Córka księdza: Jestem dzieckiem, nie grzechem

Przez lata milczałam, ukrywałam tajemnicę, która nie była moja. Dziś mówię to głośno, nie tylko dla siebie. Jestem Marta Glanc, córka księdza.

17.09.2023

Czyta się kilka minut

Marta Glanc, Warszawa, 5 września 2023 r. / MATEUSZ SKWARCZEK / AGENCJA WYBORCZA.PL

Tato – może powiedzieć tylko wtedy, gdy są sami. Kiedy Marta przyjedzie w odwiedziny na plebanię, przy innych ma się zwracać „wujku”; od niepisanej zasady nie będzie wyjątków.

„Dla dobra innych lepiej nie mówić” – to zdanie usłyszy w dzieciństwie setki razy. Żeby nie burzyć ustalonego porządku, nie obnosić się, nie zgorszyć.

– Wszystko po to, żeby inni czuli się dobrze, komfortowo. Czy ktoś pomyślał wtedy, jak ja się z tym czułam? – pyta retorycznie Marta. – Myśleli raczej, że dziecko nic nie rozumie i naturalnie przyzwyczai się do życia w tajemnicy. Tylko że dzieci w końcu dorastają, a potem… – milknie.

Stań w prawdzie

Przez większość swojego życia nie mówi tego na głos. – To zawsze jest gdzieś w tle, tajemnica podświadomie towarzyszy mi cały czas: wtedy kiedy jestem małą dziewczynką, buntującą się nastolatką, młodą kobietą z problemami psychicznymi. Moje bóle, lęki, sny… teraz wiem, z czego wynikały – opowiada Marta. – Trafiałam do lekarzy, walczyłam z bólami psychosomatycznymi, dostawałam diagnozy zaburzeń psychicznych. Parę lat temu poszłam wreszcie na terapię. Tam również nie byłam w stanie powiedzieć tego na głos, ściskało mi gardło. Kiedy się przełamałam, to był dla mnie wielki krok do przodu.

Marta ma trzydzieści cztery lata, dziś mieszka w Warszawie. Z zawodu jest dziennikarką. Kolejnym krokiem powolnego wychodzenia z tajemnicy będzie dla niej napisanie anonimowego reportażu o córce księdza. Czyli o sobie. Historię opublikowaną cztery lata temu w portalu Onet zakończy dopisek: „Bohaterka historii prosiła, by nie ujawniać jej imienia ani nazwiska”.

W świeżo wydanej książce „Córka księdza” Marta jest już sobą, z prawdziwym imieniem i nazwiskiem.

– Nie chciałam kolejnej anonimowej historii. Nie neguję ich, bo są bardzo potrzebne, a każde z nas, dzieci księży, które decyduje się opowiedzieć, robi to na tyle, na ile może w danym momencie – opowiada. – Ja poczułam, że mam w sobie na tyle siły, by spróbować obnażyć tę wielką mistyfikację, w którą zostałam zaangażowana jako mała dziewczynka. Dziś już mogę wstać i powiedzieć na głos, przy ludziach: jestem Marta Glanc i jestem córką księdza.

W książce nazwisko ojca Marty nie padnie ani razu, ale poznając nazwy miejscowości i zmieniających się przez lata parafii, łatwo można je zidentyfikować.

– Czasami mam wyrzuty sumienia, bo wiem, że wyciągnęłam i opisałam też dużo spraw intymnych, prywatnych dotyczących mojego taty. Czy miałam do tego prawo? – pyta Marta. – Uważam, że tylko w takiej formie miało to sens. Wreszcie staję w prawdzie, jak to się mówi w Kościele. W prawdzie przed sobą i innymi. Bo co może być złego w powiedzeniu publicznie, kto jest twoim tatą?

Uśmiechy

Marta przychodzi na świat w bydgoskim szpitalu w niedzielę 12 lutego 1989 roku. Jest godzina dziesiąta, w pobliskim kościele trwa przedpołudniowa msza dla dzieci.

Ojciec Marty księdzem jest od trzech lat. Z mamą Marty poznają się u jej przyjaciółki, kiedy przychodzi tam na wizytę duszpasterską. Zaczynają się spotykać. Po wiadomości o ciąży młoda kobieta liczy, że on odejdzie z kapłaństwa, zajmie się nią, dzieckiem, rodziną. Oczekiwania szybko zostają rozwiane, zostaje w kapłaństwie.

