Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Arcydzieła w iPadach

Arcydzieła w iPadach

24.06.2013
Czyta się kilka minut
Maria Poprzęcka, historyk sztuki: Aplikacje na smartfony czy ipady dają nam poczucie kontaktu z dziełami. niestety To na nich się skupiamy, zamiast na materialnie istniejących dziełach.
P

PIOTR KOSIEWSKI: Mamy coraz większe problemy, by odróżnić prawdziwe arcydzieła od marketingowych sztuczek...
MARIA POPRZĘCKA:
Pojęcie arcydzieła jest straszliwie zdewaluowane. Można nawet porównać status arcydzieła do sytuacji celebryty. W jednym i drugim przypadku podobne są kariery: uwodzicielskie, głośne i niosące ze sobą zniszczenie. Numerem jeden jest oczywiście globalna celebrytka, czyli nieszczęsna Mona Lisa, której już przed stuleciem został przypisany los wielkiej gwiazdy. To jedna z najbardziej fascynujących historii sukcesu i rozpaczliwego upadku arcydzieła. Śmiertelnie zajeżdżonego przez masowy turyzm i wszechobecność w reklamie.
Ale nadal istnieją arcydzieła?
Chciałoby się wierzyć, że idąc na wystawę gromadzącą głośne dzieła sztuki dawnej (bo raczej dla niej pojęcie „arcydzieł” jest w użyciu), spotkamy się z nimi „twarzą w twarz”. Tymczasem na głośnej wystawie portretu renesansowego w berlińskim Bode Museum odniosłam wrażenie, że uczestniczę w nocnych harcerskich podchodach. W półmroku sal błądzili widzowie wpatrzeni w światełka smartfonów, które miały ich doprowadzić do poszukiwanego punktu. Obrazy były już tylko sprawdzianem dla danych z aplikacji.
W 2009 r. Museum of Modern Art w Nowym Jorku zdecydowało się na dość zaskakujący gest. Na jeden dzień wpuszczono publiczność do zupełnie pustych sal. Niczego tam nie było: ani obrazów, ani rzeźb czy instalacji. Zwiedzający otrzymali smartfony. Krążyli z nimi po budynku i fotografowali puste ściany. Oczywiście przyszły tłumy. Zaproponowano zabawę, która podważała samą istotę instytucji muzealnej. Okazało się, że dziś sale mogą być puste. Arcydzieła zostały zjedzone przez powielające ich wizerunki coraz doskonalsze media. Im lepiej to robią, tym mniejsza potrzeba, by oglądać oryginały.
Owszem muzea, jak i sama historia sztuki, od samego powstania były uzależnione od różnych zapośredniczających mediów, pozwalających katalogować i upowszechniać zbiory. Jednak reprodukcje graficzne czy fotograficzne nie zastępowały samych dzieł, nie stwarzały takiej ułudy, jaką daje obraz cyfrowy. W tej chwili aplikacje na smartfony, iPady itd. dają nam poczucie kontaktu z dziełami. Powoli maleje nie tylko szansa na spotkanie arcydzieła, ale w ogóle na kontakt z materialnie istniejącymi dziełami. Ale z drugiej strony mamy boom muzealny, frekwencja – także u nas – rośnie. Więc może po zachłyśnięciu się wirtualnymi światami, zaczynamy tęsknić za „rzeczywistą obecnością”?
A czym były arcydzieła w przeszłości?
Samo pojęcie należy do żelaznego zasobu retorycznego historii sztuki, nobilitującej, dzieło i samego artystę. Trzeba pamiętać, że historia sztuki wespół z muzeami, budując swoje opowieści o przeszłości i tworząc własne hierarchie, musiała znaleźć „najwyższe punkty”, szczytowe osiągnięcia artystyczne. Jest także inny aspekt. Historia sztuki i muzea od samego początku szły ręka w rękę z rynkiem sztuki – nawet wtedy, kiedy uchodziły za szlachetne i bezinteresowne. Sztuka zawsze była droga. Pochwalne etykiety były zaś dla rynku niesłychanie użyteczne.
Z arcydziełem wiązał się zawsze problem kanonu.
Tak pozostało. Kanon dawnych arcydzieł nadal istnieje. Można pojechać do Luwru i tłoczyć się pod Mona Lizą. Kanon nie ulega tu jakimś istotnym zmianom, także dlatego, że trudno mówić o obecności dawnej sztuki w grze rynkowej. Wielkimi arcydziełami muzealnymi się nie handluje, bo nikt nie sprzeda najważniejszych dzieł Tycjana czy Rembrandta.
Natomiast sztuka powstająca dzisiaj bardzo aktywnie uczestniczy w tej grze. Tutaj tworzenie i obalanie kanonów jest sprawą niebagatelną, bo wiąże się z ogromnymi pieniędzmi. Mówiąc inaczej, dawna sztuka to uśpione aktywa – jak nazywają gigantyczne majątki zamrożone w muzeach (co niektórych ekonomistów niebywale denerwuje), współczesna zaś jest tym aktywem rozbudzonym. Pisma branżowe publikują rozmaite rankingi cenowe. Możemy je korygować, narzekać na brak tego czy innego nazwiska, ubolewać, że ktoś jest przeceniony lub niedoceniony. Jednak mamy jakiś wskaźnik. Jeżeli zaś brzydzą nas czysto rynkowe hierarchie, to są inne, wyznaczane przez udział w wielkich imprezach międzynarodowych. One tworzą bardzo wyrazisty kanon. Dziś zresztą nieustannie kontestowany przez młodych ludzi, którzy wchodzą na scenę artystyczną i oczekują udziału w sławie i pieniądzach.
A kanon polskiej sztuki może ulec jakimś zmianom?
Ten kanon jest naruszany. Dokonuje się różnego rodzaju korekt czy przesunięć, choćby przy okazji układania nowych stałych galerii sztuki w muzeach narodowych. Jedne dzieła zdejmuje się ze ściany, a inne wyciąga z magazynu i nobilituje, zawieszając w głównej sali. Jednak te zmiany nie mogą być znaczące, bo sztuka polska XIX i I połowy XX w. nie stwarza możliwości dokonywania gruntownych rewizji. Nawet gdyby bardzo się tego chciało. Nasze zasoby sztuki tego okresu są dość skromne, m.in. z powodu zniszczeń wojennych. Nie ma czego wyciągać z zapomnienia. Można natomiast spróbować napisać alternatywną historię sztuki polskiej po 1945 r.
Można też próbować szukać dzieł mniej obecnych w Polsce, jak te zgromadzone we Lwowie.
Tak. Lwowska Narodowa Galeria Sztuki, chociaż po części już znana polskiej publiczności, daje taką szansę. Ma piękne zbiory malarstwa XIX w. oraz malarstwa młodopolskiego – czyli złotego wieku polskiej sztuki. Taka kolekcja daje nam szansę odświeżenia spojrzenia, może nawet okazję do odkryć czy olśnień. Cóż lepszego może nas spotkać w muzealnej sali? 

MARIA POPRZĘCKA (ur. 1942) jest historykiem sztuki, profesorem w Instytucie Historii Sztuki Uniwersytetu Warszawskiego, felietonistką internetowego „Dwutygodnika”. Opublikowała m.in. „Arcydzieła malarstwa polskiego” (1997, 2000), „55 skarbów Polski” (2012), „Uczta bogiń. Kobiety, sztuka i życie” (2012).

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk sztuki, dziennikarz, redaktor, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Laureat Nagrody Krytyki Artystycznej im. Jerzego Stajudy za 2013 rok.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]