To my brutalizujemy język polityki

Późnym wieczorem 21 października wielu ludzi w naszym kraju odetchnęło z ulgą; inni poważnie się zmartwili. Niewykluczone jednak, że tym, co łączy jakąś część obu stron zwaśnionego i podzielonego społeczeństwa, jest nadzieja na zmianę sposobu prowadzenia dyskusji. Każda kampania wyborcza ma bowiem to do siebie, że wymusza na jej uczestnikach używanie słów ostrych, mocnych, by nie powiedzieć brutalnych. Gdy jednak opada pył bitewny, naturalne wydaje się oczekiwanie powrotu do debaty bardziej merytorycznej i mniej emocjonalnej. Niestety, oczekiwania te się nie spełnią. I nie jest to wina samych uczestników sporu, czyli polityków, ale efekt pewnej rewolucji medialnej, której jesteśmy świadkami i uczestnikami.
Czyta się kilka minut

Poważna i wolna od inwektyw dyskusja była możliwa w czasach, gdy jej ton nadawała prasa. Dziś w naszym kraju sprzedaje się codziennie tylko 3, 5 mln dzienników - o 5 mln mniej niż jeszcze 10 lat temu. Stacje radiowe są tym silniejsze, im bardziej uciekają od słowa do muzyki. Miejscem, w którym prowadzi się spór polityczny, stała się telewizja. Ta zaś rządzi się swoimi prawami.

Przede wszystkim ma mało czasu. Przeciętny, czyli dwuminutowy news telewizyjny, wymusza na dziennikarzach powierzchowność i skrótowość. A bohaterom newsa, czyli politykom, daje 10, może 12 sekund na wypowiedź. To nie są warunki do dyskusji; to zachęta do awantury, z której politycy nie tylko zechcą skorzystać, ale wręcz zostaną do tego zmuszeni. W czasach dominacji telewizji każdy polityk, który postrzega rzeczywistość jako niejednoznaczną, jest natychmiast określany mianem polityka niewyrazistego, ergo: podejrzanego.

Telewizyjne zapotrzebowanie na wyrazistość to największa zachęta do brutalizacji języka polityki. A kto do tego zachęca? Tak naprawdę my, odbiorcy mediów. Bo to nie jest tak, że to telewizja dyktuje warunki. Suwerenem są odbiorcy mediów. Jeżeli na rynku dzienników króluje tabloid, to znaczy, że czytelnicy prasy nie potrzebują prasy poważnej. Jeżeli w 38-milionowym kraju największy tygodnik opinii nie jest w stanie sprzedać więcej niż 200 tys. egzemplarzy, to znaczy, że obywatele nie oczekują pogłębionej analizy. Obywatele mają mało czasu i chcą szybko wiedzieć. Wiedzieć? Raczej mieć wrażenie, że wiedzą.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz
1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru TP 44/2007