O narodzinach córki dowie się w kościele. Do konfesjonału, w którym spowiada, przyjdzie ciotka Marty i wyszepta: masz córkę. W akcie urodzenia będzie widniało jedynie jego prawdziwe imię: Jarosław. W rubryce „nazwisko” mama Marty wpisze własne. Do ojcostwa Jarosław nigdy oficjalnie się nie przyzna.

Gdy Marta jest mała, razem z mamą przeprowadzają się do Bydgoszczy, położonej kilkadziesiąt kilometrów od ich rodzinnego Strzelna, małego miasteczka. Na początek to wystarczająco daleko od łatki „tej, która ma dziecko z księdzem”.

Po latach Marta spojrzy na zdjęcia mamy z młodości: ciemne kręcone włosy, wyraziste rysy, obok niej dziewczynka z dużymi niebieskimi oczami. Ma też zdjęcia ojca: krępy, włosy ciemne, na okrągłej twarzy łagodny uśmiech. ­Podobny dorosła Marta będzie widzieć w odbiciu w lustrze.

U taty na parafii

Gdy przyjeżdża w odwiedziny, świeżo wyremontowany dom parafialny w Orchowie robi na dziewczynce wrażenie.

– Stamtąd mam najwięcej wspomnień. Gdy przyjeżdżałam na wakacje, jeździliśmy nad pobliskie jezioro, z kuzynką wychodziłyśmy na rolki. Wspominam to ciepło. Może nie chodziliśmy z tatą za bardzo po ulicach, ale nie było tak, że mnie gdzieś ukrywano – wspomina Marta.

Czy ludzie wiedzieli, kim jest dziewczynka, która regularnie przyjeżdża do miasteczka?

– Wtedy myślałam, że nie – odpowiada Marta. – A gdy ja mówiłam koleżankom ze szkoły, że jadę do Orchowa, to nigdy nie wspominałam, kogo naprawdę tam odwiedzam.

Z dzieciństwa Marta wspomina ojca jako zaangażowanego księdza: takiego, który integruje się z dzieciakami, organizuje majowe wycieczki na rowerach, wyjazdy na rekolekcje.

– Wydawało mi się, że parafianie go lubią. Im byłam starsza, tym ten obraz bardziej się komplikował. O Bogu i wierze rozmawiał ze mną rzadko.

Marta jest dzieckiem religijnym, gorliwie i z ochotą chodzi do kościoła.

– Przez większość życia myślałam, że jestem grzechem, że nie powinno mnie być na świecie. Jako mała dziewczynka wielokrotnie zastanawiałam się: czy przez to, kim jest mój tata, jestem złą osobą? Wsparcia i opieki szukałam także w Kościele, ale wraz z dorastaniem coraz mocniej czułam odrzucenie, to, że nie powinno mnie tam być; wychodząc z mszy czułam się jak najgorszy człowiek na świecie. I choć nie praktykuję już od studiów i staram się pracować nad tymi przekonaniami, to słowa, które usłyszałam w Kościele, silnie we mnie tkwią.

Rodzina, którą mogłam mieć

Z tatą chodzą razem do kina i jeżdżą do McDonalda. Jako pierwsze dziecko w klasie ma telefon komórkowy. Przebłyski radosnego dzieciństwa przerywają inne wspomnienia: gdy gość na plebanii pyta, kim jest Marta, dziewczynka słyszy, że to tylko koleżanka siostrzenicy księdza.

– Żadna nasza sytuacja z relacji tata-córka nie była tak naprawdę normalna, zawsze w tle była tajemnica. Gdy spotykaliśmy się na przykład na kolację w restauracji, w pewnym momencie i tak pojawiało się coś, co burzyło tę iluzję normalnego rodzinnego posiłku – opowiada. – Ojciec opowiadał mi często o swojej mamie, mówił, co u niej słychać. Ale nigdy nie mówiliśmy o niej jako o mojej babci.

Marta powie to kilka razy: tajemnica odebrała jej nie tylko prawdziwego ojca, ale i całą rodzinę, którą mogła mieć.

