Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Dziennik nienapisany

Dziennik nienapisany

28.12.2012
Czyta się kilka minut
Białoruski Mińsk – niegdyś „Litewski”. Nie sposób szukać tu dziś choćby śladów tego miasta, w którym urodził się Jerzy Giedroyć.
Marek Tomaszewski, Wacek Kisielewski, Henryk Giedroyc i Zygmunt Hertz, lata 70. Fot. Archiwum Instytutu Literackiego
B

Bardzo wiele napisano o życiu, inicjatywach i dziele Jerzego Giedroycia po II wojnie światowej. Okres przedwojenny, czas jego młodości i fascynacji politycznych był dotychczas znany bardzo słabo. Lukę tę wypełnił Marek Żebrowski swą ostatnią książką „Jerzy Giedroyć. Życie przed »Kulturą«” wydaną właśnie nakładem Wydawnictwa Literackiego. Żebrowski rekonstruuje w niej m.in. wydarzenia z czasów dzieciństwa późniejszego Redaktora, z okresu międzywojennego i niezwykłą aurę miesięcy spędzonych, już w czasie wojny, w Bukareszcie. Poniższy tekst jest zbiorem zapisków Autora podczas pracy nad książką w latach 2005-2009. Autor zachował przedwojenną pisownię nazwiska Giedroyć.

Tu poznaję prof. Uładzimira Dzianisaua, wybitnego znawcę dziejów miasta. Długo omawiamy wątpliwości dotyczące daty możliwego opuszcze-nia przez rodzinę Giedroyciów Mińska i ich wyjazdu do Warszawy. Mam przy sobie kopię świadectwa chrztu Giedroycia, z którego jasno wynika, że uroczystość odbyła się w mińskiej katedrze. To duże zaskoczenie dla naszych gospodarzy – przekonani, że miała miejsce w kościele na Złotej Górze, zamówili tam nawet nabożeństwo. W Mińsku Łukaszenki pojawiają się wyjątkowi goście (cud, że wszyscy dostali wizy!): Natalia Gorbaniewska, Bohdan Osadczuk, Leopold Unger. Ten ostatni zabiera mnie na spotkanie z jednym z przywódców opozycji. W minutę po naszym białoruskim rozmówcy, do kawiarni wchodzą dwaj panowie o niskich czołach i szerokich ramionach, siadają przy sąsiednim stoliku. Milcząc, popijają colę. Po pół godzinie zastępują ich dwaj inni, zamawiają to samo, równie intensywnie na nas nie patrzą.

Maisons-Laffitte. Po zakończeniu uroczystej debaty z okazji setnej rocznicy urodzin Jerzego Giedroycia oprowadzam po Domu „Kultury” Bartka P. z radiowej Dwójki, który przygotowuje okolicznościowy reportaż. Zachwycony dźwiękami, którymi niezmiennie od lat mówi ten dom: brzę-czyk przy furtce, dzwonek telefonu, trzeszczące schody wiodące do dawnego mieszkania Czapskich na poddaszu, szelest listów w setkach segre-gatorów, zawierających korespondencję Redaktora.

Kilkudniowy pobyt w Moskwie, w grypowej atmosferze początków zimy. Potwierdzają się informacje, że nie ma na razie szans, bym mógł zajrzeć do materiałów tzw. heroldii, przechowywanych w Państwowym Archiwum Historycznym. Ze znalezionym jeszcze w Warszawie planem miasta z 1916 r. wędruję uliczkami, którymi chodzić musiał do szkoły Jerzy Giedroyć. Adresy szko-ły i bursy udało się zlokalizować. Czemu kościół francuski, do którego wówczas chadzał, a o którym wspominał, że położony był przy Milutyń-skim Piereułku, jest przy Małej Łubiance? Zgodne są co do tego obie mapy: ta stara i nowa, kupiona w kiosku. Docieram do kościoła, obchodzę jego dziedziniec i z ulgą stwierdzam, że Giedroyć się nie mylił. Z tyłu, drugie wyjście prowadzi na Milutyński.

Londyn. Zjadłszy we francuskiej knajpce śniadanie z córką byłej żony Jerzego Giedroycia, przeglądamy u niej w domu papiery, pozostawione jej przez matkę. Nie zna polskiego, tłumaczę fragmenty. Zgadza się, bym część z nich zawiózł panu Dudkowi [Henryk Giedroyc, brat Jerzego – przy-p. red.], by włączyć je do zastrzeżonego archiwum prywatnego. Ona miła niezwykle, o przeszłości matki wie niewiele. Więcej chyba ja opowia-dam Louise o tym, czego udało mi się dowiedzieć. Długo rozmawiamy m.in. o rozmaicie – na potrzeby różnych dokumentów – podawanej przez panią Tatianę dacie urodzenia. Najwyraźniej po wojnie równie skutecznie tworzyła wokół siebie atmosferę tajemniczości.

