Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Mój solidny świat

Mój solidny świat

06.10.2010
Czyta się kilka minut
Rozmawiała Ewa Niewiadomska
E

Ewa Niewiadomska: Willa, w której mieszka Pan od wielu lat, sąsiaduje z Parkiem Kościuszki, jednym z najpiękniejszych na Śląsku. Czy to dla Pana ważne miejsca?

Wojciech Kilar: Najważniejsze. Najchętniej spędzam czas w domu i swoim ogrodzie. Jestem do nich niezwykle przywiązany. Okolica jest przyjazna. Moi goście często się dziwią, że jest tu aż tak zielono. Mówiąc poważniej, to właśnie tu powstały moje najistotniejsze utwory. Na Śląsku spotkałem też moją przyszłą żonę. To spotkanie, a później wspólne życie z Basią wydaje mi się dziś ważniejsze od wszystkich koncertów, nagród i zaszczytów.

Jednak droga Pana rodziny do Katowic była dość kręta...

To była droga wygnańcza: z rodzinnego Lwowa, poprzez Krosno Podkarpackie, Rzeszów - piękny okres w moim życiu; potem Kraków. W końcu znalazłem się w Katowicach, bo właśnie tu było wspaniałe, pierwsze w Polsce liceum łączące przedmioty muzyczne z ogólnokształcącymi. Gdzieś w tym czasie, po rzeszowskiej szkole muzycznej i pobycie w Krakowie, zdecydowało się to, że w życiu będę zajmować się muzyką. Poza nią zresztą niewiele więcej mnie interesowało. Może tylko łacina i inne przedmioty humanistyczne. Dlatego rodzice postanowili, że powinienem się tu uczyć. Ich przeczucie było słuszne. Znalazłem się w gronie ludzi, dla których muzyka była najważniejsza. To liceum wydało wielu wybitnych muzyków, ludzi o szerokich horyzontach. Wśród nich wspaniałego Krystiana Zimermana.

Czy ma Pan wrażenie, że Śląsk przyciąga i zatrzymuje wspaniałych kompozytorów?

Mam tu cudowne środowisko moich kolegów kompozytorów: Henryka Mikołaja Góreckiego, Eugeniusza Knapika, Aleksandra Lasonia, wspaniałego w muzyce chóralnej Józefa Świdra; nieżyjącego już Andrzeja Krzanowskiego, Edwarda Bogusławskiego, Witolda Szalonka. Wymienianie nazwisk jest jednak bardzo niebezpieczne, bo można przecież kogoś pominąć.

Znawcy muzyki twierdzą, że Waszą twórczość coś łączy. Zgadza się Pan z tą opinią?

Mimo wszystkich różnic w orientacjach artystycznych wystarczy posłuchać muzyki Góreckiego, Knapika, Lasonia czy, nieskromnie mówiąc, mojej, żeby się przekonać, że jest w naszych utworach coś wspólnego, że czyste eksperymentatorstwo muzyczne jest tu na drugim miejscu. Co jest na pierwszym? Może warto sięgnąć po opinie muzykologów. W jednym z ostatnich "Tygodników Powszechnych" Dorota Kozińska pisze o tzw. "szkole śląskiej", a o mnie i Góreckim jako o "dwóch awangardzistach, którzy już w latach 70. wykonali potężną woltę. Jakby przeczuwając nadejście wielkich zmian społecznych i tryumf ponowoczesnej pamięci zbiorowej, wymagającej operowania językiem prostym, podniosłym, pełnym symboli, odniesień i metafor także w sferze muzycznej". Myślę, że ten opis jest trafny.

Lubi Pan podkreślać, że Śląsk ma na Pana wpływ, że odbija się również w muzyce...

Śląsk ma wpływ na całe moje życie. Spoważniałem na Śląsku. Może to nie do końca prawda, że surowa praca górnika jest tu jakimś wzorem, ale coś w tym jest na pewno. Tutejsze środowisko jest inne od typowego środowiska kawiarnianej bohemy, rozpływającej się w rozmaitych rozważaniach. Mimo to dobrze mi tu. Może mieszkając w Warszawie czy Krakowie, jakoś bym się rozdrobnił. Zresztą cudowne jest to, że Kraków jest o trzy kwadranse jazdy samochodem stąd. W Los Angeles dłużej się jedzie z jednej ulicy na drugą. Kraków, muzycznie wspaniały z jego wybitnymi kompozytorami, jest w zasięgu ręki.

Ale Pana muzyka powędrowała znacznie dalej. Pracował Pan z Francisem Fordem Coppolą. Nie myślał Pan, by zostać w Hollywood?

Coppola mnie zaangażował, bo znał moją muzykę symfoniczną. Chciał czegoś innego, niż tworzą amerykańscy kompozytorzy muzyki filmowej. Ja sam twierdzę, że najlepszą muzyką filmową jest I Koncert skrzypcowy Karola Szymanowskiego w filmie "Panny z Wilka" Andrzeja Wajdy, Wagner w "Czasie Apokalipsy" Coppoli czy Miles Davis we francuskim obrazie "Windą na szafot". Dobrze się pod tym względem rozumieliśmy. Rzeczywiście, kiedy pracowałem nad muzyką do "Draculi", groziło mi, że zostanę w Ameryce.

