Dogadali się. Wreszcie. Albo i się nie dogadali: w końcu także wcześniej tyle razy ogłaszano zakończenie negocjacji w tej sprawie, że sceptycyzm jest usprawiedliwiony. Ministra ds. równości z lewicy przekładała np. nie raz termin ogłoszenia projektu. A Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, też z lewicy, ogłosiła nawet kilka tygodni temu szczęśliwy koniec rozmów z PSL-em, by kilka godzin później usłyszeć od samych ludowców, że żadnego końca nie ma.
Teraz, wszystko na to wskazuje, faktycznie się dogadali. Projekt ustawy o związkach partnerskich będzie miał status rządowego. Głównym problemem jest jednak sama jego treść: to, co w nim będzie, a co kładący się od miesięcy Rejtanem ludowcy zablokowali.
Będzie możliwość zawarcia związku w urzędzie stanu cywilnego. Partnerzy – głównie w parach jednopłciowych, bo to dla nich to prawo, ale przecież nie tylko – będą mieli możliwość wspólnego rozliczenia podatkowego, dziedziczenia po zmarłym partnerze majątku i otrzymania renty rodzinnej. W grę wchodzi również m.in. możliwość dokonania przez partnerkę albo partnera pochówku, a także otrzymania dostępu do informacji medycznej.
Mało? Być może, ale dla samych zainteresowanych to rzeczy ważne. „Nie jesteśmy już młode, więc dla nas najważniejsze jest bezpieczeństwo. I takie sprawy jak dziedziczenie, możliwość wzięcia wolnego w przypadku choroby partnerki czy dostęp do informacji o stanie zdrowia” – mówiła półtora miesiąca temu w reportażu opublikowanym w „TP” Marta, będąca w związku z Izą.
„Nie chodzi o to, żeby to były zapisy jakoś bardzo postępowe w sensie rewolucji obyczajowej, ale żeby były wystarczająco ambitne, by ludzie poczuli zmianę w dobrym kierunku” – komentował niedawno Donald Tusk. I nie sposób się z premierem nie zgodzić: nie są to rozwiązania „jakoś bardzo postępowe”.
Społeczność LGBT+ od lat podkreśla, że jej postulatem jest małżeńska równość. Związki partnerskie środowisko to traktuje więc z definicji jako konieczny – niektórzy powiedzą: zgniły – kompromis. A i w ramach tej kompromisowej formuły KO i lewica musiały zgodzić się na ustępstwa względem PSL-u.
Najważniejsze to brak w projekcie tzw. przysposobień wewnętrznych dzieci. Tu ważna uwaga: nie chodzi o możliwość adoptowania przez pary jednopłciowe dzieci, ale o zabezpieczenie praw tych nieletnich, którzy wychowywani są przez takie pary (jest ich wedle szacunków ok. 50 tysięcy), jednak tylko jedna z partnerek (partnerów), będąca matką biologiczną (albo ojcem), posiada prawa i obowiązki wychowawcze.
Na zmianę w tej mierze nie zgodził się PSL, choć Polacy – także Polacy konserwatywni, także konserwatywni wyborcy PSL – są w większości za. Tak wynika z omówionego przez nas półtora miesiąca temu bardziej szczegółowo sondażu Ipsos dla OKO.press i TOK FM.
Dlaczego ta zmiana byłaby tak ważna? Wspomniana Marta opowiadała „Tygodnikowi” o kobiecie z dzieckiem, którego ojciec biologiczny zniknął na początku życia syna. Kobieta związała się z partnerką, która przez kolejne kilkanaście lat stała się faktyczną matką dziecka. „Później biologiczna matka zmarła na raka – opowiadała nam Marta. – Szczęście w nieszczęściu, że dziadkowie, stanowiący dla dziecka najbliższą rodzinę, zaakceptowali partnerkę zmarłej córki jako matkę. Ale gdyby tego nie zrobili, byłaby wojna o opiekę. Zakończona najpewniej zwycięstwem krewnych”. Podobnych sytuacji – zakończonych szczęśliwie, ale też mniej szczęśliwie – może być w Polsce więcej, bo na przeforsowanie przysposobień wewnętrznych nie ma dziś większościowej parlamentarnej zgody.
Jest zgoda na podstawowy pakiet praw. Albo i nie: pomimo rządowego statusu projektu, mogą się przecież znaleźć w PSL posłowie (np. Marek Sawicki), którzy zapomną przybyć na głosowanie. Oraz prezydent Andrzej Duda, który nie zapomni nowego prawa zawetować.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















