"Myśmy tam żyły jak w jakimś azylu"

Alina Margolis Edelman (w środku)

ANKA GRUPIŃSKA: - Kiedy przyjechałaś z Łodzi do Warszawy?

ALINA MARGOLIS EDELMAN: - Mama wysłała nas do Warszawy w listopadzie albo w grudniu 1939, a sama czekała na ojca. (Ona go bardzo kochała. Dopiero jak się wojna skończyła i świat szalał ze szczęścia, to ona się dowiedziała, że ojciec nie żyje). Z Jankiem, moim bratem, zamieszkaliśmy u cioci Heli na Mokotowskiej 3. Mama przyjechała po kilku miesiącach. Ja chodziłam na komplety do dziewczynki, której ojciec pracował w ambasadzie włoskiej. A potem przenieśliśmy się do getta. Tych przenosin nawet nie pamiętam. Pamiętam, jak to było w getcie.

- Jak?

- Ja z nimi byłam bardzo krótko, bo mama mi tę szkołę pielęgniarską załatwiła, i ja się przeniosłam do internatu. To było świetne. Bo to miejsce było eksterytorialne. Wiesz, w tej szkole były dziewczynki poprzebierane za dorosłe. Najstarsza dziewczyna u nas miała chyba 15 lat. Instruktorki miały 16, 17 lat. Była tylko jedna prawdziwa instruktorka z Czystego [Szpital Starozakonnych na Czystem otwarty w 1902, najnowocześniejszy szpital w przedwojennej Warszawie], która przeżyła. Jedna z uczennic mieszka w Bostonie. Wiesz, to miejsce było niezwykłe. Myśmy tam żyły jak w jakimś azylu. Dzięki tej szkole moje wspomnienie z getta jest zupełnie inne niż wszystkich. Dzięki Lubie Bielickiej, dyrektorce - nie ma wątpliwości. Ona ratowała i nasze życia, i nasze dusze.

- Ile było uczennic w szkole?

- W każdym zespole około 20, a były trzy zespoły, więc pewnie około 60.

- Co to znaczy zespół?

- Byłyśmy podzielone na zespoły w zależności od naszych umiejętności. Najstarsze dziewczyny były w III zespole, to były dziewczyny ze szpitala na Czystem, które przyszły do getta z dyrektorką. W II zespole były starsze dziewczyny, a w I zespole była taka zbieranina najmłodszych i najmniej umiejących. Jak któraś coś niedobrze zrobiła, to dyrektorka taką wzywała i mówiła: od jutra, panno Jutkiewicz, jest pani w zespole II.

- A potem można było awansować?

- Nie, bo był koniec getta. (śmiech)

- Te krochmalone fartuszki u Luby i te kołdry układane dwoma kolorami w szpitalu na Umschlagplatzu... Ta jej pedantyczność w tamtym czasie i miejscu trochę przeraża swoim absurdem. A może inaczej to tłumaczyć? Może ona robiła to wszystko na przekór, właśnie tak!, mimo że... Jak myślisz?

- Słuchaj, ja nie wiem. Myśmy wtedy uważali ją za głupią osobę. Ale to wtedy, my smarkate. Luba była jak Florence Nightingale: pielęgniarka o kostycznych zasadach zakonnicy. Może ona, jak orkiestra, grała do końca.

- Potem, kiedy getto się kurczyło, wyprowadziłyście się z Mariańskiej.

- Tak, byłyśmy w jakimś mieszkaniu. Było nas tam może sześć, a może siedem, Luba i jej dwoje dzieci. Reszta już zginęła, niektóre może wyszły z getta. Stamtąd chodziłyśmy do szpitala na Umschlag.

***

- Opowiedz, jak wyglądała szkoła, jaki był ten budynek?

- To był bardzo przyzwoity budynek, który mógłby stać w środku Warszawy. Nie wiem, kiedy zbudowany. Duży gmach, chyba dwupiętrowy. Był długi korytarz, po prawej stronie drzwi dyrektorki, tzn. wejście do jej mieszkania. W rogu stał stolik czy jakieś małe biureczko, przy którym siedziała dyżurna.

- Meble?

