Reklama

Życie w piegi. Rozmowa ze Stanisławą Celińską

Życie w piegi. Rozmowa ze Stanisławą Celińską

15.03.2015
Czyta się kilka minut
Boga pokochałam, gdy Go zagrałam. On jest samotny na tym szczycie, nikt mu niczego nie dał. Wszyscy mają do niego pretensje.
Stanisława Celińska jako jurorka festiwalu im. Łucji Prus „W żółtych płomieniach liści”, Białystok 2013 r. Fot. Anatol Chomicz / FORUM
S

STANISŁAWA CELIŃSKA: Podobał ci się recital?

BŁAŻEJ STRZELCZYK: Gdy śpiewała Pani kołysanki, przypomniałem sobie dzieciństwo.
Mój Boże kochany. Mama ci śpiewała?

Tak, że „z cukru był król, z piernika paź, królewna z marcepana”.
Cieszę się, że dobrze się poczułeś.

Recital trwał ponad godzinę. Jest Pani zmęczona?
Nie. Ale prawie po każdym występie jestem pusta w środku.

Co to znaczy?
Przed chwilą byłam na scenie. Wszystko tam zostawiłam. To jest przerażające, bo teraz nic we mnie nie ma. Tam, na tych deskach, między ludźmi, krąży gdzieś moja dusza.

I co Pani teraz czuje?
Niepokój. To znaczy już doszłam do siebie. Ale ta pustka jest zawieszeniem między tym, co przyjemne, a tym, co przerażające. Po spektaklach nagle ucieka ze mnie cała energia.

Jak zapełnić tę pustkę?
Dobrze mieć kogoś, kogo się kocha, i być dla niego. To jest chyba nawet ważniejsze od bycia kochanym. Trzeba mieć wokół siebie ludzi. Najgorzej, gdy człowiek nie ma nic poza sceną. Znam aktorów, którzy żyją tylko na deskach. Wracają do domu i tam nikogo nie ma... (chwila milczenia) I jak się w takiej sytuacji nie napić?

Pani piła, bo oswajała pustkę?
Picie zawsze jest uciekaniem. Ale to jest pułapka. Dziś wiem, że jak wejdę po spektaklu do baru i zamówię pięćdziesiątkę, to nic nie pomoże. Na tym polega męstwo.

Na czym?
No, żeby po tę pięćdziesiątkę nie sięgać. Męstwo to jest siła.

Pani przestała pić w 1988 r.
Gdy widzę w pamięci tamtą pijącą Stachę, to najchętniej bym ją po mordzie sprała.

Brzydzi się jej Pani?
Ja byłam menelką. Potwornie się brzydzę. Trochę to picie trwało. Wiesz, jak było? Chlałam. Zaniedbałam dzieci. Spóźniałam się na plany filmowe. Bywało, że non stop. W ciągu. I pewnego razu mówię sobie: przestaję pić. Udaje się jeden, dwa dni. I nagle wchodzę do knajpy i mówię: „Nalej mi pięćdziesiątkę”. Taka byłam „silna” i „mądra”. To znaczy co? Nie panuję nad tym! Błędne koło. No i kto ma mi pomóc? Staję przed lustrem, patrzę na tę napuchniętą gębę i mówię: „Nie mam siły. Nie daję rady”. Klękam i modlę się: „Odejmij mi, Boże! Odejmij to ode mnie”.
Dziś, jak o tym myślę, to mówię do siebie: „Jak ja mogłam to zrobić własnym dzieciom!?”. Jestem ciągle winna i mam wyrzuty sumienia. Ale słyszę swoje dzieci (dawno mi przebaczyły): „Mamo, daj spokój, to było tak dawno, nie ma o czym mówić”. A ja bym sobie łeb ukręciła. Gdzie ja byłam, jak mogłam sobie pozwolić, żeby tak się zapętlić?

