Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Melancholia narodu

Melancholia narodu

17.10.2017
Czyta się kilka minut
Czy Węgrzy są melancholikami? Czy istnieje węgierska melancholia? Czy o danej grupie etnicznej, o większej wspólnocie można powiedzieć, że jest melancholiczna?
JEKATERINA NIKITINA / GETTY IMAGES
Z

Zanim udzielę odpowiedzi, pozwolą państwo, że postawię pytanie: czym w ogóle jest melancholia?

W każdej epoce melancholia oznaczała coś innego. Każdy czas miał własną – z charakterystycznym obliczem, którego nie da się pomylić z melancholią poprzedniego lub następnego okresu. Dlatego mówimy o melancholii średniowiecznej, barokowej, nowożytnej lub antycznej. Jednakże za odmiennymi znaczeniami kryje się wspólny mianownik, wspólna cecha: a mianowicie to, że chwilowego porządku świata melancholicy (kiedy by nie żyli, czy to w starożytności, czy dziś) nie potrafią traktować jako definitywnego.

Wertykalna nostalgia

W melancholii od zawsze było coś niepokojącego – zarówno dziś, jak i u Greków, w średniowieczu czy w okresie tak bez reszty oddanym śmierci jak romantyzm. Melancholia rzuca światło na te aspekty kultury, których w geście koniecznej samoobrony większość z nas nie chce oglądać. Jednako ostrzega tak przed niepewnością uczuć, jak przed daremnością poszukiwania tzw. „wiedzy ostatecznej”.

Dziś, u progu trzeciego tysiąclecia, jest to wyjątkowo ważna perspektywa. Obecna cywilizacja nie tylko nie uznaje białych plam w atlasach geograficznych, ale też nie akceptuje obecności nierozwiązywalnych problemów w innych dziedzinach życia. Niewzruszenie wierzymy, że prędzej czy później znajdziemy wytłumaczenie wszystkiego, że rozwiążemy wszystkie problemy, z przedłużeniem życia czy wiecznym istnieniem świadomości na czele. Wierzymy dziś, że wszystko zależy od odpowiedniego przygotowania i zdolności. Melancholik jednak nie podziela tego powszechnego optymizmu. Jego „czarna” żółć, niezależnie od stopnia nasycenia, jest strażniczką „białych” plam. Ogarnięty melancholią człowiek jest bowiem wrażliwy na to, co nierozwiązywalne i niewytłumaczalne, co podkopuje racjonalne ujęcia świata. Dla melancholika to, co nieznane, nie jest obszarem, który należy zbadać, lecz stanowi najgłębszy rdzeń ludzkiego istnienia i myślenia.

Melancholia dziś to bunt wobec powszechnych oczekiwań społeczno-cywilizacyjnych. Dlatego oznacza dla mnie nie tyle smutek czy zły nastrój, nie ograniczam się bowiem do jej bezsprzecznych objawów, lecz wewnętrzną siłę, dzięki której człowiek zwraca uwagę na coś innego niż pozostali, gdzie indziej odkrywa to, co poprzednie cywilizacje nazywały „sednem”. Melancholia – posłużę się określeniem polskiego poety, Adama Zagajewskiego – to „wertykalna nostalgia”, anachroniczna w świecie, który podsyca wyłącznie horyzontalne pragnienia i próbuje zanurzyć całą cywilizację w kulturze materialnej, w nieskończonej masie możliwych do pozyskania rzeczy.

Wielka „wina” współczesnego melancholika polega na tym, że to, co cywilizacja bierze za dobrą monetę, jemu jawi się jako nienaturalne i niezrozumiałe. Wie, że ceną obalenia jednych mitów jest tworzenie nowych.

Zbiorowa niepamięć

Zadam pytanie ponownie: czy kraj, cały naród, grupa etniczna mogą być melancholiczne? Zdaniem rumuńsko-francuskiego filozofa Emila Ciorana – tak. On melancholicznymi ludami Europy nazywał Rosjan, Portugalczyków i Węgrów. Jako Węgier nie podzielam jego zdania.

Z dwóch powodów. Po pierwsze, melancholia jest przede wszystkim indywidualną postawą wobec istnienia. Człowiek staje się melancholikiem właśnie dlatego, że samotnie mierzy się ze swoją sytuacją w świecie i nie ma nikogo, kto zdjąłby z jego ramion ciężar bycia. Nie może tego zrobić ani inna osoba, ani wspólnota. Melancholia zaprzecza możliwości życia we wspólnocie, a grupa etniczna, naród, wszelka forma państwowości zawsze pojawiają się jako wspólnota. Oczywiście nie istnieje taki człowiek, który nie byłby członkiem jakiejś wspólnoty, melancholik czy niemelancholik. Ale kto jest melancholikiem, ten jest nim nie jako członek wspólnoty, lecz jako człowiek pojedynczy.