– Moja biologiczna babcia i dziadek nie wiedzieli, a raczej cały czas udawali, że nie wiedzą, kim jestem. Gdy spotykałam ich na plebanii, zwracałam się per „pan”, „pani”. Ojciec raz powiedział mi, że gdyby jego mama dowiedziała się prawdy o mnie, to dostałaby zawału – mówi gorzko Marta. – Dziś jestem prawie pewna, że babcia z dziadkiem wiedzieli, ale stwierdzili, że jak będą udawać, to będzie lepiej. Chyba najtrudniej było im przyjąć, że Kościół wygląda inaczej, niż myśleli.

Ojciec Marty ma dwie siostry. Mała Marta miała dwie kuzynki i dwóch kuzynów do zabawy. – Siostry ojca znały prawdę, ale i tak w ich obecności „tato” paść nie mogło. Kuzynostwo nie wiedziało, a przynajmniej taka była oficjalna wersja – opowiada kobieta.

Mimo wszystkich tajemnic i niepisanych zasad Marta lubi jeździć w odwiedziny, spędzać z nimi czas. – Pragnęłam rodzinnej bliskości, czułości. Byłam już prawie dorosła, kiedy moja kuzynka szykowała się do ślubu, błogosławić miał mój ojciec. Nie zostałam zaproszona, nie pasowałam do szablonu „normalnej” rodziny. Wtedy poczułam ostateczne odrzucenie i zerwałam z nimi kontakt – wspomina.

Bóg się rodzi

Na studiach Marta dostaje stałe wsparcie finansowe od ojca; wcześniej jest okazjonalne, nigdy nie ustalono konkretnych alimentów.

– Dziś wiele rzeczy oceniam inaczej: gdy tata coś mi kupował, to był to prezent, obdarowanie mnie, za które powinnam być wdzięczna. Nawet jak była to kurtka, z której wyrosłam, a to, że rodzic ją w takiej sytuacji kupuje, powinno być najnormalniejsze na świecie – mówi.

Im Marta jest starsza, tym gorsze stają się jej relacje z ojcem. Często się kłócą, po kłótniach następują okresy milczenia, które stają się coraz dłuższe. Na jeden z takich okresów wypada Boże Narodzenie. – Święta spędzał zwykle ze swoimi rodzicami, siostrami. Ze swoją rodziną. Mnie nie zaprosił nigdy – mówi gorzko.

Gdy niedługo po świętach na telefonie Marty wyświetli się nieznany numer, pomyśli, że to pewnie coś zawodowego i bez zastanowienia odbierze. – W słuchawce usłyszałam głos ojca, który wyrzucał mi, że nie zadzwoniłam do niego w Boże Narodzenie. Usłyszałam wtedy jedno z najbardziej absurdalnych zdań. „Nie tak cię wychowałem”. Cała rozmowa była pełna wyrzutów, po raz kolejny usłyszałam, że jestem „grzechem”, za który on ciągle płaci. Po tej rozmowie nasz kontakt został zerwany – mówi.

Ostatnia wizyta, ostatni puzzel

Ostatnie spotkanie z ojcem, podczas którego powie mu, że pisze książkę, którą chce wydać pod nazwiskiem, Marta nazwie pojedynkiem.

– Pytałam go, czy nie ma dla mnie współczucia za to, jak wyglądało moje życie i jak zniszczyły je tajemnice. Pytałam, dlaczego całe życie przy innych musiałam mówić do niego „wujku”. Pytałam wreszcie: dlaczego wstydził się, że ma dziecko? Nie dostałam odpowiedzi. Zarzucił, że przedstawiam tylko swoją wersję i nie chcę go zrozumieć – relacjonuje Marta. – Czułam, że nie chciał się ze mną dogadać. Na koniec powiedział, żebym wyszła i więcej się z nim nie kontaktowała. Poczułam się wtedy niejako „rozgrzeszona”, że otwarcie opowiadam swoją… naszą historię. Nie wiem, czy przeczyta książkę. Nie wiem też, czy jeszcze kiedyś ze sobą porozmawiamy.