- Meble pamiętam na górze. Tam były nasze sypialnie. Stały tam białe, czyste łóżka.

- Metalowe?

- Tak. Łóżka stały w dwóch rzędach - osiem w sumie. Z pościelą białą, taką jaką w domu by się miało. Na pierwszym piętrze były dwie sypialnie i były tam dziewczynki z tego młodszego zespołu, a starsze dziewczynki były na drugim piętrze. A na parterze było wejście do sali wykładowej i sali ćwiczeń. To była duża sala. To właściwie były dwa pokoje. W jednym były krzesła, bo lekarze mieli tam wykłady, a obok była sala ćwiczeń: pośrodku było łóżko, szafki na lekarstwa, no i była tam ogromna lalka wielkości pięciomiesięcznego niemowlęcia - taka wielka lala. Na tej lalce uczyłyśmy się wszystkiego. Oprócz tego stołu do badania pacjenta, który wyglądał trochę jak stół ginekologiczny, było tam zwykłe łóżko, które uczyłyśmy się ścielić. O tym pewnie wiesz, że byłyśmy uczone specjalnego ścielenia łóżka, tak, żeby nie było żadnej fałdki: zawijanie prześcieradła, kanty, naciąganie itd. I to wszystko trzeba zrobić jak najprędzej, bo pacjent nie może czekać. Zdawałyśmy potem ścielenie łóżka na czas.

- Byłaś kiedyś w mieszkaniu dyrektorki?

- Nie, nigdy, a skąd?!

- A inne dziewczynki?

- Na pewno nie. To było święte miejsce. Natomiast bywałam w gabinecie. Tam było takie wielkie biurko i ona siedziała za biurkiem, i był dywan. A przy wejściu - mały stolik i dwa krzesełka. I jeżeli wzywała cię tam, to ty stałaś, a ona za tym biurkiem siedziała w tej swojej pelerynie podbitej na czerwono. (Instruktorki miały peleryny podbite na niebiesko, a uczennice miały taką jasno-niebieską podszewkę.)

- Ty swoją peleryną przykryłaś dziewczynę na ulicy.

- Pod koniec żadna już nie miała peleryny.

- A sukienki jakie miałyście?

- Różowe w paseczki białe i miały sztywny, krochmalony kołnierzyk, trzy białe guziki i krótki rękaw z krochmalonym mankietem. Takie sukienki były na Czystem. I na sukience miałyśmy fartuch z szelkami skrzyżowanymi i zapiętymi na guziki. Śmieszności. Te peleryny długo nas chroniły. Zaczęto nas łapać dopiero w lipcowej akcji. Przedtem nigdy nikt nas nie dotknął. Rozumiesz, że moje patrzenie na getto jest inne niż wszystkich pozostałych. Myśmy tam długo były bezpieczne.

- Czy miałyście w internacie swoje rzeczy prywatne?

- Tam były takie białe szafki, takie jak w szpitalu. I były nocne stoliki, ale nie pamiętam, żeby coś na tym stało.

- Miałaś coś swojego?

- Laleczki. Dwie celuloidowe laleczki, które przywiozłam z Łodzi. Trzymałam je w szufladzie. Jedna laleczka była czarna, a druga jasna. Tam było idealnie czysto, to wszystko wyglądało jak nie w getcie. Żeby wejść do budynku, trzeba było zadzwonić, za drzwiami wisiała ciężka kotara, a za kotarą siedziała dyżurna wystrojona w wykrochmaloną biało-różową sukienkę.

- Jaka była kotara?

- Z ciemnoczerwonego pluszu. Ciężka, bardzo ciężka. Żeby wejść, trzeba ją było odsunąć.

- Były jakieś wizyty?

- Nie, nikt nas tam nie odwiedzał, ale my mogłyśmy pójść do domu. Czasem wychodziłyśmy po kryjomu. O wiem, teraz sobie przypomniałam, ja miałam z domu koc, to był taki koc z włosem. Długi włos, taki ciepły koc, szaro-beżowy. I ten koc był używany przez wszystkie dziewczynki do przykrywania lali, którą robiłyśmy, jak któraś wychodziła wieczorem. Ja chodziłam do mamy na Ceglaną. Z czasem coraz rzadziej wychodziłyśmy. Coraz więcej dziewczynek nie miało do kogo pójść.

