Yakov Z. Mayer: Czekam na prawdziwego Mesjasza, zwalczam tych fałszywych

„Kłamcy są znacznie bardziej interesujący niż ci, którzy kierują się prawdą. Zastanawiałem się, co się stanie, gdy mały kłamca spotka wielkiego kłamcę: fałszywego mesjasza” – mówi Yakov Z. Mayer, izraelski pisarz, autor powieści „Nechemia”.
Czyta się kilka minut
Yakov Z. Mayer // Fot. Eyal Cohen / Materiał prasowy Wydawnictwa Literackiego
Yakov Z. Mayer // Fot. Eyal Cohen / Materiał prasowy Wydawnictwa Literackiego

Karolina Przewrocka-Aderet: No to kim jest Twój mesjasz?

Yakov Z. Mayer: Mesjasz wyraża przede wszystkim podstawową nadzieję na lepszą przyszłość, bo przecież nie chodzi tu wyłącznie o mistykę i wiarę. Żydzi modlą się trzy razy dziennie o jego przyjście, zakładając, że rzeczywistość, która nas otacza, wcale nie jest taka dobra. Wierzą, że dzięki niemu będzie znacznie lepsza.

Czyli jaka?

Pewnie jakoś powiązana z teraźniejszością, ale niekoniecznie od niej zależna. Ale może być też zupełnie inaczej i może nas zaskoczyć – w tym wszystkim zawiera się jakiś rodzaj tajemnicy. Niezależnie jednak od tego, jak ją sobie wyobrażamy, oczekiwanie na Mesjasza jest dla nas bardzo realistyczną nadzieją, czymś, co w historii żydowskiej zawsze pomagało ludziom radzić sobie z codziennymi wyzwaniami.

Część z tych, o których piszesz w wydanej niedawno w Polsce powieści „Nechemia” – Żydów siedemnastowiecznej Rzeczypospolitej – to oczekiwanie prowadzi na skraj szaleństwa. Dowiadują się o nadejściu Szabtaja Cwi, który przebywa w Konstantynopolu i lada chwila ogłosi się władcą.

Myślę, że chwila, w której polscy Żydzi dowiadują się o tym, że Mesjasz nadchodzi ze Wschodu po to, by odkupić naród żydowski, zmienia ich życie i pociąga ich do działania. To dobry moment, by sprzedać wszystko, co się ma, i udać się do Jerozolimy, albo dołączyć do Mesjasza w Konstantynopolu. Wszystko dzieje się oczywiście na fali rozwijającego się orientalizmu – przekonania, że wszystko, co ważne, przychodzi ze Wschodu.

Historia Nechemii Hakohena, rabina z Komarna, jest tyleż fascynująca, co nieprawdopodobna. Kabalista, alchemik, sześciopalczasty wagabunda, łamiący wszelkie zasady w imię wyższych racji. Ciężko uwierzyć, że jest to postać historyczna.

Urodził się w XVII wieku, najprawdopodobniej w Polsce. Nie wiemy dokładnie, gdzie, chociaż w powieści umieściłem go w bardzo konkretnym miejscu – Komarnie. Nechemia spotyka Szabtaja Cwi, a spotkanie to opisuje równolegle kilka narracji. Ostatecznie prowadzi ono do przejścia Szabtaja na islam i do upadku ruchu sabataistycznego. Wyznawcy są wściekli, próbują się zemścić za to, że zniszczył kult Mesjasza. W końcu ląduje w Amsterdamie, obdarty, samotny i trędowaty, a pod koniec swojego życia spotyka Lejba, syna Ozera, prowadzącego wówczas synagogę aszkenazyjską w tym mieście. I to właśnie on opisuje potem życie Nechemii w swoich tekstach.

Co jeszcze o nim wiemy?

Znamy dokładnie trzy fakty z życia tej postaci: pochodzenie, spotkanie z Szabtajem Cwi i życie w Amsterdamie. Początkowo myślałem, że będzie to materiał na rozprawę, ale zrezygnowałem, bo zabrakło mi materiałów historycznych. Postanowiłem w końcu, że uczynię z niego bohatera literackiego.

