Zamiast IV RP mamy III RP do kwadratu

Największym paradoksem zbliżających się wyborów jest to, że możliwość zmiany zależy od elektoratu zachowawczego. Największy problem z uświadomieniem sobie tego mają ci, dla których dążenie do zmiany jest oczywistością.

27.09.2023

Czyta się kilka minut

Dziewiąta Rzeczpospolita
Plakat zachęcający do udziału w wyborach parlamentarnych. Warszawa, 16 września 2023 r. / WŁODZIMIERZ WASYLUK / FORUM

Zachowawczość może się odnosić do trzech poziomów. Pierwszy dotyczy po prostu obecnego stanu rzeczy. Nawet najwięksi zwolennicy permanentnej rozróby nie chcą przecież zmieniać wszystkiego. Każdy ma jakieś przyzwyczajenia i przywiązania, które uważa za nie do ruszenia. Drugi poziom zachowawczości dotyczy tradycji – konkretnej, historycznie ukształtowanej, niepowtarzalnej. Wreszcie na najwyższym poziomie można chcieć zachować wartości uniwersalne – najgłębiej porządkujące świat. Te trzy podejścia mogą się na siebie nakładać i nie zawsze łatwo je odróżnić. Świadomość takich odmiennych perspektyw jest jednak potrzebna, jeśli chcemy zrobić bilans argumentów za i przeciw decyzji, jaką trzeba będzie podjąć 15 października – zostawić czy odstawić tych, którzy obecnie sprawują władzę. Szczególnie że chodzi o partię nie tylko rządzącą, lecz też trzymającą wysoko sztandar konserwatyzmu – troski o tradycję i fundamentalne wartości.

Republika, rebelia, rewanż

Jak wygląda bilans ośmiu ostatnich lat? Można zaryzykować twierdzenie, że właśnie osoby o zachowawczych, konserwatywnych poglądach są tymi, które poniosły w tym czasie największe straty. W pierwszych miesiącach pierwszej kadencji PiS opisywałem trzy nurty dające się wyróżnić w tej formacji, które można określić słowami „republika”, „rebelia” i „rewanż”. Z dzisiejszej perspektywy widać, że realne skutki minionego okresu w przypadku każdego z tych nurtów mają inną skalę. Co jednak najważniejsze, są odwrotnie proporcjonalne do wartości, jakie przypisywałby im zachowawczy obywatel czy nawet szczery ideowy konserwatysta.

Nie da się zaprzeczyć wyraźnym osiągnięciom nurtu republikańskiego w PiS, koncentrującego się na przełamywaniu zastanych pęknięć wspólnoty. Duża część społeczeństwa, która miała przez wcześniejsze ćwierćwiecze poczucie wykluczenia, poczuła się bardziej u siebie i zaangażowała się w większym niż dotąd stopniu we wspólne sprawy. Widać to szczególnie w miejscach, gdzie frekwencja wyborcza była wcześniej najniższa – na obszarach wiejskich Ziem Odzyskanych i Kongresówki. Przeciwnicy PiS z reguły zżymają się, że głos na partię rządzącą to czysta ekonomiczna kalkulacja obu stron – polityków i wyborców. Lecz przecież właśnie po to jest demokracja, żeby reagować na społeczne bolączki. Wierzymy, że nawet kierując się osobistym interesem, ci, którzy angażują się w politykę, będą starali się rozwiązywać też nasze problemy – wychodzić naprzeciw naszym potrzebom, poprawiać nasz los.

Jednak nawet na tym polu rodzą się wątpliwości. Choć deklaratywnie politycy PiS chcą rozwiązać problem społecznych podziałów, to widać, że chcieliby je równocześnie podtrzymywać. Szczególnie dotyczy to wynikającego z nich uczucia – poczucia krzywdy. Nawet jeśli chcą, żeby różnice między miastem i wsią były jak najmniejsze, to jednak chcieliby także, żeby one dalej dzieliły społeczeństwo. Atakując swoich przeciwników za to, że ponoć dalej chcą służyć wyłącznie interesom mieszkańców miast, pielęgnują niegdysiejsze urazy i dokładają nowe. Nie mają żadnego pomysłu, jak pozbyć się tego brzemienia historii, poza tym, żeby zrzucić je na barki przeciwników. Jednak społeczna spójność od tego nie rośnie – wręcz przeciwnie.

Różne są na taką strategię reakcje, lecz na pewno podgrzewanie podziałów nie pozostaje bez odpowiedzi. Skala niechęci, jaką darzy PiS opozycyjna wobec tej partii większość społeczeństwa, jest bezprecedensowa. Politycy obozu władzy także tu chcieliby zrzucić winę na przeciwników; zarazem sami nie robią żadnego kroku, by napięcie zmniejszyć. Wiele ich gestów i słów służy tylko pogłębieniu podziałów.

