Przemoc w pracy: "Czy można mobbować doktoranta?" [Wasze głosy]

Czy promotor mógł publicznie opowiadać, że jestem chora psychicznie? Czy ktoś skrajnie pozbawiony empatii i skupiony na sobie moze jednocześnie brylować na salonach jako autorytet moralny?
Czyta się kilka minut

Do redakcji Tygodnika Powszechnego szeroką falą zaczęły napływać historie prześladowanych pracowników. Rozpoczynamy publikację wybranych świadectw. Niech to będzie początek huraganu, który oczyści powietrze w polskich firmach, redakcjach, instytucjach i placówkach akademickich. Ku pokrzepieniu ofiarom mobbingu i pod rozwagę ich prześladowcom.

Piszę, bo byłam w szarej strefie. Gdzie mobbing nie został uregulowany praktycznie żadnymi zasadami formalnym. To relacja doktoranta i jego wszechmocnego promotora.

Oprócz osobowości mojego promotora (narcyzm i skrajny brak empatii) i mojej (duża wrażliwość, a w tamtym okresie jeszcze silne stany lękowe), tym, co ją wykreowało, była też konstrukcja instytucji uniwersytetu. Panujące tam stosunki feudalne, silna konkurencja między studentami, nihilizm prawny. Im bardziej sfeudalizowane i skostniałe struktury, tym mniejsza szansa na adekwatną reakcję środowiska w razie pojawienia się takiego problemu jak mobbing czy molestowanie.

Na czym ten mobbing polegał? Pozornie nie było to nic drastycznego. Ot, w pewnym momencie zaczęłam dostawać sygnały, że wypadłam z jego łask. Wychodziło to w korespondencji mailowej, bo głównie tak się komunikowaliśmy.

Najczęściej dostawałam takie maile po tym, gdy w jakiś sposób promotora zirytowałam krytyczną uwagą na temat uczelni albo jego zachowania wobec doktorantów. Kiedyś np. wykryłam, że na moim wydziale fałszowano protokoły z posiedzeń Rady Wydziału; promotor potrafił wyjechać na rok za granicę, nie informując o tym wcześniej w żaden sposób swoich doktorantów.

Gdy zaczęłam jasno mówić (a raczej pisać, bo głównie była to komunikacja mailowa), że czuję się źle traktowana, promotor zakazał mi w ogóle się do siebie odzywać do momentu napisania całego doktoratu pod groźbą zrzeczenia się opieki nade mną.


Czytaj także: Chcemy rozpocząć rozmowę na temat mobbingu. Będzie trudna, ale jest konieczna.Byliście poniżani, zastraszani, wzgardzani przez pracodawcę? Opiszcie to z hashtagiem #przemocwpracy lub wyślijcie na przemocwpracy@tygodnik.com.pl, opublikujemy Wasze świadectwa anonimowo. Napiszcie też, co wtedy czuliście.


Towarzyszyło temu sugerowanie, czasem formułowane wprost, że to wyłącznie ja jestem winna temu, że nasze relacje nie układają się dobrze, że jestem nadmiernie emocjonalna, niestabilna psychicznie i że mam „niewłaściwą osobowość”. Starsi koledzy, faceci z doktoratami i silną pozycją w środowisku naukowym, nie chcieli mi pomóc, a doktoranci się bali.

Cała ta sytuacja trwała ponad dwa lata (okres mniej więcej od połowy 2011 do jesieni 2014 roku) i kosztowała mnie mnóstwo stresu, zwłaszcza że równocześnie musiałam się mierzyć z poważnymi problemami rodzinnymi, o których promotor zresztą wiedział, bo mu o nich mówiłam. Przez długi czas (ok. póltora roku) miałam cierpiałam na bezsenność, co wpływało fatalnie na moje zdolności do koncentracji i w ogóle pracy.  Za radą mamy zaczęłam chodzić do neurologa, który zapisał mi leki antydepresyjne, a także poszłam na psychoterapię, z czego jestem bardzo dumna (powiedziałam sobie uczciwie, że mam problem i zaczęłam szukać pomocy).

Gdy przestałam pojawiać się na wydziale, doszły do mnie słuchy (od 2 profesorów, do których mam pełne zaufanie), że mój promotor opowiada, że jestem „chora psychicznie”. Kilka osób napisało mi w mailu, że jego zachowanie ocenia jako niewłaściwe, ale nikt nie wstawił się za mną publicznie. Oczywiście, niektórzy sugerowali, że sama jestem sobie winna i że „prawda zapewne leży gdzieś pośrodku”.

Przypuszczam, że nie jest to historia unikalna. Ale prawdziwa. Doktoratu oczywiście nie zrobiłam.

Katarzyna

Czytaj także: Rafał Woś: Czas na pracownicze #MeToo

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”