Legenda o legendzie

Obalenie muru berlińskiego jest symbolem zniesienia systemu komunistycznego w Europie. Ale obalenie muru to tylko zakończenie procesu, w którym najważniejszą rolę odegrała Solidarność. Żmudne działania S nie zakończyły się jednak spektakularnym wydarzeniem; nie były nim obrady Okrągłego Stołu, wybory w czerwcu 1989 r. ani powstanie rządu Tadeusza Mazowieckiego.
Czyta się kilka minut

Polskie etapowe “wymywanie" komunizmu ustąpiło miejsca efektownemu wydarzeniu, jakim było wejście tysięcy młodych ludzi na nienawistny mur, a następnie tegoż muru rozbijanie. Polska z kraju o wyjątkowym charakterze stała się jednym z wielu budujących demokrację.

Rok później obserwatorzy zostali zaskoczeni gwałtownością argumentów rzucanych podczas “wojny na górze". Mit “S" rozmył się w walce na epitety.

Dopiero dziś, po 25 latach od powstania “S", mamy szansę przypomnieć światu wyjątkowość tego ruchu. Cóż, kiedy mamy świadomość, że tej wyjątkowości nie potrafiliśmy wykorzystać. Co więcej, przegraliśmy bitwę o pamięć. Od początku byliśmy nadmiernie powściągliwi. Natrętny strach przed kombatanctwem spowodował, że młode pokolenie nie otrzymało pozytywnego wzoru. Wręcz przeciwnie, zarówno w literaturze, jak w filmie obowiązywało obalanie legendy. Symboliczną dla tego sposobu myślenia była scena w filmie Władysława Pasikowskiego pt. “Psy", w której rozochoceni byli ubecy, niosąc na ramionach pijanego kolegę, śpiewali pieśń symboliczną dla robotniczego buntu. Na tym obrazie budują historiozofię politycy ze skrajnej prawicy i domorośli historycy.

“S" nigdy nie była jednolita. Składały się na nią różnorodne nurty polityczne, często skłócone i siebie zwalczające. Byli radykałowie i umiarkowani. I nic dziwnego. Była “S" rodzącą się polską demokracją. Jednak nie spory polityczne i taktyczno-strategiczne decydowały o jej kształcie i wielkości.

Na początku września 1980 r. pojechałem do Wałbrzycha tuż po wyjściu z więzienia, po dwóch tygodniach przewożenia z aresztu do aresztu. Była to jedna z najlepszych decyzji mojego życia. Zamiast przebywania w jednym z centrów i toczenia dyskusji na najwyższym szczeblu, mogłem uczestniczyć w stawaniu się “S" tam, gdzie się rodziła. Zebrania MKZ-u [Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego “Solidarności" - red.] zamieniły się w burzliwe posiedzenia, podczas których ludzie uczyli się dochodzić do wspólnego stanowiska, uczyli się rozmawiać ze sobą i rozumieć się. Ja również uczyłem się ludzi: rozumieć ich nadzieje i sposób myślenia. Ściągałem z Warszawy prelegentów i artystów.

Pierwsze “schody" zaczęły się po powrocie górników z Jastrzębia. Nastawieni przez kierownictwo tamtejszego MKS [Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego - red.], sterowane przez śląski Komitet Wojewódzki, rozpoczęli akcje przeciwko Politykom z KOR-u i ich zwolennikom, czyli głównie przeciwko sekretarzowi MKZ Jackowi Pilichowskiemu, który w latach 70. kolportował “Robotnika" i był członkiem jego redakcji. Mnie o dziwo zostawili w spokoju, pewnie dlatego, że przed wyjazdem do Jastrzębia odbyłem z nimi kilka towarzyskich spotkań i uznali mnie za kolegę. Większość z górniczych działaczy to byli członkowie PZPR, dość nieźle ustawieni w hierarchii górniczej. Po miesiącu nastąpił podział. Najbardziej zaciekli “związkowcy" założyli odnogę jastrzębskiego “Gwarka", pozostali zostali w “Solidarności" i stopniowo zaczęli wychodzić z PZPR. Sytuacja wróciła do normy. Oczywiście normy “Solidarności".

Lecz nie spory były najważniejsze. I nie debaty w budynku MKZ-u.

W połowie września, już jako przedstawiciel MKZ-u, pojechałem na strajk w chłodni. Strajk właśnie się kończył. Pozostało do załatwienia kilka postulatów. Siedziałem między dyrektorem a szefem komitetu strajkowego. Dyrektor udziela ludziom głosu przerywając im co chwila, zwracając się po nazwisku bądź per “ty". “Niech no sobie Kwiatkowska nie myśli - zwracał się do przemawiającej robotnicy w fartuchu - że wie, jak należy kierować »zakładem«". Jednocześnie poszukiwał sprzymierzeńca we mnie, wierząc, że w przedstawicielu “z góry" znajdzie jak zawsze poparcie. Jednak to, co działało jeszcze przed kilkoma dniami, zawiodło. Nastąpiło przełamanie strachu. Przykład gdański i wspólne doświadczenie strajkowe spowodowały, że robotnice odnalazły swój język. Opisywały warunki pracy, stosunki w halach fabrycznych. Rodziło się poczucie godności. Czułem, że tego uczucia już nikt im nie odbierze. I to była istota “S".

Na spotkaniach w zakładach pracy spotykałem ludzi “S"- robotników, inżynierów, nauczycieli. Zawdzięczam im trwałe przyjaźnie i wiele wspólnych przeżyć. To oni przenieśli “S" przez stan wojenny. Część wyjechała, niektórzy rozczarowani po obozach i więzieniach zrezygnowali. Jednak pozostała więź z tamtych lat. Spotkaliśmy się po wyjściu z podziemia. Potem przyszło zwycięstwo. Nie takie, jakiego oczekiwaliśmy. I rzeczywistość jest nie taka, o jakiej marzyliśmy. Nie ma już Mietka Tarnowskiego, górnika, który ze Szwajcarii po wybuchu stanu wojennego wrócił do kraju niemal prosto do więzienia. Nie ma Marty Gąsiorowskiej, polonistki z legendarnego I Liceum, która zbudowała nauczycielską “S", a następnie po internowaniu została bez pracy; nie ma Jadwigi Kowalskiej, organizatorki podziemnej “S" w Świdnicy. Spotykamy się rzadko, jakby ze smutkiem.

I ludziom pierwszej “S" poświęcam ten tekst.

Jan Lityński (ur. 1946), z wykształcenia matematyk, był w czasach PRL działaczem opozycji demokratycznej. Po raz pierwszy uwięziony w marcu 1968 r., po r. 1976 redaktor drugoobiegowego “Biuletynu Informacyjnego" i członek KSS KOR. Ekspert “Solidarności", w stanie wojennym internowany. W latach 1989-2001 poseł na Sejm, obecnie działacz Partii Demokratycznej demokraci.pl.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru TP 36/2005