Melancholia to właściwość o charakterze egzystencjalnym. Istnieją jednak pewne historycznie warunkowane cechy, które z łatwością można przyporządkować wspólnocie. Mogą one nawet zbliżać się do melancholii i okazjonalnie wytwarzać podobne efekty. Ale i tak nie nazwałbym ich melancholią.

W przypadku Węgrów można wymienić sporo takich właściwości. Jedną z nich jest na przykład użalanie się nad sobą. To organiczna pochodna węgierskich przemian dziejowych. Węgry na przestrzeni wieków tyle razy były okupowane – raz ze Wschodu, raz z Zachodu – że w końcu nie pozostało im nic innego jak kurczowe trzymanie się własnej tożsamości narodowej. Odizolowaliśmy się od Europy, ale jednocześnie narzekaliśmy, że Europa nas ignoruje. Nie powinno nikogo dziwić, że Węgrzy względem zagranicy często zachowują się jak podstępem pozbawiony spadku pasierb. Postrzega on samego siebie jako lepszego od prawowitych dzieci i poczucie niższości z zamiłowaniem maskuje manią wywyższania się. „A grób, gdzie naród nasz leży / Otoczy ludów krąg / I łzy się z oczu poleją / Na miliony rąk”, napisał w pierwszej połowie XIX wieku Mihály Vörösmarty. Ów wiersz recytujemy do dziś przy każdej nadarzającej się okazji; nie ma Węgra, który nie umiałby go na pamięć. Pielęgnujemy w sobie przekonanie, że oczy całego świata są zwrócone na nas; cała ludzkość będzie z naszego powodu płakać. Użalanie się nad sobą to nic innego jak negatywna forma samozaspokojenia.

Druga cecha to zbiorowa – narodowa – niepamięć. Nie ma drugiego takiego kraju w Europie, gdzie tyle zajmowano by się dawnymi krzywdami. Ale nie ma też takiego kraju, gdzie każdy tak bardzo uciekałby przed zmierzeniem się z przeszłością – jakby to, z czym konfrontujemy się każdego dnia, nas przytłaczało. Na Węgrzech przeszłość przygniata ludzi jak prawdziwy ciężar. Ale nie dlatego, że jest taka straszna i trudna (choć rzeczywiście taka jest), lecz dlatego, że jest tak nieprzejrzyście poplątana i chaotyczna. Węgry z powodu zapóźnienia (a nawet całkowitego braku) rozwoju społecznego od stuleci były zepchnięte na peryferia Europy i do dziś tam tkwią. Jednym z najbardziej widocznych znaków tego zapóźnienia jest każdorazowe odraczanie konfliktów i tym samym brak gotowości do dialogu, do przedyskutowania i uzgodnienia stanowisk. Historia Węgier potoczyła się w taki sposób, że nigdy nie miały one sposobności nauczyć się demokracji, a zwłaszcza nie miały możliwości jej praktykowania. Kraj zawsze żył w feudalnym paternalizmie – tak było w XIX wieku, gdy byliśmy częścią monarchii austro-węgierskiej, tak było w XX wieku, podczas obu wojen światowych, za czasów regencji Horthyego lub podczas okupacji sowieckiej, najpierw za rządów Rákosiego, potem Kádára.

Dziś jest tak samo. Węgry to kraj, który zawsze zmuszony był znosić samowolę zwierzchniej potęgi – i z tego nigdy nie zrezygnuje. Właśnie dlatego na Węgrzech już dawno zapomniano, jak się świętuje. Dobrze pokazuje to swoista węgierska choreografia narodowych rocznic: jeden pamięta tak, drugi inaczej, jeden pamięta to, drugi co innego, jeden uważa za ofiarę tego, drugi innego. Te różne formy upamiętniania albo rzadko, albo wręcz nigdy się ze sobą nie spotykają, co daje przedziwny efekt: ci, którzy chcą upamiętniać, zajmują się przede wszystkim negowaniem wspomnień drugiej strony, zamiast zastanowić się nad tym, co powinni wspominać. W węgierskiej historii dnia pamięci są dla wielu dniami gniewu i nienawiści, nie tylko dziś, ale już od półtora wieku. Dzisiejsze wybuchy gniewu i konfrontacyjna postawa uniemożliwiają wspominanie przeszłości. Efektem jest zbiorowa niepamięć.

Rozpocząłem od melancholii, a zakończyłem na procesie zapominania i deficycie pamięci. Nie chcę wyciągać żadnych wniosków. Jestem jednak przekonany, że nie zaszkodziłoby nam, Węgrom, nieco więcej prawdziwej melancholii: pomogłaby nam ona precyzyjniej rozpoznać samych siebie oraz nasze miejsce w Europie i świecie. ©

Tłum. Anna Butrym

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]