Czego chciałbyś się o nim dowiedzieć?

Zastanawiałem się, kogo mógłby w swoich podróżach spotkać? Kim właściwie jest ten człowiek, który przybył, całkowicie anonimowo, w samo centrum huraganu naszej historii, a potem udał się na drugi koniec tego świata – na peryferie żydowskiego świata, do Amsterdamu?

Nie dajesz się naciągnąć na zapewnienia Szabtaja o świętości.

W kontekście powieści Szabtaj Cwi jest ostatecznie fałszywym mesjaszem. Przez lata zresztą uważano go za takiego. A potem pojawił się nowy mesjanizm. W XX wieku Gershom Scholem i jego uczniowie traktowali Szabtaja wyrozumiale, jak kogoś, kogo argumenty są istotne, kto rzucił prawdziwe światło na naturę historii żydowskiej i ujawnił jakiś jej ukryty aspekt. A ja w mojej powieści próbuję przywrócić mu charakter oszusta.

No właśnie. Dlaczego?

Kłamcy są znacznie bardziej interesujący niż ci, którzy kierują się prawdą. Pisząc „Nechemię” zastanawiałem się, co się stanie, gdy mały kłamca, tytułowy bohater, spotka wielkiego kłamcę: fałszywego mesjasza, Szabtaja Cwi?

Trochę dziwnie się to czyta, wiedząc, że autor jest religijnym żydem, dla którego zasady są jednak świętością – a jego bohater, w imię wyższego dobra, robi coś, co wydaje się niewyobrażalne: przechodzi na islam. Co to mówi o Tobie, autorze tej opowieści?

Tak, jestem religijny, trzymam szabat, a moją książkę przeczytało nawet kilku znajomych rabinów. Na szczęście ich reakcja była pozytywna: cieszyli się na widok wspomnianych przeze mnie postaci czy religijnych tekstów: Szulchan Aruch, Magen Avraham czy Orach Chaim. Chciałem pokazać ten pejzaż kulturowy, w którym obracali się ówcześni Żydzi, język, którym się posługiwali. Dla Nechemii, ale też dla mnie, modlitwa jest istotną częścią życia. Nie tylko jest wyrazem gorącej wiary w jakąś mistykę, ale przede wszystkim jest podstawowym działaniem duszy, która tęskni za czymś, co jest poza nią samą. Jest też jednak codzienną czynnością.

Zastanawia mnie, z jaką łatwością w podróży przez aszkenazyjski krajobraz zahaczasz o światy zgoła odmienne. Co właściwie sprowadziło Cię do Częstochowy?

To najświętsze miejsce w Polsce, do którego ludzie podejmują trud pielgrzymki, kompletnie mnie zafascynowało. W ogóle trud pielgrzymki jako część ludzkiej aktywności – gdy na chwilę zostawia się codzienne sprawy, pracę, rodzinę, i inwestuje czas i pieniądze, by iść do miejsca, w którym – jest nadzieja – przeżyje się jakąś przemianę. 
Wiedziałem, że muszę pojechać do Częstochowy, i że Nechemia również musi się tam znaleźć. W sabataizmie z późniejszego okresu, frankistowskiego, czyli z XVIII w., pojawia się wątek częstochowski: Jakub Frank widzi w Madonnie odbicie lustrzane swojej córki. Byłem więc pewien, że muszę wybrać się do Częstochowy, przygotowując się do pisania powieści. Pojechałem tam w 2012 r.

Co czuje religijny żyd przed obrazem Czarnej Madonny?

Ekscytację ludzi zgromadzonych wokół mnie. Sam nie czułem świętości tego miejsca, ale w oczach ludzi widziałem, że są nią absolutnie poruszeni. To była przedziwna mieszanka uczuć. Starałem się to oddać przy opisywaniu wizyty Nechemii na Jasnej Górze, który wybiera się tam po skarb. Wobec świętości miejsca jest jednocześnie obojętny i zahipnotyzowany.

Były granice, których nie przekraczałeś w swoich badaniach do książki?

