MODLITWA PORANNA
Panie, w ciszy budzącego się dnia przychodzę Cię błagać o pokój, o mądrość, o siłę.
Chcę patrzeć dziś na świat oczami przepełnionymi miłością; być cierpliwą, wyrozumiałą, cichą i mądrą; patrzeć ponad to, co jest tylko pozorem; widzieć Twoje dzieci tak, jak Ty sam je widzisz, i dostrzegać w nich to, co dobre.
Daj mi taką życzliwość i radość, by wszyscy, którzy się ze mną stykają, odczuli Twoją obecność. Bym była dla nich chlebem, jak Ty jesteś dla mnie dnia każdego.
Stoły ustawione w wielkim kręgu wokół kościoła. Na drewnianych blatach powiewają śnieżnobiałe obrusy. Oślepiają oczy, odbijając promienie majowego słońca. Wszyscy patrzą na pierwszokomunijne dzieci – zajadające bułki z masłem, popijające łapczywie kakaem. To najpiękniejsze wspomnienie Janki. Dzień, w którym przyjęła do swojego serca Pana Jezusa.
Sakrament
Bliskość z kościołem wyniosła z domu. Mama nauczyła ją pierwszej modlitwy – „Aniele Boży”. Kiedy to było? Przeszło 70 lat temu. Do kościoła szli ponad pięć kilometrów, ale to nie przeszkadzało. Przy gorszej pogodzie zostawali w domu i śpiewali z książeczki „Gorzkie żale”.
KOMENTARZ: Ks. Jacek Prusak SJ – wiara neurotyczna
Dziewięcioletnia Janka mogła chodzić do kościoła z koleżankami, a jak nie chciały, chodziła sama, w tajemnicy przed mamą. Na palcach odmawiała różaniec, żeby drogi szybciej ubywało. Spowiadał ją ksiądz, w którym czuła wielkie uduchowienie. Chciała za nim pójść, aż do zakonu.
Miała osiemnaście lat i ostatni rok w szkole, gdy kuzynka poleciła ją w pracy na zastępstwo. Po dwóch tygodniach została na stałe. Za pierwsze zarobione pieniądze kupiła sobie obraz Matki Bożej Nieustającej Pomocy i prezent dla mamusi. Była z niej dumna, ale Janeczka musiała przysiąc, że skończy kiedyś szkołę.
Staszka poznała, gdy mama zachorowała na serce. Miał duży motor BMW i czasem ją podwoził. Wpadał z wizytą i siadali we troje z mamą przy kawie. Któregoś razu mama powiedziała do Staszka: „Jeżeli chcesz ją za żonę, to moją wolą by było, żebyście nie odkładali ślubu”. Janka miała dziewiętnaście lat, ale jeszcze jej się nie śpieszyło. Staszkowi było w to graj: skoro taka wola mamy, to po co sprawę przeciągać. Ze względu na chorobę mamy ślub odbył się w Mrozach, u rodziny Staszka. Mama Janki nie przyjechała – była za słaba i swoim widokiem nie chciała psuć atmosfery. Zmarła pięć dni po cywilnym. Lewa zastawka nie wytrzymała.
Janka nie chciała zamieszkać ze Staszkiem bez ślubu kościelnego, a po śmierci mamy trzeba było nosić żałobę. Poczekali pół roku – w połowie lutego przyjęli sakrament. Bez białej sukienki, bez welonu i orkiestry, chociaż narzeczony był nauczycielem muzyki. Jego uczeń zagrał tylko marsz na akordeonie. Miał być obiad w dużym pokoju u teściowej i po zabawie, ale chrzestna Staszka była sklepową, vis-à-vis domu. Otworzyli, przynieśli wódkę i siedzieli do samego rana. Bez Janki.
Cud
Niecałe dwa lata po ślubie zaszła w ciążę. Od czwartego miesiąca czuła ruchy dziecka. Widziała, jak na brzuchu robią się górki. Kupiła dużą lalkę, którą ubierała w kaftaniki. Zrobiła zapas ubranek, bo nikt inny by nie zrobił. I jeszcze zawijaną poduszkę, bo była w modzie. W tę poduszkę włożyła lalkę.