Płacze Pani?
Zachowuję łzy na scenę. One czasami płyną, ale widza najbardziej porusza, gdy postać grana przez aktora walczy ze wzruszeniem. To widz ma płakać, a aktor musi nad sobą panować. Czyli łapać dystans do postaci. Bohdan Cybulski, reżyser i dyrektor teatru, mawiał: „Stasiu, na scenie może być wszystko, śmiech, łzy, sperma, ale nie zgub tematu”.

A w życiu Pani płacze?
Przyznam, że rzadko. Ale kiedy czuję, że łzy mi napływają do oczu, to pozwalam im wypłynąć. Dobrze jest się wypłakać. Trzeba płakać, bo to oczyszcza. Ja w tej chwili jestem naprawdę szczęśliwą osobą (puka w blat stołu). Nie żartuję!

Co Pani daje szczęście?
Szczęście można sobie samemu zafundować. W starym mieszkanku na piecu kaflowym umieszczałam różne złote myśli. Jedna z nich brzmiała: „Nie szczędź czasu, aby być szczęśliwym”. A druga: „Jaki prezent sobie dzisiaj sprawię”. Nie chodzi tu oczywiście tylko o kupowanie czegoś, ale o moment dla siebie w ciągu dnia. To może być słuchanie muzyki, spacer, coś, co naprawdę sprawia mi przyjemność. Musi być na to czas. Dobrze jest też być przyjacielem dla samego siebie. Kiedy nasz przyjaciel popełnia jakiś błąd, pocieszamy go i staramy się wytłumaczyć. Ale kiedy zrobimy coś źle, wyzywamy siebie od łajdaków i mamy ochotę roztrzaskać ten swój durny łeb o ścianę. A tu trzeba jednak z miłością.
Dobrze jest powiedzieć sobie: „Stasiu, a może miałaś powód, żeby tak się zachować, następnym razem zrobisz inaczej. Ale wierzę w Ciebie”. Ile masz lat, Błażeju?

Dwadzieścia sześć.
No widzisz, liczba dni, które są przed Tobą, jest prawie nieograniczona. Może dlatego młody człowiek nie smakuje tak życia, jak człowiek w moim wieku. Ja wiem, że do końca mam bliżej niż dalej. Więc cieszę się każdą chwilą.

Jak było z Pani szczęściem w dzieciństwie?
Mówią, że pierwsze trzy lata życia człowieka decydują o jego dalszych losach. Jeśli ktoś jest nauczony miłości i otoczony czułością, to później potrafi kochać. Ze mną tak nie było. Urodziłam się tuż po wojnie i co tu dużo gadać, czułam się niepotrzebna. Dlatego byłam dzika. I dzika pozostałam. Ojciec zmarł, gdy miałam trzy lata. Pamiętam go doskonale, ale nie jestem pewna, czy mnie kochał. Później wmówiłam sobie, że tata zmarł przeze mnie, bo przecież miałam urodzić się chłopcem. Odszedł, bo mu się nie podobałam. I że jego śmierć to moja wina. Mama natomiast była bardzo silną kobietą. Grała na skrzypcach, zarabiała na nasz dom. Pojawiła się też babcia, macocha mojej mamy. To ona uczyła mnie tego męstwa i siły.

A młodość?
Wtedy nie potrafiłam cieszyć się życiem. Bo tak, jak ci powiedziałam, liczba dni przede mną była prawie nieograniczona. Miałam 22 lata, kiedy pojechałam na festiwal w Cannes z „Krajobrazem po bitwie” Andrzeja Wajdy. Ale nie potrafiłam się cieszyć czerwonym dywanem, palmami, wybitnym towarzystwem, tylko szukałam powodów, żeby narzekać. Daniel Olbrychski mówił: „Ty się ciesz, bo nie wiadomo, kiedy tu jeszcze przyjedziesz”. No i miał rację, do tej pory tam nie pojechałam.