W Nowym Jorku poszedłem na pasterkę do kościoła protestanckiego. Byłem ciekaw, jak to wygląda, jakie emocje towarzyszą ludziom tego dnia. Przed ceremonią ksiądz przechodził przez kościół i witał się z ludźmi. Stałem na samym końcu jak zahipnotyzowany, odurzony zapachem kadzidła. Ksiądz zapytał: jesteś tu sam? Tak, odpowiedziałem, nie dzieląc się już czarnym humorem, który zwykle w takich sytuacjach podszeptuje mi różne rzeczy.

Co podszepnął tym razem?

„Tak, jestem tu naprawdę sam, jestem jedynym Żydem w tej kaplicy, oprócz tego, który wisi na krzyżu”. Ksiądz poprosił, bym za nim poszedł, i wskazał mi miejsce w drugim rzędzie, tuż pod samą amboną. Zanim odszedł, poprosił, bym zdjął kapelusz. Zrobiłem to, ściągnąłem i kapelusz, i kipę. Czarny humor podpowiadał, że choć to kiepska sytuacja, to jednak jakaś część Żyda ze mną pozostaje, bo brody i nosa przecież sobie nie zdejmę. I jeszcze, żebym się uspokoił, bo mój rabin o niczym się nie dowie. I tak przez chwilę byłem jednym z nich – wiernych przeżywających radość z narodzin swojego mesjasza. Aż do momentu komunii. To oczywiście jest mi już surowo zabronione, to dla żyda wielki grzech. Wstałem, przeprosiłem i wyszedłem.

Napisałem o tym post na Facebooku, który rozszedł się viralem. Nie, nie miałem problemu z tym, by się tą historią publicznie podzielić.

Mówisz o humorze, który towarzyszy Ci w stresujących chwilach. Również historia Nechemii naładowana jest solidną dawką czarnego żydowskiego humoru. Takiego, który ratuje z opresji.

Oczywiście, humor pomaga poradzić sobie z wieloma napięciami, także mojemu bohaterowi w książce. Zresztą inaczej nie umiałbym jej napisać – bo to część sposobu, w jaki myślę; w jaki myślą Żydzi. To bez wątpienia część naszej tradycji. W Izraelu podchodzimy z humorem do wszystkich świętości, choć poza granicami kraju raczej się od tego powstrzymujemy z obawy przed niezrozumieniem. Na przykład żartujemy z Holokaustu. Niektórzy opowiadają też już nawet żarty związane z tragedią 7 października 2023 r., choć ta rana jest wciąż tak żywa. Możesz cały dzień płakać albo się śmiać, prawda? W Izraelu wiemy, że nie ma innej opcji.

Twoja książka ukazała się tam w 2019 r., ale w Polsce wyszła w tym roku. Na Bliskim Wschodzie toczy się krwawa wojna. Ludzie cierpią, próbują wyrwać się z jakiegoś kręgu zła. Komentarz mesjanistyczny pasuje tu jak ulał.

Oczywiście, bo mesjanizm jest po to, by nadziei szukać także w wymiarze politycznym. Pamiętajmy, że na naszą koncepcję mesjanizmu wpływają również rządy, pod którymi aktualnie żyjemy. Żydzi w okresie Drugiej Świątyni Jerozolimskiej mogli wyobrazić sobie Mesjasza jako cesarza rzymskiego, który nadejdzie i zacznie rządzić światem. W czasach Szabtaja Cwi ramami politycznymi były ramy Imperium Osmańskiego, i dlatego wyobrażenie o nim obejmowało oczekiwanie, że zajmie miejsce sułtana.

Mesjanizm łączy się więc z nacjonalizmem.

I z myślą narodową. Tu konieczne jest więc zrozumienie, czym jest nadzieja polityczna, jak ludzie wyobrażają sobie samych siebie pod idealnym rządem politycznym.

Mówisz: jakie czasy, taki Mesjasz. To kim dzisiaj w Izraelu jest fałszywy mesjasz? Wielu powie: to Binjamin Netanjahu.