- Czy jest jakiś tekst o szkole?

- Mówiłam ci, że w Bostonie jest pani, która chciała napisać historię szkoły, Stella Pencer, ona była uczennicą w szkole. Ona ma sporo materiałów.

- I była jeszcze Krysia, i Zenka, i Dorka.

- Była też Felka. Nazywała się Zajdman. Zenka to była Hania Lewkowicz, potem nazywała się Hania Sadurska i była profesorem archeologii. Krysia, córka ordynatora chirurgii w szpitalu na Lesznie, nazywała się Janka Bielenki. Ruda dziewczynka z piegami na nosie. I Krysia-Janka przeżyła. Nie wiem, czy żyje i gdzie. Dorka, która spała tuż koło mnie, to była Zosia Ołomucka, taka duża czarna. Zosia przeżyła i umarła na raka. Fredzia była Kiełbik. Była jeszcze... A Ewa to jest Lusia Folman z Hajfy. Inna Fredzia była bratanicą Braude-Hellerowej, naczelnej ze szpitala dziecięcego. Mówiono, że Braude-Hellerowa nie dała jej numerka [“kartka na życie", niemiecki dokument o zatrudnieniu wydawany w czasie akcji likwidacyjnej getta warszawskiego w lecie 1942 i uprawniający do legalnego pozostania w getcie], że nie dała numerków rodzinie. Była też instruktorka Dorka Leneman, wyszła za mąż za lekarza i wiem, że przeżyła, nawet w Łodzi mieszkała.

***

Inka [dr Adina Blady-Szwajgier] wypatrzyła mnie na Umschlagplatzu. Chciała mnie wołać, szybę wybić. Mama krzyczała do niej: ludzi pokaleczysz, ale ona tę szybę wybiła i wołała do mnie. I wtedy ja uciekłam, i tymi schodami na górę pobiegłam.

- Sama byś nie uciekła z placu?

- Nie, człowiek jest otumaniony, jak go tak na ulicy łapią i na plac ciągną. To było wtedy, jak oni musieli łapać. I ta moja mama, która na Inkę krzyczała, to był chyba jakiś refleks z innych czasów: “ludzi pokaleczysz", a ja tam na dole! To wszystko jest takie trudne, prawda? Mam kłopoty z tą etyką, moralnością. Popatrz, Makower był policjantem w getcie, to my nie podawaliśmy mu ręki po wojnie. Czy to tak można?

- Inka mówiła, że był przyzwoitym człowiekiem. Czy mogli być przyzwoici policjanci?

- Chyba tak. Makower jako jedyny poszedł szukać matki Inki na Umschlagu, chciał ją wyciągnąć, ale już jej nie było.

***

- Czy o Fredzi Kiełbik można coś więcej powiedzieć niż napisałaś?

- Nie. Bo powiedzieć, że to ona kradła chleb w szkole pielęgniarstwa - nie ma po co. Ona kradła ten chleb dla starego i ciężko chorego taty.

- Dlaczego o tym nie napisałaś?

- Bo z Fredzi chciałam zrobić Korczaka.

***

- Pamiętasz dr Braude-Hellerową?

- Z daleka tylko. Miała taką poważną twarz i takie gładko zaczesane włosy. Pamiętam ją ze Śliskiej [Szpital dla Dzieci im. Bersohnów i Baumanów znajdował się na rogu Siennej 60 i Śliskiej 51], przychodziła tam na obchód. I pamiętam ją z kotła [tzw. Kocioł na Miłej, czyli ostatnia faza selekcji mieszkańców getta, 6-12 września 1942], jak rozdawała numerki. Pamiętam ją. Była tam też taka para. Ona była pielęgniarką, a on był chyba młodym lekarzem. I oni stali tam, na tym placu, czekając na werdykt. I on ją tak bardzo mocno obejmował, a ona miała ręce zarzucone na jego szyję. I tak bardzo przytuleni czekali, czy dostaną te numerki. A co było, nie wiem. To musiała być taka prawdziwa para. Na progu śmierci tacy byli zespoleni miłością. Ja na to długo patrzyłam. A ona, Braude-Hellerowa, stała i mówiła nazwiska, i ludzie do niej podchodzili i tak się ustawiali w czwórkach albo w szóstkach. A z tyłu stali ci wszyscy dzicy, ci bez zatrudnienia.