Mówi Pan "groziło", podczas gdy dla wielu kompozytorów byłoby to spełnienie marzeń...

Wiem, że zostając tam, nie napisałbym wielu ważnych utworów. Miałem wtedy 59 lat. To nie był moment na zmianę stylu życia. Nie chcę używać argumentów patriotycznych, ale dobrze czuję się w Polsce, mimo całego obrzydlistwa politycznego, które nas oblepia i zniesmacza. To jest w końcu nasza Polska, która ma wiele wspaniałych podstawowych cech, takich jak na przykład szacunek dla życia ludzkiego. W wielu krajach wyżej stojących gospodarczo i kulturalnie nie jest to takie oczywiste.

Mówi się, że na Śląsku szczególnie liczą się tradycyjne wartości i więzy międzyludzkie. Czy odczuwa Pan to na co dzień?

To prawda, jest tu jakaś powaga i solidność. Ślązacy są raczej powściągliwi. To jest jednak pozytywna powściągliwość. Czasem wspaniała wydaje nam się otwartość innych narodów. Policzyłem niedawno, że w sumie trzy lata życia spędziłem w Paryżu. Tam przyjaźnie zawiązuje się natychmiast: są uściski, pocałunki, ale niewiele to znaczy. To wszystko powierzchowne, znikające. Tu, kiedy zawiera się przyjaźń czy organizuje wspólną akcję artystyczną, można liczyć na siebie nawzajem.

Śląskowi zarzuca się często, że się słabo promuje. Czy także świat muzyki na Śląsku cechuje zbyt mała ekspansywność?

To jest charakterystyczne dla wszystkich moich tutejszych kolegów. Nie mamy zdolności do autopromocji, rozsyłania listów, partytur, szukania okazji dla siebie. Po prostu pracujemy. Mam takie powiedzenie, że jeśli coś jest dobre, to samo wyjdzie z szuflady. Uważam, że to zdrowe i rozsądne. Dzięki temu możemy umierać trochę spokojniejsi, że nasza praca okazała się coś warta bez naszych zabiegów. Bo przecież czasy, kiedy partytury przewoziło się karocą z Monachium do Paryża, mamy dawno za sobą. Dzisiaj każdy może ogłosić w internecie, że napisał arcydzieło, ale czy to coś znaczy? Świat musi reagować na naszą twórczość naturalnie.

Wydaje mi się, że najlepszą rzeczą, jaką skomponowałem, jest Koncert Fortepianowy, tymczasem orkiestry częściej wybierają "Krzesanego", "Orawę", "Exodus". Nie mamy wpływu na to, jak odbierana jest nasza muzyka, ale już to, jak często jest wykonywana, daje pewną wiarę w sens tego, co robimy.

Jakie znaczenie ma dla Pana sąsiedztwo Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia, Orkiestry AUKSO Marka Mosia, Cameraty Silesii czy Kwartetu Śląskiego?

O wartości NOSPR-u świadczy sam tytuł Narodowej Orkiestry. To dużo znaczy. Wszystkie zespoły, które pani wymieniła, są wybitne. Uprawianie muzyki jest dla nich czymś bardzo ważnym. Nagrywałem kiedyś muzykę do sztuki teatralnej. Harfistka w orkiestrze zmieniła jeden dźwięk. Powiedziałem cicho do mikrofonu: "Bardzo przepraszam, ale w tym akordzie jest nie »g«, tylko »a«". Usłyszałem w odpowiedzi: "Ojej, świat się zawalił". Tu, rzeczywiście, jak się zagra "g" zamiast "a", jak coś się sknoci, świat się wali.

Zaczęliśmy rozmowę od ogrodu. Czy metafora zawarta w haśle "Katowice - Miasto Ogrodów" jest Panu bliska?

Podoba mi się w sensie dosłownym i przenośnym. Ogród muzyki - to byłoby wspaniałe. Niewiele jest miast, które mają tak piękny świat muzyki.

Wojciech Kilar (ur. w 1932 r. we Lwowie) jest pianistą, kompozytorem muzyki poważnej, twórcą muzyki filmowej, dyrygentem. Zadebiutował w końcu lat 50. na pierwszych edycjach festiwalu Warszawska Jesień. Początkowo jego twórczość pozostawała pod wpływem neoklasycyzmu. W latach 60. wraz z Krzysztofem Pendereckim i Henrykiem M. Góreckim współtworzył tzw. polską szkołę awangardową oraz kierunek zwany sonoryzmem. W połowie lat 70. w jego utworach pojawiły się inspiracje ludowe i religijne. Międzynarodowy sukces odniosła jego muzyka filmowa.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]