Mam 42 lata, w trzeciej klasie podstawówki matka wysłała mnie do sanatorium do Rabki – o tym, co tam widziałam, mogłabym napisać książkę. W tamtych czasach nie było pojęcia autyzmu, depresji, zaburzeń lękowych, choroby afektywnej dwubiegunowej. Kiedyś dzieliło się dzieci na „dobre” i „złe”, a te „złe” w oczach pań opiekunek zwanych pielęgniarkami miały mieć stworzone piekło na ziemi.
Dzieci były różne: i z tzw. lepszych domów, i z domów dziecka – te miały najgorzej, bo do nich nikt nie przyjeżdżał, nikt nie dzwonił, nie miały się komu poskarżyć.
Pamiętam chłopca, miał może 7-8 lat, ciemną karnację, kręcone czarne włoski. Był nadpobudliwy, wszędzie było go pełno. To denerwowało panie pielęgniarki, najbardziej tę o oddziałowym pseudonimie Barbie. Była to kobieta po czterdziestce, szczupła, wysoka blondynka o niebieskich oczach. Miała wysoki ton głosu, gdy krzyczała, było ją z daleka już słychać.
To był poniedziałek, dobrze pamiętam. Po kolacji mieliśmy udać się do sal i szykować się do spania. Zapadała cisza, ja szłam, a wcześniej wspomniany chłopczyk biegał po korytarzu, gdy nagle ze służbówki pielęgniarek wyleciała Barbie i zaczęła krzyczeć.
Chwyciła chłopczyka za rękę i wciągała do pomieszczenia służbowego. Chłopiec zaczął przeraźliwie krzyczeć. Pobiegłam tam, zaczęłam ciągnąć za klamkę, było zamknięte. Dzieci wybiegły na korytarz, podbiegła do mnie dziewczynka starsza ode mnie – zaczęła mnie odciągać: „Chodź, bo też dostaniesz!”. Poszłam z nią, ale krzyki chłopczyka było słychać jeszcze przez godzinę.
Dzieci nakrywały poduszki na głowy, żeby nie słyszeć, w ich oczach było widać przeraźliwy strach.
Następnego dnia szukałam chłopczyka, ale nigdzie go nie było. Wieczorem, idąc się myć, zobaczyłam w korytarzu postać. Zgarbioną, ciągnącą nogę za sobą. To był on. To, co ujrzałam, nie mieściło się w wyobrażeniach o dziesięciolatku. Ręka wisiała mu bezwładnie, na twarzy miał skrzepy zastygłej krwi, oczy opuchnięte od płaczu. Zapytałam, gdzie był, w odpowiedzi usłyszałam: „Nie powiem, bo znowu mnie zbije”.
Nie wytrzymałam. Naprawdę nie wiem, skąd znalazłam w sobie tyle siły, ale pobiegłam do budy tych pseudo pielęgniarek i zaczęłam się drzeć, że moi rodzice są na stanowiskach, i że „jak temu chłopcu nie pomożecie, to jutro przez telefon wszystko powiem i wpadnie tu kontrola z prędkością światła”. Dwie wybiegły, wzięły chłopczyka i gdzieś zaprowadziły. Położyłam się do łóżka, ale minęło z dwie godziny, aż zasnęłam.
Następnego dnia na śniadaniu był już chłopczyk, ale nie jadł. Nie miał jak: ręka w gipsie od palców aż po sam łokieć. Podeszłam i zapytałam, czy go coś boli. Odpowiedział, że plecy i noga, ale mam nikomu nie mówić, bo obiecał milczenie.
To, co przeżyłam w tym pseudo sanatorium, odcisnęło ślad na moim życiu. Gdy to piszę, trzęsę się, ale gdy zobaczyłam artykuł, wszystko wróciło. I niestety już na zawsze pozostanie ze mną.
Dagmara
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




