Szkodliwa iluzja. Dlaczego PiS szybko nie odzyska władzy?

Misja Morawieckiego traktowana była w PiS jak demonstracja siły i realnej alternatywy dla rządu Tuska. Efekt tej operacji może się jednak okazać bardzo groźny dla partii Kaczyńskiego. Oddala ją od realiów i hamuje proces wyciągania wniosków.

08.12.2023

Czyta się kilka minut

Jarosław Kaczyński w otoczeniu posłów PiS. Warszawa, 13 listopada 2023 r.
Jarosław Kaczyński w otoczeniu posłów PiS. Warszawa, 13 listopada 2023 r. / fot. Radek Pietruszka / PAP

35 proc. w wyborach jawi się jako świetny wynik. Problem w tym, że o ile zazwyczaj taki rezultat daje mocną pozycję negocjacyjną do tworzenia rządu, to w przypadku PiS nie przynosi nic. Wynika to z przyjętej już wiele lat temu strategii stawiania na samodzielne rządy obozu Zjednoczonej Prawicy. Dwa duże zwycięstwa (w 2015 i 2019 r.) spowodowały, że PiS postanowił kontynuować tę strategię także w ostatnich wyborach – bez sukcesu, do którego brakowało naprawdę sporo. Kilka punktów procentowych więcej nie zmieniłoby fundamentalnie sytuacji PiS i nie pozwoliłoby mu utrzymać władzy. 

Mylą się ci, którzy uważają, że źródłem problemów była słaba kampania. Porażka nie wynikła bowiem z taktycznych potknięć (choć bez wątpienia takowe popełniono), ale strategicznego błędu, jakim było ustawienie zbyt wysokiej poprzeczki. 

Wpłynęło na to kilka czynników. Po pierwsze, kolejne zwycięstwa wyborcze PiS spowodowały, że zbyt łatwo przyjmowano optymistyczny scenariusz jako bazowy. Po drugie, zakładano, że wysoki negatywny elektorat Donalda Tuska będzie stanowił wystarczającą barierę przed zwycięstwem koalicji pod jego przywództwem. Po trzecie, spodziewano się, iż pełne zaangażowanie zarówno partii, jak i państwa zdoła wystarczająco zmobilizować wyborców prawicy. Po czwarte, uznano, że tematyka migracyjna i bezpieczeństwo obywateli będą dodatkowym paliwem, a nie obciążeniem, jak ostatecznie się stało w wyniku afery wizowej oraz dymisji najważniejszych generałów. Po piąte wreszcie, można zakładać, że konieczność powściągnięcia ambicji nie była szeroko dyskutowana w partii. „Dworska” kultura wytworzyła presję na „filtrowanie” pesymistycznych diagnoz, ponieważ podważały one strategię przyjętą przez samego prezesa Kaczyńskiego. 

PiS przegrał trzy lata temu

Analizując sondaże można bez problemu wskazać moment, w którym PiS stracił de facto szanse na samodzielne rządy po raz trzeci z rzędu. Stało się to jesienią 2020 r., w wyniku protestów wywołanych wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji oraz w mniejszym stopniu „piątką dla zwierząt”. Wówczas po raz pierwszy od dłuższego czasu PiS spadł w sondażach poniżej 40 proc. i nigdy tego poziomu nie odzyskał; wszedł za to na ścieżkę do oddania władzy. Demonstracje, jakie wywołał wyrok TK, były na tyle emocjonalne i „tożsamościowo” doniosłe, że odzyskanie straconych wyborców jawiło się zadaniem bardzo trudnym. Oczywiście, w ciągu trzech lat mogło się zdarzyć wiele rzeczy, które zmieniłyby polityczną sytuację, i na to zapewne liczył PiS. Jednak z końcem 2020 r. stało się jasne, że tylko nadzwyczaj sprzyjające okoliczności mogą wydłużyć władzę Jarosława Kaczyńskiego. 

Skoro było to tak oczywiste, to kluczowe staje się pytanie, jak PiS wykorzystał te ostatnie trzy lata i co zrobił dla zbudowania zdolności koalicyjnej. Odpowiedź musi być druzgocąca. Nie tylko nie wykonał żadnej pracy, ale włożył dużo wysiłku, by oddalić od siebie potencjalnych koalicjantów, choćby sposobem traktowania ich w Sejmie. 