Angielskie archiwa państwowe, Public Record Office, Kew. Sporo materiałów angielskich służb, zaraz po wojnie niezwykle zainteresowanych nastrojami politycznymi w 2. Korpusie. Warto by do tego kiedyś wrócić. O samym Jerzym Giedroyciu nic, natomiast są jakieś dokumenty dotyczące pana Henryka. Za-strzeżone. Ki diabeł?

Warszawa. Upalne popołudnie spędzam w chłodnych murach kurii przy ul. Miodowej. Najpierw opowiadam przesympatycznemu, starszemu już księdzu, specjalizującemu się w rozmaitych sakramentalnych procedurach, co wiem o domniemanych krokach rozwodowych Jerzego i Tatiany, potem słucham, jak powinny one były wyglądać oraz czy, gdzie i jakich śladów archiwalnych można się spodziewać. Nie wygląda to dobrze.

Wzruszająca wręcz życzliwość, z jaką wita mnie w swym poznańskim domu pani Teresa Tyszkiewicz. Na stole gotowa już herbata i ciasto, a przede wszystkim – stosy dokumentów z archiwum jej dziadka, Leona Janty-Połczyńskiego. Był pierwszym z ministrów, którym sekretarzował przed wojną Jerzy Giedroyć. Znajduję tu Giedroycia: na zdjęciach z wąsami, w dokumentach – z młodzieńczą ambicją. Są też tomy wycinków prasowych o działalności ministra Połczyńskiego – starannie wklejone w albumy, oprawione w zielone płótno. Opisane charakterem pisma, który – jak widać – miał się niemal nie zmienić. Znam go z Maisons- -Laffitte.

Wieloletnie obcowanie ze stylem i słownictwem jednego człowieka robi swoje: coraz częściej łapię się na wtrącaniu rozmaitych „prawda” i „ma się rozumieć”. Muszę się pilnować.

Parę dni w archiwach w Wilnie. Z trudem wczytuję się w przechowywane tu wywody genealogiczne rozmaitych linii Giedroyciów z kilku ostat-nich stuleci. Bardzo wielu ich tu mieszkało, choć z „moimi”, z mińszczyzny, żadnych koligacji nie znajduję, tylko legendy rodowe wspólne. Niektóre z protokołów zebrań deputacji szlacheckich zachwycają staranną kaligrafią, inne męczą oczy koślawymi literami, uparcie jednak zdobio-nymi barokowymi zawijasami. Widać niemal, który z dokumentów pisany był błyskawicznie i wprawną ręką, a który powstawał tylko dzięki wy-suniętemu koniuszkowi języka i kroplom potu na podgolonym karku. Część dokumentów dostaję w formie mikrofilmów, ale można je oglądać na zwykłym ekranie. Cóż to za rozkosz, w porównaniu z tymi znienawi-dzonymi przez mnie archaicznymi czytnikami, przy których spędziłem tysiące chyba godzin w polskich bibliotekach i archiwach, a które świecą człowiekowi jakąś straszną żarówką prosto w oczy!

Oksford, rozmowa z kuzynem Jerzego Michałem Giedroyciem – fenomenalna pamięć i analityczny umysł, najwyższy autorytet w zakresie dziejów rodu. W ciągu kilku godzin wyjaśnia większość moich wątpliwości, na odchodne obdarowuje opracowanymi przez siebie materiałami.

Maisons-Laffitte. Niedziela – właściwie nie powinno tu dziś być nikogo poza panem Dudkiem. Zmuszony de facto do ciągłego mieszkania w miejscu pracy zarządził, by w niedzielę Dom „Kultury” był wreszcie jego domem. Jeden dzień prywatności w tygodniu. Zostałem w tej prywat-ności zaakceptowany, mogę więc pracować okrągły tydzień. We dwóch przygotowujemy obiad, opowiadam przy tym panu Henrykowi o znalezionych materiałach dotyczących szkoły polskiej w Bukareszcie, w której w 1940 r. robił maturę. Zainteresowany, zaczyna opowiadać o tym okresie. Wreszcie. Wieczorem w jardin d’hiver pan Henryk ogląda francuskie dzienniki telewizyjne, a ja siadam do sterty zapisanych na maszynie kartek. Wspo-mnienia jednego z dalekich kuzynów. Podobno wiele osób już to przeglądało, bez specjalnych wrażeń. A jednak – choć wspomnienia chaotyczne, chwilami wewnętrznie sprzeczne, to dzięki nim odnajdę po paru miesiącach następnych kuzynów i kolejne dokumenty dotyczące przodków Jerze-go Giedroycia.
Marek Żebrowski jest politologiem, autorem m.in. „Dziejów sporu. »Kultura« w emigracyjnej debacie publicznej lat 1947–1956”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]