Dorotkę urodziła drugiego marca. Dziewczynka zmarła na trzecią dobę. Janka przestała zaglądać do szafy, w której ukryła lalkę. Nie miała żalu do Boga, tylko do ludzi, którzy Dorotce podali złą szczepionkę.
Pawełka urodziła 30 grudnia następnego roku. Staszek był tak szczęśliwy, że opijał do nieprzytomności. Jesionka rozpięta, akordeon gdzieś na boku, a jego pod ręce przez wieś prowadzą. Janka nie była zadowolona. Nie podobało jej się też, że buntował się i nie chciał już do kościoła co niedziela chodzić. Okazało się, że jest mniej religijny, niż sądziła. Nie myślała, żeby go zostawić, bo dziecko było na świecie, a związek sakramentalny.
Staszkowi przeszkadzało, że Janka się tak dużo modli. „Ty zakonnico!” – mówił do niej, gdy był zły. Nie było awantur, ale czasem się przemówili, jak to w rodzinie. On był gderą, ona najczęściej zamykała się w pokoju i milczała. W styczniu 1969 r. urodziła się Tereska. Mówili na nią Pyzunia.
Dwudziestosześcioletnia Janka wróciła do szkoły. Kiedy była na czwartym roku, przez trzy miesiące nie dostawała okresu. „Matko Boża, Ty jesteś moją matką niebiańską i ziemską, poza Tobą nie mam nikogo. Wiesz, że jeżeli znowu będę w ciąży, to nie będę mogła skończyć szkoły. A swojej mamie ziemskiej to obiecałam. Jeżeli zrobisz cud, ja tę szkołę z Twoją pomocą skończę” – powiedziała przed Matką Boską Częstochowską.
Po sześciu tygodniach pojawiła się miesiączka. Janka zdała egzaminy, dostała dyplom i znowu okres się zatrzymał. Żyli ze Staszkiem według dni płodnych. Policzył, że ta ciąża nie może być jego. Janka przyrzekała, że nigdy by nie zdradziła. Opowiedziała mu o swoich modlitwach. Uwierzył. W maju nie było okresu – w lutym urodziło się trzecie dziecko. Justynka.
„Pleban”
Cieszyła się, jak Pawełek przyszedł z prośbą, by uszyć mu komżę na ministranta. Cieszyła się, jak Tereska w scholi i na pielgrzymkach śpiewała. Bardzo ją wzruszyła najmłodsza, Justynka, bo chciała iść na Jasną Górę. Miała cztery lata, kiedy ją Janka pierwszy raz zabrała, ale wtedy była za słaba i wcześniej musiała odesłać małą do domu. Przetłumaczyła jej: będzie mogła pójść na pielgrzymkę, jak będzie miała w sobie Pana Jezusa. Więc Justynka każdego maja – podczas komunii – myślała, kiedy przyjdzie jej kolej. Gdy wreszcie przyszła, zadała mamie pytanie: kiedy zabierze ją na pielgrzymkę. Po kilku miesiącach poszły na Jasną Górę.
Pawełek był żarliwym ministrantem do osiemnastego roku życia. Kiedy skończył siedemnaście, wpadł w złe towarzystwo. Janka wyśledziła: wychodzi z domu, ale nie idzie do kościoła. W dodatku – zauważyła – pali pod sklepem papierosy z kolegami. Gdy spytała w domu, dlaczego nie był przy ołtarzu, najpierw skłamał. A potem – gdy dostał od ojca w twarz za palenie – przyznał: w szkole nazywają go „plebanem” i pytają, ile zebrał po kolędzie. Janka cierpiała.
Tereska przestała chodzić do kościoła po tym, jak wyszła za mąż. Jeszcze po ślubie mieszkała z mężem w domu Janki, ale się wyprowadzili. Tereska zamiast sprzątać w Wielki Piątek i przestrzegać postu, popiła. To była dla Janeczki wielka sprawa. Tereska się ujęła honorem, a ona nie prosiła, by została. Przez to nie poznała wnuczki: Tereska długo potem nie przyjeżdżała. Staszek umarł po trzydziestu sześciu latach małżeństwa, tego samego dnia, co mama Janki. Nie przystąpił do spowiedzi, do komunii. Jak walczył w szpitalu o życie, Janka modliła się, by Pan Bóg dał mu jeszcze parę dni: żeby tylko nie umarł bez sakramentu pojednania. „Jezu, z miłości dla Ciebie przebaczam mu wszystko, ale proszę Ciebie, i Ty przebacz mu wszystko, jeżeli go zabierasz” – przeszło jej przez myśl.