Czuła się Pani atrakcyjną kobietą?
Miałam kompleksy, zwłaszcza na punkcie piegów. W ramach terapii, mając 15 lat, napisałam nawet piosenkę „Piegowata dziewczyna”. Śpiewałam ją w kółku teatralnym, wspaniale prowadzonym przez nieżyjącego już Jerzego Kamieńskiego. Do tego kółka w Pałacu Młodzieży zaciągnęłam również moją ówczesną platoniczną miłość, Andrzeja Seweryna. Piegi nie tylko pozostały, ale pod wpływem słońca rozprzestrzeniły się również na innych częściach ciała. Kiedy podczas projekcji filmu zobaczyłam je w ogromnej ilości na plecach, załamałam się. Wiedziałam jedno: muszę je polubić! Teraz piegi są modne i nawet niektóre dziewczęta domalowują je sobie na nosie i policzkach.

A dziś czuje się Pani atrakcyjna?
Mam doświadczenie bycia bardzo atrakcyjną dziewczyną, później bycia odpychającą menelką, a teraz starszą kobietą. Nie mogę powiedzieć, że w ogóle nie podobam się mężczyznom, ale też nie mogę powiedzieć, że jestem jakąś laską. Kiedyś dostawałam listy pisane czerwonym atramentem, dziś już tego nie ma.

Tęskni Pani za tym?
Za czerwonym atramentem i seksapilem? Nie. Wiem, co jest w życiu najważniejsze. Nie chodzi o zgrabne ciało i chodzenie do łóżka z kim się da. Tak naprawdę najważniejsza jest dusza i znalezienie rozmówcy. Seks jest po to, żeby łączyły się dusze. Dziś jestem wolną kobietą.

Na czym ta wolność polega?
Właśnie na tym, że nie muszę być atrakcyjna, nie muszę się podobać i nie chcę się odmładzać. Wiem, że mój wiek ma swoje prawa. Jasne, że czasem się dziwię, gdy patrzę w lustro i mówię sobie: co to za starsza pani tam stoi?

Przeszkadza Pani starość?
Absolutnie nie. Bardziej mi przeszkadza ta poprzednia przepita gęba.

Dziś już Pani jej nie widzi w lustrze?
Przepraszam, poszła w piz... Skasowana jest. To jest niesamowite. Nie ma tej osoby.

A ta dziewczyna z „Krajobrazu po bitwie” jest jeszcze w Pani?
Ta dzika?

Amantka, pełna seksapilu.
Może inni tego nie widzą, ale ja w środku czuję się młoda. Jak trzeba, to się pomaluję, wkładam kostium, pióra sobie wbijam w głowę i udaję, że jestem gwiazdą. Ale na szczęście odchodzącą.

Rozbiera się Pani w spektaklach Krzysztofa Warlikowskiego.
O matko... Tak. Za pierwszym razem spojrzałam na siebie w lustrze i zobaczyłam te tłuste ramiona. Koledzy pocieszali mnie, mówiąc: „Stasiu, masz piękne ciało”. Kiedyś przyszła do mnie kobieta, po spektaklu „Oczyszczeni”, w którym grałam kobietę z peepshow. Podziękowała mi.
Kobieta w każdym wieku ma prawo do miłości.

Co to znaczy?
Kiedy kobieta się starzeje, bardziej potrafi kochać. Docenia mężczyznę, jego smak, zapach, dotyk. I to jest paradoks losu. Jest coraz starsza, coraz mniej atrakcyjna, ale coraz więcej wie o miłości. Dzisiaj nie mam potrzeby posiadania faceta. Owszem, mogę się zakochać, ale bez konsumpcyjnego podejścia do tych spraw.

Erotycznego podejścia?
Szekspir mówi do nas ustami Horacego, przyjaciela Hamleta, że wielkim bohaterstwem i mądrością jest panowanie nad swoimi namiętnościami. Ja też próbuję nad nimi panować. Wreszcie.

