁADZY ABSOLUTNEJ
Taki rząd demokraci powitali jako mniejsze zło: w ich oczach było to nawet ustępstwo ich najzagorzalszych wrogów, od dwóch i pół roku depczących konstytucję. Oto prezydent i jego zausznicy uznali, że nie można dłużej rządzić Niemcami bezprawnie – i poszukali oparcia w partii, dającej szansę sformowania większości parlamentarnej. Sądzono też, że udział w rządzie w czasie kryzysu przyniesie spadek popularności nazistów.
Ale Hitler tylko przez dwa dni udawał, że szuka koalicjanta w parlamencie. Potem rozpisał nowe wybory na 5 marca, które przebiegły już w atmosferze terroru SA i pruskiej policji, której zwierzchnikiem został Hermann Göring; tysiące ludzi zatrzymano w prowizorycznych obozach. Instrukcja dla policji głosiła: „Akty komunistycznego terroryzmu powinny być ścigane z całą surowością, a broń używana w wypadku konieczności z całą bezwzględnością (...). Ci, którzy jej nie użyją, kierując się fałszywą rozwagą, mogą oczekiwać konsekwencji dyscyplinarnych”.
Tydzień przed głosowaniem spłonął Reichstag, co naziści ogłosili próbą komunistycznego powstania. Opozycji natychmiast zakazano zgromadzeń, zawieszono antyrządowe gazety, zaś komunistycznych kandydatów aresztowano. W rezultacie NSDAP otrzymała 43 proc. głosów – i wraz z niewielką partią narodową mogła pokusić się o kruchą zwykłą większość. Ale nie mogła marzyć o większości konstytucyjnej. Mimo to, wciąż podkręcając terror i histerię komunistycznego zagrożenia, Hitler zażądał „ustawy o pełnomocnictwach”, przyznającej rządowi niekonstytucyjne prawo wydawania ustaw przez cztery lata. Dawała ona Hitlerowi władzę, o jakiej Hindenburg, Bismarck ani nawet cesarz Wilhelm II nawet nie marzyli.
Dwa dni przed otwarciem obrad parlamentu, 21 marca, odbyła się w Poczdamie uroczystość, z której pochodzi najsłynniejsza fotografia Hitlera z tego okresu: ubrany w czarny frak, kłania się on nisko olbrzymiemu Hindenburgowi w paradnym mundurze. Konserwatyści byli zachwyceni energią i uniżonością Hitlera: oto ich człowiek (jak sądzili) robił dla nich brudną robotę i znał swe miejsce w szeregu. Symboliczny ukłon był najbardziej doniosłym aktem, jaki potrafili dostrzec – mimo że naziści wielokrotnie deklarowali, iż nawet jeśli czasowo dostosowują się do reguł gry, to tylko po to, aby je zmienić, gdy zdobędą władzę.
„GLAJCHSZALTOWANIE”
Przed posłami „wódz” wystąpił już w brunatnej koszuli, a na głosy sprzeciwu ze strony opozycji zareagował jednym wybuchem wściekłości. „Nawet nie chcę, żebyście głosowali za ustawą – krzyczał. – Niemcy i tak będą wolne, ale nie dzięki wam!”. Sterroryzowani przez SA posłowie przegłosowali „ustawę o pełnomocnictwach”.
Parlament stał się zbędny – i odtąd służył jako dekoracja dla przemówień „wodza”. Rozpoczęło się „glajchszaltowanie”: unifikacja instytucji państwa z aparatem NSDAP, połączona z czystkami personalnymi. „Młode wilczki” paliły się do państwowych posad, starzy urzędnicy ograniczyli się do nieśmiałego narzekania. W ciągu roku zlikwidowano wolność wypowiedzi, zgromadzeń i zrzeszania się, zakazano działalności partii politycznych i zlikwidowano autonomię krajów związkowych. Wrogowie reżimu znaleźli się w więzieniach lub obozach albo na emigracji. Partyjno-rządowych konkurentów wymordowano podczas „nocy długich noży” 30 czerwca 1934 r.
Niemcy stały się „państwem stanu wyjątkowego”. Naziści nigdy bowiem nie pofatygowali się, aby anulować weimarską konstytucję. Mieli bardziej dalekosiężne plany.
ADAM KOŻUCHOWSKI jest adiunktem w Pracowni Dziejów Inteligencji Instytutu Historii PAN.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