Niekompetencja,nieudolność, głupota

Bardzo źle wygląda propagowanie tradycji narodowej i społecznych więzi. Z jednej strony jest to robione wyjątkowo topornie. Z drugiej – podobnie jak w przypadku podziału urbanizacyjnego – sprawa jest traktowana instrumentalnie i ma służyć przede wszystkim rywalizacji politycznej oraz odróżnieniu partii rządzącej od pozostałych sił, które ponoć tego nie robią. Wyszukiwane są i nagłaśniane wszystkie przypadki podważania czy podawania w wątpliwość narodowych czy chrześcijańskich wartości przez politycznych przeciwników lub ich sympatyków. Natomiast wszystkie przypadki, gdy opozycja odwołuje się do takich wartości, są ignorowane lub dezawuowane. Efekt najlepiej podsumowuje cytat z maila przypisywanego ministrowi Michałowi Dworczykowi, który miał ponoć pisać do premiera: „niekompetencja, nieudolność, głupota, a czasem też ciemne interesy są zawsze podlewane (...) u nas w polityce obrzydliwym sosem bogoojczyźnianych frazesów”. Zarówno ta toporność, jak i instrumentalizacja podziałów przynoszą skutki odwrotne do zamierzonych. Nikt nie odczuwa tego boleśniej od umiarkowanych zachowawczych Polaków.

Rebelia – niszczenie instytucji postrzeganych jako źródło wcześniejszych opresji – poszła trochę lepiej. Najdalej zaszło to w przypadku gimnazjów, co pewnie jest już nie do odwrócenia, lecz najbardziej pouczający przykład stanowi Trybunał Konstytucyjny. Żadne zastrzeżenia do standardów i praktyk z czasów poprzedniej władzy nie są w stanie usprawiedliwić żenującej sytuacji, w której ciało powołane do ostatecznego rozstrzygania prawnych sporów nie jest w stanie ustalić, kto jest jego prezesem, i nie może się zebrać w pełnym składzie.

Nikt nie potrafi przewidzieć, jakie będą dalsze losy tej skompromitowanej instytucji. Szczęśliwie na wielu innych polach rewolucyjny zapał Jarosława Kaczyńskiego został powstrzymany przez opór rzeczywistości. Naturalny konserwatyzm instytucji bronił się przez ostatnie lata lepiej, niż można się było spodziewać. Nie brakuje uszczerbków i uszkodzeń, jak choćby w sprawie kompetencji samorządu. Generalnie jednak nieudolność w złych zamiarach trudno traktować jako godną docenienia cnotę.

Najwięcej udało się osiągnąć w nurcie rewanżu. Zamiast IV RP mamy IX RP, czyli III RP do kwadratu. Wszystkie nadużycia, które PiS tak chętnie wytykał rządzącym przed 2015 rokiem, zostały twórczo rozwinięte, tylko kto inny teraz na nich zyskuje.

Ludzie PiS – politycy, aktywiści i zwolennicy – na wszelkie zarzuty odpowiadali na początku: „dla swoich też nie mamy litości”, choć coraz trudniej było znaleźć przykłady, że tak jest faktycznie. Gdy kolejne sprawy zamiatano pod dywan, pojawiła się inna odpowiedź: „za PO było jeszcze gorzej”. Trudno tego nie uznawać za drogę na manowce. Przecież to oznacza, że nie trzeba się wstrzymywać przed nadużyciami władzy, jeśli tylko jesteśmy w stanie przekonać siebie i wyborców, że nasi oponenci zrobiliby to samo, tylko bardziej. Już samo użycie takiego argumentu można z republikańskiego punktu widzenia uznać za coś wymagającego politycznej kary w postaci odsunięcia od władzy.

Radykalizm, wykluczanie, zacietrzewienie

Jednak nawet świadomość i brak akceptacji dla patologii nie oznaczają, że osoby zachowawcze porzucą bliską im ideowo partię i przeniosą poparcie na opozycję. Głosowanie jest nie tylko oceną władzy, lecz także wyrażeniem pożądanego ideowego ukierunkowania. Jeśli druga strona ma odmienne wyobrażenia o świecie i przeciwne stanowisko w głęboko dzielących ideowych sporach, przeniesienie na nią preferencji jest trudne do wyobrażenia – rozwiązaniem jest tylko odpuszczenie sobie głosowania.

Tyle że wobec tak gorących sporów ideowych zostanie w domu nie jest łatwe. Utrudnia je chociażby rozgorączkowanie postępowych rewolucjonistów, którzy są przekonani, że „historia jest po ich stronie”. Starają się oni ruszyć na ratunek kolejnym grupom, które można uznać za pokrzywdzone przez dotychczasowe normy czy praktyki społeczne. Na przykładzie problemów dzieci z tożsamością płciową widać jednak, że pośpieszne zmiany nie rozwiązują problemu, tylko go powiększają. W każdym razie do takiego to wniosku doszły właśnie służby medyczne krajów skandynawskich i Wielkiej Brytanii. Jednocześnie wszystkim tym, którzy w podobnych sprawach mają wątpliwości, samozwańcza awangarda oświecenia oferuje tylko miejsce w „koszyku żałośników”, którym to mianem określiła wyborców Donalda Trumpa Hillary Clinton, co przyczyniło się do jej zaskakującej porażki.