Tę ignorancję trudno wyjaśnić inaczej niż poprzez założenie, że w PiS uznano, iż koalicjanci nie będą potrzebni. Nawet jeśli politycy Zjednoczonej Prawicy dopuszczali scenariusz, w którym do utrzymania władzy konieczna byłaby Konfederacja, to zarazem uwierzyli, że korzyści płynące z władzy staną się na tyle atrakcyjne dla konfederatów, iż nie trzeba przygotowywać gruntu pod potencjalną współpracę; nie trzeba też poważnie traktować oświadczeń liderów Konfederacji, wykluczających sojusz z Kaczyńskim. 

Warto podkreślić, że w tym samym czasie Koalicja Obywatelska zdecydowała się na całkiem inną strategię. Zdając sobie sprawę z własnych ograniczeń, w tym przede wszystkim wysokiego elektoratu negatywnego, Tusk postanowił w końcowej fazie kampanii wesprzeć przyszłego koalicjanta, zachęcając wahających się wyborców do głosowania na Trzecią Drogę, niepewną przekroczenia progu. W efekcie KO uzyskała wynik nieco niższy, ale za to pozwalający jej stworzyć rząd. 

Ta decyzja lidera KO silnie kontrastowała z postawą prezesa PiS, który na ostatniej prostej postanowił zaatakować swojego jedynego potencjalnego koalicjanta. Jednak w efekcie słabego wyniku Konfederacji (zaważyło tu więcej czynników) nie było nawet arytmetycznej szansy na taką koalicję.

Coraz uboższa oferta

Strategii dążenia do samodzielnych rządów w sytuacji, w której stawało się coraz bardziej oczywiste, iż jest ona nierealna, nie towarzyszyło więc żadne „zabezpieczenie” na wypadek wyniku gorszego niż ten, który wynikał z marzeń lidera PiS. Należy przy tym dodać, że brak chętnych do tworzenia koalicji z tą partią jest wynikiem wieloletnich doświadczeń w mało partnerskim traktowaniu politycznych sojuszników, nie wspominając o przeciwnikach. Jest kwestią bardzo charakterystyczną, że programowo bliski PSL nawet nie zechciał usiąść do rozmów z PiS – z obawy przed politycznym „wrogim przejęciem”. W latach 2005-2007, kiedy Kaczyński tworzył koalicję z LPR i Samoobroną, realizował zarazem politykę zawłaszczania elektoratów tych partii. W efekcie obie na trwałe wypadły z Sejmu i poważnej polityki. Zresztą, nie trzeba sięgać do odległej przeszłości, aby poznać polityczne modus operandi Kaczyńskiego. Sposób traktowania przez niego koalicjantów w obozie Zjednoczonej Prawicy od dawna zniechęcał innych do jakichkolwiek form współpracy. PiS bezceremonialnie rozmontował Porozumienie Jarosława Gowina i miał zakusy pełnego podporządkowania Suwerennej Polski. Przed losem Porozumienia uchroniła partię Zbigniewa Ziobry większa spójność, lojalność i skuteczność polityków tej formacji, którzy na listach PiS zdobyli tyle samo mandatów, co Konfederacja samodzielnie.

Dodatkowym czynnikiem utrudniającym sukces okazało się stopniowe ubożenie politycznej oferty. Kampanijny przekaz premiera Morawieckiego, który wcielał się w rolę jednego z najtwardszych pisowskich „jastrzębi”, był symboliczny i pokazywał proces postępującej koncentracji na przekazie dla „twardego” elektoratu. Jest paradoksem, iż w kwestii politycznej strategii PiS przyjął bardzo optymistyczne założenie dotyczące własnej atrakcyjności i szansy na samodzielne rządy, ale w kampanii przekaz był bardzo defensywny – nakierowany na zmobilizowanie dotychczasowych zwolenników, a nie pozyskanie nowych. 

Kluczowym wnioskiem z wyborów, który mógłby przywrócić PiS na drogę do sukcesów, powinno być uświadomienie sobie błędów wynikających z przyjęcia złej strategii. Zwłaszcza że istnieją mocne przesłanki, by postawić tezę, iż nie zadziała ona także w przyszłości. Przekonanie dużej części polityków PiS, że wystarczy jak w 2007 r. „przeczekać” i władza prędzej czy później wróci, jest bardzo ryzykowne. Kluczowym problemem PiS jest bowiem nie tylko strategia, ale i demografia. Poparcie dla tej partii jest największe w najstarszej grupie wiekowej. Z przyczyn biologicznych będzie więc w najbliższych latach topnieć; ponadto na polityczny „rynek” wchodzi pokolenie o innej charakterystyce, dla którego PiS nie jest już zupełnie przekonujący. 35 proc. poparcia wygląda dziś obiecująco, ale jest też bardzo zwodnicze, ponieważ sugeruje, że sytuacja jest co najmniej niezła. Problem polega na tym, że długofalowe tendencje są dużo gorsze. I jeśli w partii nie dojdzie do fundamentalnych zmian, to PiS wpadnie w coś na kształt „pułapki średniego rozwoju”. Będzie silną, ale nie władzą, tylko opozycją.