A wcześniej nie?
Wcześniej byłam bardziej wybuchowa. Alkohol też powodował, że byłam łatwiejsza i nie panowałam nad namiętnościami. Martwię się o młode dziewczyny, które narzucają się mężczyznom i dziwią się, że nie są potem szanowane. Moja babcia mówiła: „Stasiuńka nie pokazuj nigdy całej dupy, tylko zawsze kawałek”. Dziś mi się to lepiej udaje. Owszem, erotyzm jest we mnie dalej. Ale nie na takiej zasadzie, że myślę sobie: teraz muszę mieć chłopa, a jak go nie będzie, to zwariuję. Poza tym to musiałby być ktoś wyjątkowy.

Czyli jaki?
Kto odczuwałby świat na tym samym poziomie rozumu i emocji. Ale jest pytanie, czy ja miałabym go pożreć, pochłonąć? Lepiej zostawić tajemnicę. Wystarczyłoby, że on jest. Ja bym sobie mówiła: „Ach, jaki on jest piękny. I niech będzie nie tylko dla mnie”. To jest tak, jak człowiek nie chce zjeść pięknego drzewa, nie chce zjeść chmury czy zachodu słońca. Nie chce połknąć tego wszystkiego. Włożyć w siebie. Smakuje właśnie dlatego, że nie zostało pożarte. Więc została też jakaś tajemnica. To jest właśnie miłość bezinteresowna.

Ale przecież ten dotyk i smakowanie ciała jest wyrazem miłości.
To musi być obustronne: ja muszę tego chcieć i druga strona też. Trzeba się sobie podobać. Nie mówię mężczyźnie, że nie mogę bez niego żyć. To byłoby założeniem mu pętli na szyję.
A jeśli pytasz o seks, to do łóżka idzie się po to, żeby połączyć dusze. Dopiero wtedy jest ten ogień. Przecież czasem musicie się rozstać. Jesteście daleko od siebie, ale ona myśli o tobie, ty myślisz o niej, i w tej chwili jesteście razem, czujecie to, jest porozumienie metafizyczne, czyli jest miłość. A sam seks, jeśli nie ma połączenia duszy, to choćbyście nie wiem jak przenikali się fizycznie, i tak nie będziecie razem. Bo wasze dusze są osobno.

Co to jest miłość?
(milczy) Oj...

Kwiaty? Czułe słowa?
To jest moment, w którym ja już nie chcę nic dla siebie. Chcę bardziej dla niego niż dla siebie. A on z kolei myśli w ten sam sposób o mnie. Dla jego szczęścia mogę zrobić wszystko.

Nawet odejść?
Też. To też jest wyraz męstwa: jeśli widzisz, że krzywdzisz drugą osobę, musisz odejść. Odejść niezaspokojonym.

Pani kochała?
Myślę, że tak.

Delikatnego mężczyznę czy silnego?
Delikatnego.

A Pani była silna.
W tym związku? No tak, byłam silna. Ale też nie do końca, bo „delikatny mężczyzna” wcale nie znaczy „słaby”. Słaby jest ten, który nie szanuje.
Dla mnie mężczyzna nie musi być atrakcyjny, ale mądry.

Dziś jest Pani samotna.
To, że jestem sama, wcale nie oznacza samotności. Mam przyjaciół, wnuki, psy. Ludzi, z którymi rozmawiam i dla których gram. Nie jestem bardziej samotna niż Pan Bóg.

Bóg jest samotny?
Najbardziej pokochałam Boga, gdy go zagrałam. Udzieliłam Mu swojego głosu w monodramie „Księga Hioba”. Bardzo się z tym męczyłam. Jest tam wypowiedź Boga, którą mam ciągle w pamięci. Bóg mówi: „Kto mnie obdarował, abym mu oddawał. Cokolwiek jest na ziemi, wszystko moje”. Wiesz, Bóg jest samotny na tym szczycie, nikt Mu niczego nie dał. Wszyscy mają do Niego pretensje. Każdy czegoś od Niego chce. I to nie tylko jest tak, że ja się modlę do Boga. Myślę, że On też się modli do człowieka.

