Przeczytałam przed chwilą artykuł o Rabce, jestem cała roztrzęsiona. Rozpłakałam się, choć od tamtych czasów minęło 49 lat. Kilka lat temu próbowałam znaleźć w sieci coś na ten temat, ale bezskutecznie. Zastanawiałam się, jak to możliwe: czy tylko ja mam takie wspomnienia?
Miałam sześć lat, gdy trafiłam do tego straszliwego miejsca. Najgorsze wspomnienie? Byłam od kilku dni w izolatce, leżałam sama bez jakichkolwiek rozrywek czy atrakcji, bojąc się, że jak się bardziej rozchoruję, poddadzą mnie jakimś strasznym zabiegom. Przyszła niedziela, dzień odwiedzin (nie w każdą niedzielę można było dzieci odwiedzać). To był dzień zmiany czasu, mój ojciec zapomniał o tym i przyjechał godzinę później. Pielęgniarka pozwoliła mu tylko zajrzeć do mnie.
Zostawił misia, „Świerszczyka” i pojechał. Do dziś zastanawiam się, jak to jest możliwe.
Odwiedziny były limitowane. Raz udało się rodzicom przekupić personel czekoladkami i zabrać mnie na spacer. Standardem była tzw. wielka rozmównica – sala taka jak w więzieniu z telefonami po dwóch stronach szyby.
Wszędzie panował terror i wojskowy dryl. Straszono nas zabiegami medycznymi. Dzieciom chorym na zatoki robiono punkcję straszną igłą, inne dzieci to widziały. Wszędzie krzyk i krew. Ja panicznie się bałam, że kiedyś i mnie to spotka.
Zasypiać można było tylko odwróconym do ściany, a w nocy nie można było wstawać do toalety. Pamiętam, jak przemykałam oświetlonym korytarzem po cichutku, żeby nikt mnie nie dostrzegł.
Koszmarem były kąpiele. Raz w tygodniu w wielkiej sali, kilkadziesiąt dzieci, chłopcy i dziewczęta, młodsze w wannach. Salowa przychodziła i brudną szmatą mydliła dziecko od stóp do głów, po czym całe zanurzała pod wodą. Broniłam się, że jestem duża i potrafię się sama umyć, nie pomagało. Salowe też czesały moje włosy. Strasznie to bolało, a one przeklinały, że mam taką cholerną czuprynę, której nie da się rozczesać. Nie lubiłam moich gęstych kręconych włosów, ale po tym doświadczeniu zupełnie je już znienawidziłam.
Raz w tygodniu dostawaliśmy też czyste ubranie. Sanatoryjne: stare, połatane, brzydkie, za duże, za małe – nikt się tym nie przejmował. W tym, co akurat przypadło, trzeba było chodzić przez cały tydzień. Przez cały tydzień nikt się też nie mył.
Do dziś zastanawiam się, jak takie małe, sześcioletnie dziecko poradziło sobie w tak koszmarnych warunkach – bez jakiegokolwiek emocjonalnego wsparcia ze strony dorosłych, bez kontaktu z rodzicami. Nie pamiętam, żeby ktokolwiek z personelu był dla dzieci wsparciem, żeby przytulił czy pocieszył. Dorosłych baliśmy się ogromnie.
Rodzice bagatelizowali moje opowieści. Cieszyli się, że udało im się zdobyć dla mnie miejsce w sanatorium i podobno po powrocie mniej chorowałam na anginy. No i przecież wróciłam cała i zdrowa, „krzywda mi się nie stała”. Może z perspektywy powojennego pokolenia wychowanego na okrutnych opowieściach o obozach takie błahostki wrażenia nie robiły?
Nie wiem, na ile ten pobyt wpłynął na mnie i dalsze moje życie, ale emocje po niemal 50 latach nadal są ogromnie żywe i bardzo bolesne.
Anna
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