Dokończyła różaniec, Staszek zmarł.
Przyśnił się jej raz. Spacerował po zielonej łące, przed nim duża góra. „Jeżeli pod nią podejdę, dalej będzie z górki, lżej” – powiedział w tym śnie.
PAWEŁ:
Mam wspomnienie z pierwszej klasy szkoły podstawowej. Na nabożeństwie majowym nie ma komu do mszy służyć, więc matka mnie wysyła. Przeżycie niesamowite: od maleńkości kościół i wiara były na pierwszym miejscu, a tu nagle ja do samego ołtarza!
Do szesnastego roku życia chodziłem do kościoła z chęcią, bo miałem z tego wymierne korzyści: karteczka z pieczęcią parafii, potem festyny, wyjazdy na oazy. Za te karteczki dostawaliśmy lody, losy na loterie, zabawki.
„Dziewiątka” była obowiązkowa. To była msza dla młodzieży, gdzie był chórek, zespół i czasami nawet niezłe gitarowe solóweczki wstawiali. Kościół to był punkt zborny na spotkania towarzyskie. Z całego miasta się schodzili.
Kiedy skończyłem szesnaście lat, zacząłem robić pierwsze bunty. Wszyscy na ósmą do szkoły. A że była pięćset metrów od domu, to siódma trzydzieści wstawali, za pięć ósma wychodzili i na czas byli w szkole. A ja: piąta trzydzieści zrywka, bo na siódmą do kościoła, wrócić, teczkę wziąć i do szkoły szorować. Burzyłem się. Matka na to przemoc i szantaż. Na przykład przynosiła jedzenie siostrom, a ja głodówka, za karę. Oddalaliśmy się od siebie. O życiu dowiadywałem się tylko na mieście. A na mieście było jak w więzieniu: byli frajerzy i ci, co grypsowali. Z jednym wódkę się piło, a z drugim się nie piło, im większy chuligan, tym większy autorytet.
Odwróciło mnie o sto osiemdziesiąt stopni od kościoła przy pierwszym ślubie, jak poszliśmy dawać na zapowiedzi. Luty, wielka roztopa. Śnieg ciężki i mokry. Kancelaria czynna od dziesiątej. My jesteśmy pięć po, a jeszcze nikogo nie ma. Przyczłapała babcia, zgięta w pół, grubo po osiemdziesiątce. Z kulaskiem i przewiązaną chusteczką. Przyszedł ksiądz i do babci: „Co ty chciała?”. Ona na to, że na mszę za męża, na miesiąc. I że „całe zime w domu siedziała i nikt nie przyszedł”. Rozwiązała chusteczkę szmacianą do nosa, wysypała na biurko garść drobnych. Ksiądz nawet nie przeliczył, zwinął jednym ruchem do szuflady i mówi: „Dobra, niech idzie, bo ja muszę zapowiedzi załatwić”. Tyle babci wysłuchał...
Matka potrafiła swoje życie podporządkować kościołowi. Mnóstwo razy mówiła, że największy błąd, jaki zrobiła, to że nie wstąpiła do zakonu, chociaż czuła wielkie powołanie. Myślę, że ona by się w tym spełniła. A tak, to całe życie przechlapane. Próbowała się zaangażować na tyle, na ile mogła, ale przeszkadzało jej w tym życie rodzinne. Z nią nie było rozmowy. Same dogmaty. To, że nie wyrosłem na psychopatę, to dar od przybyszów z Oriona.
TERESA:
Były miesiące, że się do kościoła codziennie chodziło. Bo majowe, czerwcowe, październik, czyli różaniec, i listopad za zmarłych. Przez długie lata byłam czynnym chrześcijaninem. Były oazy, pielgrzymki... Mama zaszczepiła we mnie taki obowiązek. Po prostu się szło bez gderania i koniec. To było takie naturalne, jak jedzenie każdego dnia.