Do aktualnie nośnych tematów, które u zachowawczych wyborców wywołują ostre spięcia z postępowcami, poza tożsamością płciową zaliczyć wypada problem imigracji. Choć można zrozumieć odruchy serca, każące być solidarnym z ludźmi w ciężkiej sytuacji, to jednak takim odruchom musi towarzyszyć racjonalne rozważenie możliwych scenariuszy i realnych społecznych kosztów, generowanych przez odruchowe działania. Odmawianie prawa do swobodnej dyskusji na podobne tematy i zamykanie ust doszukiwaniem się w każdej wątpliwości rasizmu czy ksenofobii rodzi ryzyko, że w koszu wylądują jakiekolwiek propozycje społecznych zmian.

Dlatego właśnie pomysłem PiS na tę kampanię jest eksponowanie radykalnych i zacietrzewionych zwolenników postępu jako jedynej alternatywy dla status quo. Tyle że samo to powinno budzić zaniepokojenie ludzi zachowawczych – tych, którzy troszczą się o narodową wspólnotę. Jeśli bowiem samemu zarzuca się przeciwnikom niezdolność do akceptacji odmiennych poglądów, to nie po to, żeby w odpowiedzi zamknąć się w swoich oczywistościach jeszcze bardziej. Zdrowa zachowawczość ma świadomość zmieniających się okoliczności i przysłowiowej już zasady, że „trzeba będzie wszystko zmienić, żeby wszystko zostało po staremu”.

Umiarkowani, ludowi, potrzebni

Pod jednym względem sytuacja umiarkowanie zachowawczych jest korzystniejsza od innych – mają alternatywę w postaci Trzeciej Drogi. Przewaga, jaką cieszy się w Polsce ugrupowanie prawicowo-solidarne, ze względu na ogólny rozkład preferencji jest bowiem również źródłem pułapki, w którą wpadł PiS. Jarosław Kaczyński nigdy nie miał ochoty ani potrzeby, by włączyć do swojego obozu PSL w jakiejś partnerskiej relacji. Wierzył, że jest w stanie przejąć wyborców i skaperować na tyle dużo lokalnych aktywistów PSL, by partia ta podzieliła los Samoobrony i LPR. To się jednak nie udało. Ludowcy przeżyli, choć wielu składało ich do grobu, a jeszcze więcej chciałoby ich tam złożyć.

Obecność PSL w kampanii jest problemem nie tylko dla PiS. Zwolennicy radykalnego „przestawienia wajchy” psioczą na „symetrystów”, gdy tymczasem sami próbują stworzyć partię, która będzie symetrycznym odpowiednikiem PiS – będzie jak tamta jednoznaczna i nie będzie się z nikim liczyć przy wcielaniu w życie swoich pomysłów, czy to w sprawach sądownictwa, czy aborcji. Rzecz tylko w tym, że pomimo licznych inicjatyw i prężenia muskułów, partie ustawiające się dziś po postępowej stronie – KO i Nowa Lewica – nie mogą na spółkę przekroczyć 40 proc., czyli naprawdę daleko im do większości. Jeśli zachowują nadzieję na współudział w przyszłym rządzie, to tylko dlatego, że Trzecia Droga utrzymuje się w średniej sondaży nad koalicyjnym progiem.

Umiarkowana zachowawcza partia nie ma oczywiście tej siły przyciągania, co partie o jednoznacznych ideowych profilach, lecz w zamian ma dwie możliwości. Po pierwsze, będąc w opozycji może przyciągać zawiedzionych obozem rządzącym. Po drugie, może przyciągać wyborców innych ugrupowań opozycyjnych, które na fali rozgorączkowania wyostrzają swój ideowy przekaz – tych, którym ta radykalizacja nie odpowiada. Dodatkowym wsparciem, choć przecież także źródłem wewnętrznych napięć, stał się ruch Szymona Hołowni. Nad ludowcami ciąży przecież wspomnienie mało asertywnej polityki względem koalicyjnej Platformy – lecz wtedy musieli się liczyć ze straszakiem w postaci SLD, a potem Ruchu Palikota, którymi mogli być zastąpieni, gdyby chcieli zablokować zbyt dużo projektów większego koalicjanta. Dziś wygląda na to, że ich pozycja – jeśli Paktowi Senackiemu uda się zdobyć także sejmową większość – będzie znacznie mocniejsza niż 16 lat temu.

W ewentualnej koalicji Trzecia Droga będzie musiała się mierzyć z atakami liberalnych i lewicowych mediów, lecz może nawet one zrozumieją w końcu, że bez takiego przyczółka po zachowawczej stronie społeczeństwa wszyscy będziemy skazani na kolejne lata pseudokonserwatywnej, przeciwskutecznej kontrrewolucji. ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Socjolog, publicysta, komentator polityczny, bloger („Zygzaki władzy”). Stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Pracuje na Wydziale Zarządzania i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Specjalizuje się w zakresie socjologii polityki,… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 40/2023

W druku ukazał się pod tytułem: Dziewiąta Rzeczpospolita