- A ty?

- Ja byłam z mamą. Mama pracowała z Braude--Hellerową. I na pewno ona dała mamie dwa numerki: dla niej i dla córki. Na pewno tak było.

- A co było z resztą dziewczynek? Czy one razem ze szkołą poszły do kotła? Kto im dawał albo nie dawał numerki?

- Nie wiem, nie pamiętam.

- Do kiedy byłaś w szkole?

- Do samego końca.

- A kiedy był koniec? Wtedy, w kotle?

- Nie, nie.

- Po kotle wróciłaś do szkoły?

- Tak. Szkoła się zlikwidowała później. I wtedy ja przeszłam do mamy.

- A co się stało z dziewczynkami?

- Część poszła na Umschlag. A część może się wymknęła z getta. Zostało nas około 10.

***

- Jak znaleźliście się w Grodzisku?

- Nie wiem. Myślę, że Inka wynajęła to mieszkanie.

- Pamiętasz ten portret Hitlera w kibelku, o którym Marek [Edelman] mówi?

- No, pewnie, ale Marek tego nie widział, on o tym ode mnie wie. Był taki prywatny kibelek majora na podwórku, czysta deska, nad deską półeczka, a na niej książka. A nad kibelkiem wisiał wycięty z gazety portret Hitlera.

- Kogo pamiętasz z Grodziska?

- Antka [Cukiermana], Celinę [Lubetkin] i Marka. Oni byli z tyłu, za kotarką, która dzieliła ten jeden pokój. Marek miał tam zielone spodnie w kratkę, pamiętam to, bo mu stale noga wystawała zza tej kotary. Oni tam ciągle siedzieli i mieli swoje ważne sprawy, a my robiłyśmy zakupy i gotowałyśmy.

Była też Lodzia [Hamersztajn]. Luba [Zylberberg] i Kazik [Ratajzer] pojawiali się. I Inka była. Zosia [Skrzeszewska] i Julek [Fiszgrund] też byli w Grodzisku. A ja pewnie zostałam z nimi z powodu Zosi i Inki.

***

- W styczniu 1943 zmieniło się życie w getcie. Niektórzy jeszcze pracowali w szopach, wielu się łączyło w grupy i jakoś przygotowywało do obrony. Nikt wtedy przecież nie mówił o powstaniu. Ty, jak mówisz, byłaś "smarkata" jeszcze. Mieszkałaś z mamą przy szpitalu na Gęsiej, bo mama była lekarką.

- Tak, po likwidacji szpitala na Lesznie byliśmy na Gęsiej 6. Szpital był w jednej kamienicy, a myśmy mieszkali w drugiej kamienicy, przez podwórko, na czwartym piętrze. I w tym mieszkaniu, trzypokojowym, było ponad dwadzieścia osób. Między innymi była tam Inka. Ja z mamą miałam taki mały pokoik i tam tych wszystkich ludzi poznałam. Pamiętam Stasię [Rozensztajn]. Bo mama przedstawiła mi Welwłka [Rozowskiego], powiedziała: To jest mąż żony Marka. Więc tam ich poznałam: Stasię, Welwła, Marka, Inkę, Helę Kielson. Z tego mieszkania na Gęsiej pamiętam, że Stasia gotowała zupę, w której rzadko coś pływało. Kiedyś mama zachorowała na tyfus i Hela się nią bardzo zajmowała. A ja dalej spałam z mamą w jednym łóżku, z tym tyfusem.

***

- Jak pamiętasz tamtą Inkę?

- Wiesz, ona nie mogła się uporać z tym, że swojego męża wysłała do Hotelu Polskiego [wiosną 1943 Niemcy wydawali certyfikaty wyjazdowe Żydom państw neutralnych, na emigrację w Hotelu Polskim czekały tłumy, wszystkie transporty pojechały do obozów koncentracyjnych].