Mówiliśmy o tym, że staramy się wyobrażać sobie Mesjasza w tym samym politycznym kontekście, w którym żyjemy, i w związku z tym nie jestem pewny, czy w grę wchodzi tu męski, białoskóry aszkenazyjski lider. Jako osoba religijna sądzę też, że świat polityczny, w którym żyjemy, nakłada prawdziwe ograniczenia na mesjańskie myślenie, a także dzieli pomiędzy kwestiami religijnymi i niereligijnymi – co w myśleniu mesjańskim nie ma racji bytu, ponieważ to, co polityczne, narodowe i religijne, jest w istocie częścią tego samego świata.

Mesjasz może zaskoczyć na wiele różnych sposobów. Myślę wręcz, że jedyne, co wiemy na pewno, to to, że damy mu się zaskoczyć. Mesjasz jest zawsze przed nami – jeśli już przyszedł, to znaczy, że jest w tym coś podejrzanego. 

I co z tym robisz?

Żyjemy w świecie demokracji, który trzęsie się w posadach. Każdego dnia modlę się i demonstruję na rzecz politycznej zmiany i wcześniejszych wyborów w Izraelu. Jestem pełen obaw, jak większość Izraelczyków wokół mnie, o bardzo niedaleką przyszłość: o to, co czeka nas na północy kraju, w Strefie Gazy, na granicach i w Tel Awiwie. Lęk i przerażenie wydarzeniami towarzyszy nam od roku na co dzień.

Ale jestem pisarzem, tworzę fikcję, moją główną siłą jest wyrażanie moich uczuć w ten sposób. Nie podoba mi się postawa pisarza, który bierze na siebie rolę proroka czy głosu tłumu. To zły czas na Bliskim Wschodzie, nie tylko dla Izraela. W samym Izraelu – dla wszystkich: dla dorosłych, dla dzieci, dla rodzin, zarówno Żydów, jak i Arabów. To również zły czas dla literatury. Ludzie nie chcą czytać. A literatura nie daje wystarczająco wielu narzędzi, by ten świat zrozumieć. By zrozumieć, gdzie właściwie jesteśmy.

Ludzie nie chcą czytać, a pisarze nie mogą pisać. To wciąż słyszę w izraelskim środowisku literackim.

Ja też nie potrafię pisać. Od miesięcy nie jestem w stanie usiąść do kolejnej książki. Odnoszę wrażenie, że na naszych oczach rozpada się świat. Jako pisarze nie mamy sił i zasobów, by odpowiedzieć literaturą na to, co się dzieje. W tych dniach jestem obywatelem jak każdy inny. Podczas wojny wracamy do bycia ciałem i krwią: szukamy schronienia, wody, jedzenia, bezpieczeństwa dla naszych dzieci. To jedyne, co mogę w tej chwili zrobić.  

W prywatnej rozmowie wspomniałeś, że podczas Twojej ostatniej wizyty w Polsce – na Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie i Festiwalu Góry Literatury – podpisałeś więcej książek niż podczas całej promocji w Izraelu.

Podczas Gór Literatury słuchacze zadawali mi pytania o mój stosunek jako żydowskiego pisarza do konfliktu palestyńsko-izraelskiego. To były dla mnie ważne pytania, które domagały się głębokiej odpowiedzi.

I co odpowiedziałeś?

Książka powstała w języku hebrajskim podczas mojego pobytu w USA, następnie w 2019 r. została wydana w Izraelu. Mimo, że sam jestem Izraelczykiem w czwartym pokoleniu, zawsze podkreślam, że „Nechemia” nie jest książką izraelską, lecz bardzo żydowską.

W jakim sensie?

Na przykład w takim, że włożyłem wiele wysiłku w to, by wyczyścić język z militarystycznych, nowoczesnych naleciałości języka hebrajskiego, i włożyć w usta moich bohaterów język, którym mogliby mówić w XVII wieku.

Militarystycznych?

Hebrajski, jak każdy język, jest bardzo dynamiczny, zapożycza się z wielu innych języków. To, że militarystyczna rzeczywistość wpływa na niego, nikogo nie dziwi, choć na co dzień tego specjalnie nie zauważamy. Słychać to w zwrotach, zapożyczeniach, akronimach. Te naleciałości są tak trwałe, że nawet moje dzieci, które nie były w armii, posługują się nimi bez zastanowienia. Myślę, że to jest prawdziwa szkoda dla języka. To coś, co kształtuje sposób, w jaki myślimy o świecie, w znacznie większy sposób, niż wielu z nas sobie wyobraża.