Zanim zacznie pisać, Marta długo rozmawia z mamą. – Była niepewna i przestraszona, ale rozumiała, dlaczego chcę to zrobić. Nasze relacje przez lata miały swoje wzloty i upadki, do niej również miewałam żal, ale mama, ojczym i siostra zawsze starali się dawać mi wsparcie – podkreśla. – Martwię się o nią, bo nadal mieszka w Strzelnie, a jak się żyje w małym miasteczku, nie trzeba tłumaczyć.

Mama Marty zgadza się, by córka opisała ich historie pod nazwiskiem. Postanawia dopisać też fragment historii ze swojej perspektywy.

Rozdział nosi tytuł „Ostatni puzzel”. Pisze w nim: „Nie wiedział, jak bardzo bolało ją, gdy pani w przedszkolu kazała narysować ojca i to, czym się zajmuje w życiu, a Marta jeszcze wtedy nie wiedziała, kim tak naprawdę jest jej tata. Tego nie naprawię i mam codziennie do siebie o to żal”.

Bez żalu

– Czasem chciałabym, żeby to moje życie było… nie wiem, normalne, stereotypowe? Przez lata czułam, że nigdzie nie pasuję, że nie powinno mnie tu być. Mam trzydzieści cztery lata i ostatnio pomyślałam: szkoda, że nie mogło to wszystko przebiegać u mnie według klasycznych punktów programu. Że znalazłam sobie męża, wzięłam ślub, teraz mam dzieci i zajmuję się właśnie tymi codziennymi sprawami. A nie przerabianiem przeszłości, tego, co nie było moją winą – mówi. – Nie jest to proste, ale staram się nie mieć żalu do rodziców, Kościoła, całego świata, bo wiem, że to prowadzi donikąd.

Marta podkreśla, że nie chce przedstawiać się tylko jako osoba skrzywdzona: – Staram się też uważać na słowa, nie usprawiedliwiać, ale też nie przyjmować butnej postawy wobec Kościoła instytucjonalnego, bo nie chcę, żeby moja historia trafiła do worka z etykietką „atak na Kościół”.

Powiedzcie, że istniejemy

Marta próbuje nawiązać kontakt z Kościołem hierarchicznym. W sprawie swojej i swojego ojca pisze list do prymasa Wojciecha Polaka. Odpowiedź (którą zacytuje w książce) jest dość krótka, opisuje wytyczne, jakimi w teorii kieruje się Kościół, gdy okazuje się, że ksiądz złamał celibat i ma dziecko.

– Cieszę się, że prymas w ogóle mi cokolwiek odpisał. Liczyłam na więcej empatii, osobistego podejścia do mnie; dostałam tylko oficjalne informacje, które znałam, bo kontaktowałam się z księdzem, który specjalizuje się w prawie kanonicznym. Taka odpowiedź była dla mnie jasnym sygnałem, na ile my, dzieci księży, jesteśmy ważni w Kościele – mówi Marta.

– Od tak zwanych „zwykłych” księży mam pozytywny odbiór, jeden z nich powiedział mi, że moja opowieść jest potrzebna Kościołowi. Inny napisał, że cieszy się, że coś takiego powstało, bo ma nadzieję na rozpoczęcie prawdziwej dyskusji o celibacie – mówi.

W Kościele i poza nim nie działa żadne stowarzyszenie ani fundacja, które skupiałyby działalność na dzieciach księży. Opinii publicznej temat przybliżyły w ostatnich latach książki: Marty Abramowicz „Dzieci księży. Nasza wspólna tajemnica” oraz Artura Nowaka „Dzieci, które gorszą”.

Nie ma także danych: ile jest w Polsce dzieci, których ojcem jest ksiądz, pozostaje wielką tajemnicą.

Marta: – Moja historia nie jest odosobniona, rzadka, egzotyczna, jak wielu chciałoby sądzić: dzieci księży jest więcej, niż się wydaje. Zastanawiałam się: jak nas policzyć? Bez współpracy z Kościołem będzie bardzo trudno. Może dałoby się zrobić Mapę Dzieci Księży, coś na kształt istniejącej Mapy Kościelnej Pedofilii, choć to sprawy zupełnie innego typu?