- A potem Inka była z Bernardem [Goldsztajnem].

- Tak, on ją bardzo kochał, był wtedy wielkim autorytetem. Mówiło się o nim stary, bo miał 40 lat. Wiesz, że Inka sprzedała jakiemuś esesmanowi czy gestapowcowi dom w Izraelu? Sprzedała mu dom swojego ojca. Niemiec dał jej pieniądze, a ona napisała mu papier, że po wojnie ojciec odda mu dom.

***

- Czemu zmieniłaś prawie wszystkie imiona w swojej książce ["Ala z elementarza", 1994]?

- Bo wydawało mi się, że może nie każdy by chciał, żeby o nim tak opowiadać. Jest tam na przykład dziewczyna, która wyszła z getta i całkowicie odcięła się od żydostwa. Ona przeżyła wojnę przy swoim chłopaku narodowcu, który ją ukrył na wsi, a jak ją chłopi rozpoznali, to on chodził z bronią po chałupach i mówił: jeśli ją który tknie, to zabiję. Tamta dziewczyna zmarła kilka tygodni temu w Warszawie.

- Trzeba zapisać te prawdziwe imiona.

- Tak, jak wszyscy umrą, za 20 lat. No nie, za 10.

***

- Napisałaś w swojej książce, że pielęgniarka, która asystowała przy porodzie, udusiła noworodka. Nie podałaś jej imienia.

- Bo takich rzeczy się nie pisze. Jakby się czuł ktoś jej bliski, gdyby to przeczytał?

- Może musiałby dać sobie z tym radę.

- Nie, jednak to nie jest taka normalna rzecz. Co prawda to były nienormalne czasy, tym niemniej... Marek też w jakimś wywiadzie mówił, że to była jakaś pielęgniarka, nie podał jej imienia...

- I był tam lekarz.

- Pamiętam, jak wyglądał. Był przystojny, miał czarne włosy, był młody.

- To było na Gęsiej po akcji styczniowej, prawda?

- Uhm.

- Ty widziałaś tę kobietę?

- Tak, pamiętam jej twarz. Miała pełno czarnych włosów na poduszce.

- I ona rzeczywiście dała przyzwolenie na śmierć swego dziecka?

- Tak, kiwnęła głową... Ten lekarz przyszedł do niej, bo zaczęła rodzić. I to wszystko było jakoś jasne dla nich, oczywiste: akcja i ta kobieta rodząca - trzeba było z tym skończyć. Nie było w tym nic dziwnego. Dziwne, prawda?

- Czytałam ten fragment tak zwyczajnie napisany wielokrotnie. I szukałam w tekście jeszcze czegoś, jakiegoś niedopowiedzenia.

- Ale tam nic więcej nie było.

- Czy podawanie morfiny pacjentom, dawanie im łatwiejszej śmierci, zdarzało się często? Inka opowiadała o sobie.

- Moja mama robiła to samo. Ja wiem o nich dwóch. One podawały morfinę dzieciom. Dr Landzberg, internista, dał cyjanek swojej żonie. On pracował w szpitalu na Czystem. Ale to co innego, prawda?

- Czy rozmawiałaś kiedyś z Inką o tym?

- Nie. A w ogóle nie!

- Dlaczego? Czy nie było wam to potrzebne, żeby takie rzeczy wybebeszać z siebie?

- Nie! W ogóle nie!

Kwiecień 2004

Alina Margolis Edelman jest lekarzem pediatrą, autorką książki wspomnieniowej “Ala z elementarza". Swoje dorosłe życie zaczynała jako kilkunastoletnia dziewczynka w getcie warszawskim. W gettowym szpitalu zajmowała się umierającymi dziećmi. Potem leczyła i pomagała dzieciom w dziesiątkach różnych miejsc na świecie. Dziś mówi, że jej życie stało się takie nie dlatego, że rodzice byli lekarzami i społecznikami, i nie dlatego, że w getcie napatrzyła się na “brudne, wysuszone, woskowe lalki". Mówi, że robiła to zawsze dla siebie. Że siebie ratowała w ten sposób.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 19/2004