Mnie się tam podobało. Fantastyczni ludzie, z wizją, zapałem. Bardzo czekałam na próby chóru. Leciałam tam jak na skrzydłach. Były festyny, loteria, chcieli nas zachęcić. I im się to udawało, nie wiem, jak jest teraz.
Matka w domu i w kościele to dwie różne osoby. W stosunku do obcych była zawsze serdeczna, uczynna, wszystkie moje koleżanki były nią zachwycone. Mówiły, że mi jej zazdroszczą. Ja ich nie wyprowadzałam z błędu, ale czułam zupełnie inaczej. Jak wracaliśmy po mojej komunii, wywaliłam się na żużlowej drodze w białej sukience. Dostałam w domu łomot ścierą, bo „łamaga nie umie dojść normalnie”. Następnego dnia zaczynał się biały tydzień, a kiecka cała czarna... I szłam jak diabeł, a nie anioł.
Będąc dzieckiem, wiele razy myślałam, że lepiej byłoby, gdyby matka wybrała inną drogę. Ona w kościele się czuła u siebie, nie w domu, nie z rodziną. Obiady, sprzątanie, zajmowanie się nami – to wszystko robiła z odpowiedzialności, a nie z uczuć. Większość czasu spędzała w kościele. Tam ją ciągnęło. W kościele okupowała zawsze pierwsze rzędy, z oczami jak u tych wniebowziętych i błogosławionych. Można by było robić święte obrazki z nią w roli głównej. To nie jest złośliwe, tak było.
Tata był w emocjach, bo przyjeżdżał po całym dniu pracy i nic nie było do jedzenia. Na co dzień się o to kłócili i każdy czuł się w tym pokrzywdzony. Ojciec chciał mieć żonę i rodzinę, a matka kościół. Przez całe dzieciństwo razem klękaliśmy na wspólny wieczorny pacierz, ale potem każdy się powoli wykruszał.
JUSTYNA:
Byłam wychowana tak, że w kościele nie można rozmawiać. Raz, kiedy miałam cztery lata, zachciało mi się siku. I tak jak stałam w ortalionowym kombinezoniku, tak się zeszczałam. Nie chciałam przeszkadzać...
Jako dziecko zakładałam sobie na ramiona ręcznik i odprawiałam mszę na balkonie. Cytowałam księdza jak z nut. Sąsiadka przyleciała i mówi do mamy: „Zobacz, co ona tam odprawia!”. W wieku pięciu lat większość mszy na pamięć znałam. To było jak przedstawienie, teatr, który później sama odgrywałam. Mamie się podobało.
W pierwszych latach szkoły podstawowej marzyłam, żeby zostać zakonnicą. To była fascynacja siostrą Michaelą, która spędzała większość życia na misjach. Ona przyjeżdżała i opowiadała. Na zdjęciach pokazywała takie biedne, wychudzone Murzynki z dużymi brzuszkami. Wtedy sądziłam, że trzeba być siostrą zakonną, żeby pojechać na misję i im pomagać.
Nie wiem dlaczego, ale chodziłam w pielgrzymkach. Pierwszy raz jak miałam kilka lat. Wszyscy mówili, że już tyle razy byli, wśród znajomych mojej mamy to było osiągnięcie, to było coś. Byłam chyba z sześć razy. To było takie pociągające, a przecież to nic fajnego spać po namiotach, wstawać o czwartej i iść z bąblami jeden po drugim... Dzisiaj bym nie poszła.
Do kościółka musiałam chodzić. Bo dziesięć przykazań jest i koniec. Dla mnie było bardzo ważne, żeby być dobrym człowiekiem. A dobry człowiek chodzi do kościoła...
W 1995 r. mama zachorowała. Zorientowaliśmy się, że jest coś nie tak, jak przestała wracać z kościoła do domu. Klęczała w pierwszej ławce i nie miała potrzeby jedzenia ani picia. Ksiądz do taty zadzwonił, że chcą już kościół zamykać. To były pierwsze objawy jej choroby. Tak ściskała w ręku różaniec, aż na dłoniach pojawiły się odbicia. W szpitalu modliła się nieustannie. W biustonosz wkładała obrazek, medalik, żeby ją chronił od wszelkiego złego. Ona trafiła tam na tle religijnym. Moja mama powinna nie mieć dzieci i powinna iść do zakonu. Służyć do mszy świętej, codziennie stać w pierwszej ławce, nosić czarną sukienkę i być szczęśliwa.