– Dostaję wiadomości i listy od osób, które piszą, że są dzieckiem księdza. Ale choćbym nie wiem jak wiele ich dostała, nigdy nie będzie to do końca rzetelne źródło, które pozwoli oszacować liczby. Może ktoś robi to dla żartu, prowokacji? Takie rzeczy trzeba sprawdzać, a z drugiej strony pojawia się myśl: jak mam to robić i czy mam w ogóle prawo do tego, by podważać czyjąś historię.

Co powinien dziś w tej sprawie zrobić Kościół? – Gdyby ktoś chciał posłuchać mojego głosu, to takie byłyby moje rady: na początek przyznajcie, że istniejemy. Wyjdźcie naprzeciw i nas policzcie. Zaopiekujcie się najmłodszymi dziećmi; upewnijcie się, że mają wsparcie finansowe, że matki nie zostały pozostawione same sobie. Do sądu po alimenty nie pójdą, bo się wstydzą – wylicza Marta. – Kościół tak dużo mówi o dzieciach, a tu ma dzieci, które czekają na zaopiekowanie się nimi – dodaje na koniec.

Ojciec święty

Marta napisała także list do papieża. – Odpowiedź dużo by dla mnie znaczyła. Wiem, że watykańskie procedury mogą trwać długo, ale nie tracę nadziei. Czekam.

„Wasza Świątobliwość,

zwracam się do Ojca Świętego jako córka polskiego księdza katolickiego, która przez całe życie była zmuszona do życia w ukryciu i w przeświadczeniu, że jest grzechem.

Chciałabym podzielić się swoją historią i prosić o szansę spotkania z Waszą Świątobliwością, aby porozmawiać o dzieciach księży i pragnieniu uznania naszego prawa do istnienia. (…) Jestem gotowa dzielić się moją historią, aby pomóc przezwyciężyć traumy i wspierać dzieci księży w społecznościach na całym świecie.

Z wyrazami szacunku, Marta Glanc”. ©℗

Jestem dzieckiem, nie grzechem

Marta Glanc CÓRKA KSIĘDZA Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2023



KOŚCIÓŁ WOBEC DZIECI KSIĘŻY

JAKO TABU traktowany był jeszcze do niedawna w Kościele katolickim problem dzieci księży. Kapłan, przez święcenia „naznaczony wieczystym i nieusuwalnym znamieniem”, w sposób nieodwracalny zostaje wyłączony ze stanu świeckiego i przeznaczony do specjalnych zadań – głosi adhortacja Jana Pawła II „Pastores dabo vobis” z 1992 r. Celibat to przeznaczenie potwierdza.

NA DZIECKO w takiej wizji kapłaństwa nie ma miejsca. Gdy ono jednak się pojawiało, ojciec był namawiany, by nie porzucał kapłaństwa. Biskup przenosił księdza daleko od matki i ewentualnie wspierał ją z tajnej diecezjalnej kasy alimentacyjnej. O dobru dziecka nie myślano. Gdy ksiądz mimo to porzucał kapłaństwo, mógł starać się o dyspensę od celibatu po osiągnięciu 40. roku życia.

ZMIANA nastąpiła za pontyfikatu Benedykta XVI. W 2019 r. kard. Beniamino Stella ujawnił, że Kongregacja ds. Duchowieństwa, kierując się wewnętrzną notą, udziela „automatycznie” dyspensy księdzu, który chce podjąć opiekę nad dzieckiem. Pozostali z reguły są wydalani do stanu świeckiego. Pozwala się pozostać tylko tym, których dziecko jest już dorosłe lub znalazło zastępczego ojca. Trzeci wyjątek, dość niejasny, dotyczy kapłanów, „którzy mieli w młodości bolesne doświadczenia uczuciowe i zapewnili swym dzieciom pomoc ekonomiczną, moralną i duchową, a dziś gorliwie i z zaangażowaniem pełnią swą posługę, przezwyciężywszy minioną niestabilność uczuciową”. ©℗ ASK

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarka, zastępczyni redaktora naczelnego, szefowa serwisu TygodnikPowszechny.pl. Z „Tygodnikiem Powszechnym” związana od 2014 roku jako autorka reportaży, rozmów i artykułów o tematyce społecznej. Po dołączeniu do zespołu w 2015 roku pracowała jako… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 39/2023

W druku ukazał się pod tytułem: Jestem dzieckiem, nie grzechem