Pewnie czytaliście już wszystkie miażdżące recenzje. Po tym, jak pisarz Neil Gaiman został oskarżony o przemoc seksualną, producenci serialu „Dobry omen” ograniczyli jego zaangażowanie w trzecią część, mimo że w lutym 2026 r. trzy pozwy przeciwko niemu zostały oddalone.
Najpierw nie było wiadomo, czy „trójka” w ogóle powstanie. Ale widocznie presja fanów przeważyła, bo powiedzieć, że finał dwójki pozostawił ich w zawieszeniu, to nic nie powiedzieć. Tyle że zamiast sześcioodcinkowego serialu powstał 90-minutowy film, w dodatku z wyraźnie obciętym budżetem. Rezultatu można się domyślić. To potwornie okaleczona historia w telenowelowej estetyce.
„Dobry omen”: krótka historia końca świata
W pierwszej części, opartej na fabule powieści Gaimana i Terry’ego Pratchetta z 1990 r., śledziliśmy perypetie anioła Azirafala (Michael Sheen) i demona Crowleya (David Tennant), którzy kumplują się w tajemnicy przed przełożonymi, ceniąc uroki ziemskiego życia. Gdy „góra” postanawia, że czas na Apokalipsę, próbują ją udaremnić.
W części drugiej bohaterowie próbują rozwikłać zagadkę amnezji archanioła Gabriela, a w finale Azirafal otrzymuje propozycję pracy nad poważnym projektem i porzuca Crowleya, który właśnie wyznał mu miłość (twórcy serialu nie wytrzymali z postaciami zbudowanymi na świetnym niedopowiedzeniu i dokręcili śrubę). Ów projekt jest osią fabuły części trzeciej.
Chodzi o Drugie Przyjście, które Azirafal chce złagodzić i ograniczyć do przemówienia w ONZ, bez całego tego przemijania nieba i ziemi. Niestety, tajemnicza kradzież Księgi Życia krzyżuje mu plany. Jeśli w streszczeniu brzmi to głupawo, w tym właśnie rzecz: geniusz pisarstwa Pratchetta (który zmarł w 2015 r., nie doczekawszy ekranizacji) i Gaimana polegał na tym, że poprzez takie tańce z konwencjami i kanonami potrafiło ono opowiadać o rzeczach najważniejszych.
Nie każdy może być Pratchettem
Duet snuł opowieść o wyjątkowości ludzkiej natury, której istoty wszechmogące nie zrozumieją, bo nie pozwala im na to właśnie ich wszechmoc. Ludzkiej natury, która fascynuje i zachwyca Azirafala i Crowleya, tak jak w „Świecie dysku” Pratchetta fascynowała ona Śmierć. Niestety, „Dobry omen 3” to dowód, że nie każdy może być Pratchettem i Gaimanem.
Zamiast satyry na niebo i piekło funkcjonujących jak skrzyżowanie weberowskich biurokracji, jest parodia i teatrzyk, a z przesłania zostaje toporny ateizm dla początkujących. Potencjał historii o wypalonym archaniele i wcielonym na nowo Jezusie trafiającym omyłkowo do Soho byłby mocarny, gdyby twórcy zapamiętali z Pratchetta coś więcej niż tylko slapstickowego Rincewinda, a fabuły nie skracali tasakiem. Motywacje postaci giną w zalążku, bohaterowie nie wiedzą, za czym gonić.
Co ratuje tę katastrofę
Ale skłamałbym, utrzymując, że się ani przez moment dobrze nie bawiłem. A to za sprawą chemii duetu Sheen–Tennant i sentymentu do duetu Azirafal–Crowley. Można się też pogodzić z nieznośną z początku telewizyjną estetyką, biorąc ją za sposób na oddanie pratchettowskiej umowności.
Paradoksalnie, to właśnie dopisany wątek miłości anioła i demona ratuje tę opowieść, w której finale Sheen gra już nie miną, lecz spojrzeniem, a zakończenie pozwala fanom błogo się uśmiechnąć. O ile się wcześniej nie zakrztusili.
DOBRY OMEN, sezon 3, reż. Rachel Talalay, Amazon Prime
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.