Krótko po tym, jak ojciec zmarł, zaczęłam chodzić na terapię. Pierwsze, co powiedziałam, to że boję się, że będę swoją matką. Ona jest dla mnie skreślona przez tę swoją religijność. Swoich dzieci uczę wrażliwości. Że jak na ulicy leży człowiek, to nie musi być pijany.
MATKA:
Różaniec odmawiałam całe życie. Jak nie miałam czasu, to chociaż jedną dziesiątkę, ale codziennie. Wstaję o piątej rano. Nim pójdę do kościoła, to odmawiam modlitwy za dusze w czyśćcu cierpiące, za konających, za nawrócenie grzeszników, tych, co błądzą z dala od kościoła. O szóstej trzydzieści wychodzę do kościoła, żeby przed najświętszym sakramentem przygotować się do mszy. Żeby nie wejść tak z marszu, przygotować się i intencję w sobie wzbudzić. Dzięki temu wiem, w jakiej intencji będę tę mszę ofiarowała. Chodzę na siódmą do kościoła. Później wracam, jem sobie śniadanko, idę z psem i później mam takie modlitwy, które sobie jeszcze kończę odmawiać. O dwunastej „Anioł Pański” mówię. O piętnastej „Koronkę do Miłosierdzia Bożego”. I później jeszcze różaniec. A jak nie odmówię w ciągu dnia, to przed snem odmawiam.
Moje ulubione modlitwy to poranna i wieczorna. Bez nich nie wstaję i nie idę spać. Odmawiam je od trzydziestego szóstego roku życia. I jeszcze „Koronka do Miłosierdzia Bożego”, bo można sobie dużo łask uprosić, na przykład na egzaminy jakieś. Justynka niewiele się uczyła, a dostawała bardzo dobre stopnie. Najczęściej mam intencje wynagradzające i z prośbą. Odkąd Tereska założyła firmę, to modlę się, żeby jej szło dobrze, żeby miała chleb. Modlę się, żeby Pan Bóg wnuczkom błogosławił, żeby miały pracę i żeby firmy im się rozwijały. Za zięcia, żeby zdrowie miał. Za wszystkich się modlę.
Jak poszłam pierwszy raz na pielgrzymkę, miałam czterdzieści lat. Tam każdy się czymś dzieli. Gdyby życie było jak na pielgrzymce, to by pięknie było na ziemi. Pielgrzymka jednoczy i scala ludzi. Teraz też bym poszła, ale dziewczyny na mnie krzyczą, że kłopotu narobię ludziom, bo słońce, spiekota...
Chciałabym, żebyśmy po śmierci byli razem, tak jak teraz na ziemi. Ale jak dzieci i wnuki nie będą chodziły do kościoła, to się nie uda. Mam nadzieję, że śmierć moja zjednoczy ich przy ołtarzu.
MODLITWA WIECZORNA
Oto jestem Panie, dzień mój ma się ku końcowi. Jeżeli zrobiłam coś dobrego, dzięki Ci za to Panie. Jeżeli zgrzeszyłam, Twoja miłość niech przebaczy mi moją ciągle powtarzającą się słabość.
W tej ciszy nocnej, w której wyczuwam Ciebie, myślę o innej nocy, o tej, która nadejdzie, gdy oczy moje po raz ostatni ujrzą światło ziemi.
Śmierć nadejdzie tak samo, jak nadchodzi noc. Tak jak ona głęboka, spraw, by była najpiękniejszą z mych nocy.
Zasypiając dnia dzisiejszego ofiaruję Ci duszę moją, jak gdyby to była godzina mojej śmierci. ©
KOMENTARZ: Ks. Jacek Prusak SJ – wiara neurotyczna
Imiona osób występujących w tekście zostały zmienione.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.