W tym spektaklu grała Pani też Hioba.
Facet niezłomny i silny mimo bólu, który w sobie nosi.

Skąd Hiob bierze siłę?
Od Boga.

Co to za Bóg, który odbiera Hiobowi dzieci?
Trzeba doceniać rolę szatana w życiu. Ja nie wiem, dlaczego Bóg odebrał Hiobowi dzieci. Myślę, że w tej historii chodzi o postawę Hioba, który nie traci zaufania. Który nie przeklina Boga. I mówi: „Pan dał, Pan wziął. Niech będzie imię Pańskie błogosławione”.

Pani też wiele straciła w życiu.
Ale ja nie byłam tak czysta jak Hiob. Głupia byłam i grzeszyłam. To moja wina. Jednak w pewnym momencie poprosiłam Boga i Chrystusa o to, żeby mi moja słabość została odjęta. Wiedziałam, że to Zło, które panoszy się w mojej duszy, może pokonać tylko On. I tak się stało.

Co to jest męstwo?
Siła. Siła i pokora. Jednak ziarno męstwa musi w nas zasadzić Bóg, a my przez życie to ziarno musimy pielęgnować. ©℗

STANISŁAWA CELIŃSKA (ur. 1947) jest aktorką teatralną i filmową. W 1970 r. debiutowała w „Krajobrazie po bitwie” Andrzeja Wajdy. Grała m.in. w „Nocach i dniach” Jerzego Antczaka (1975), „Zaklętych rewirach” Janusza Majewskiego (1975), „Pannach z Wilka” Andrzeja Wajdy (1979), „Spisie cudzołożnic” Jerzego Stuhra (1994). W drugiej połowie lat 90. stworzyła jedne ze swoich największych ról scenicznych u Krzysztofa Warlikowskiego, w którego spektaklach gra do dziś. W 1988 r. wyszła z choroby alkoholowej. Ma dwoje dorosłych dzieci. Mieszka w Warszawie.

SIEDEM DARÓW DUCHA ŚWIĘTEGO – dar rady, mądrości, rozumu, męstwa, umiejętności, bojaźni Bożej i pobożności – pozwala nie zgubić się w meandrach życia i dojść do celu. Przez siedem kolejnych numerów „Tygodnika” w okresie Wielkiego Postu postanowiliśmy pytać o drogi ludzkie i tropić na nich ślady poszczególnych darów. Rozmawialiśmy już z sędzią Barbarą Piwnik, kardiochirurgiem Antonim Dziatkowiakiem, pedagog Krystyną Starczewską i siostrą Barbarą Chyrowicz.
Za tydzień rozmowa o darze umiejętności z polskim raperem L.U.C-em – Łukaszem Rostkowskim.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

twarzy Innego trafiony. Dobra robota. Pani Stanisława - cudowne objawienie, bezpośrednia,krytyczna wobec siebie a jednocześnie pogodzona z sobą. Św. Paweł miał powiedzieć : "łatwo przychodzi mi chcieć dobrze, ale wykonać już nie najłatwiej". W tym dramatycznym stwierdzeniu kryje się jednak optymistyczny akcent. Dobra wola a nade wszystko ludzka wolność to nie żart - to fakt. Pragnienie dobra to spadek po Tym, który ukształtował nas nim ciało poruszyło się w łonie matki. Dusza na wygnaniu? Interesujące są historie w których bohaterowie opowiadają o swoim 'wędrowaniu' duszy, czy jak kto woli sercu. Człowiek bez serca, człowiek bez-duszy, albo dusza człowiek. Tak można powiedzieć o Pani Stanisławie. Taka Ją pamiętam z ekranu, a teraz wiem że swoje człowieczeństwo odkupiła ('odpokutowała') zmaganiami ze swoimi słabościami, męką, własną, na której skrzyżowały się losy Tego Innego i siebie samego

Pani Stanisława - cudowna. Dziękuję.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]