Twój też?

Swoje korzenie wyczuwałem zawsze w literaturze jidysz. Trochę więc jest tak, że w głowie układałem zdania w jidysz, a zapisywałem po hebrajsku. Mój jidysz jest wyuczony. Właściwie nauczyliśmy się go z żoną na uniwersytecie – głównie po to, by nasi rodzice nie mogli nas rozumieć przy stole. Dziś w tym samym celu stosujemy go przy dzieciach.

Jak w słynnych historiach z lat 50., gdy przybyli do Izraela polscy Żydzi używali polskiego w domach tylko wtedy, gdy chcieli ukryć coś przed bliskimi. Język sekretu.

Do dziś czuję z nim emocjonalny związek. Mówię w nim, rozumiem, czytam. Gorzej z pisaniem. Zresztą i tak nie ma dla kogo. W Izraelu czuję się jak imigrant z jidyszlandu. Siedzi głęboko w mojej tożsamości.

Gdy jednak bliżej przyjrzeć się współczesnej izraelskiej literaturze, widać, że nie jesteś jedyny.

To prawda. W ostatnich latach widać w izraelskiej literaturze zwrot w kierunku jidysz i zainteresowania kulturą Żydów w przedwojennej Europie. Jest kilku autorów, którzy wręcz nie schodzą z tego tematu. Co ciekawe, mogę już powiedzieć, że „Nechemia” inaczej jest czytany w Polsce, inaczej w Izraelu.

Na czym polega ta różnica?

W Polsce zapytano mnie: gdzie dziś jest Nechemia? Czy jeśli przyjadę do Izraela, spotkam go? Bardzo mi się to pytanie spodobało. Odpowiedziałem – z bólem w sercu – że nie, Nechemii nie spotka się dziś w Izraelu. I że też mi go brakuje. Nie mamy już polsko-żydowskiej tożsamości, tych śmiałych buntowników, odważnie przekraczających ograniczenia, wagabundów nieprzystających do żadnych ram, z korzeniami w przedziwnej wschodnio-europejskiej rzeczywistości. 

Ta rzeczywistość jest też w pewnym sensie Twoja, w końcu masz tu swoje korzenie.

Podczas Gór Literatury przeczytałem fragment książki po hebrajsku, a tłumaczka przeczytała go po polsku. Dźwięk moich własnych słów w tym języku wzbudził we mnie tyle uczuć! Mój pradziadek urodził się i wychował w Radomiu. W wieku około 16 lat wyjechał do Berlina na studia i już potem do Polski nie wrócił.

A w Izraelu?

Gdy tam przyjechał, przestał mówić w jakimkolwiek języku poza hebrajskim. Był wręcz ideologicznie nastawiony do potrzeb młodego państwa. Pamiętam, że dopiero w podeszłym wieku pozwolił sobie na próbę porozmawiania z przyjaciółmi z Polski w ich języku. Jeden z nich powiedział wtedy, że choć słychać, że pradziadek nie używał go przez ponad 60 lat, wciąż znać w nim pozostałości wysokiego języka literackiego, którym wykształceni ludzie posługiwali się w przedwojennej Polsce.

Czego życzy się izraelskiemu pisarzowi, wnukowi radomskiego Żyda, w twórczym kryzysie spowodowanym traumą wojny?

Podobno w Japonii, jeśli chcesz kogoś przekląć, musisz mu powiedzieć: życzę ci, byś miał ciekawy rok. A więc życzę sobie nudnych lat. To znaczy takich, w których rzeczywistość będzie przewidywalna, a pokój zagości po wszystkich stronach naszych granic.

 

YAKOV Z. MAYER jest izraelskim pisarzem, historykiem i wykładowcą akademickim. Dorastał w Jerozolimie, obecnie mieszka w Tel Awiwie.

Yakov Z. Mayer NECHEMIA, przeł. Magdalena Sommer, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2024

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 38/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Nie ci mesjasze