Droga białej prawicy

Jakich zmian PiS wymaga, aby odzyskać formę? Kluczowe jest odbudowanie umiejętności współpracy z innymi, a także poszerzenie elektoratu. To zaś wymaga oferty dla elektoratu centrowego, który PiS pozyskał w 2015 r. (a także w 2005 r.), natomiast w ostatnich czasach zdemobilizował swą polityką lub stracił na rzecz (głównie) Trzeciej Drogi. Oba cele zresztą się wzajemnie uzupełniają. Otwarcie na centrowych wyborców, szczególnie wielkomiejskich, którzy nie odnajdują się w czasach ogromnej polaryzacji, wymaga umiarkowanego przekazu, który z kolei ułatwia współpracę z innymi partiami. 

Odzyskanie wyborców będzie niemożliwe bez wzmocnienia znaczenia oraz upodmiotowienia „białej” prawicy, czyli tej części obozu, która jest bardziej umiarkowana, a przede wszystkim – nastawiona na modernizację Polski z zachowaniem konserwatywnych wartości, a nie na rewolucję opartą na rewanżystowskich emocjach wobec środowisk liberalnych i elit. 

Nurt umiarkowany zdaje sobie sprawę ze strategicznej rozbieżności wielu naszych interesów z Niemcami czy Brukselą, ale nie prowadzi to do konkluzji, że najlepszą odpowiedzią będzie skrajnie antyniemiecka czy też antyunijna narracja. „Biała” prawica uznaje cywilizacyjne wyzwania, jakie rodzą różne kulturowe trendy, ale zdaje sobie sprawę, że odpowiedź musi być wyrażana w języku akceptowalnym dla nieprzekonanych. Nurt ten uznaje swoich przeciwników politycznych za konkurentów, ale nie za zdrajców ojczyzny, niezasługujących na elementarny szacunek i współpracę w sprawach, w których można osiągnąć porozumienie. „Biała” prawica po republikańsku traktuje troskę o wspólnotę polityczną jako wartość najwyższą, dlatego nie podgrzewa polaryzacji. Konserwatywny sposób widzenia świata każe też z szacunkiem podchodzić do państwowych instytucji i ostrożnie projektować zmiany wedle zasady: łatwiej coś zepsuć niż naprawić. Wreszcie, „biała” prawica może wprowadzić więcej programowego fermentu i odświeżenia. PiS-owi bardzo jest to potrzebne teraz, gdy cierpi z powodu zużycia władzą. Badania opinii publicznej wyraźnie pokazują, iż poparcie dla rządu Morawieckiego znacząco spadło w kadencji 2019-23, kiedy impet reformatorski wyhamował, wzrosły za to wewnętrzne konflikty. 

(Roz)budowa frakcji „białej” prawicy była od dawna hamowana przez pisowski „core” – jako koncepcja niebezpieczna, bo grożąca powrotem do „rozbicia dzielnicowego” z lat 90. Ci, którzy pamiętają czas wielu kanapowych i skłóconych partyjek, mają dziś traumę, z której wyciągają wniosek: prawica powinna być maksymalnie spójna. Owszem, fakty potwierdzają, iż „twarda” baza PiS jest i będzie społecznym fundamentem prawicy w Polsce, ale nie znaczy to, że inne nurty stanowią zagrożenie albo nie mają realnego politycznego znaczenia.

Brakujące płuco partii

Warto podkreślić, że zwycięstwa, które pozwalały PiS-owi rządzić w 2015 i 2019 r., miały miejsce, kiedy w obozie Zjednoczonej Prawicy były obecne choćby zalążki „białego” nurtu. Zwycięstwo PiS w 2005 r. nie byłoby zapewne możliwe bez ludzi, którzy odeszli potem z partii z powodu jej radykalizacji (np. Joanny Kluzik-Rostkowskiej, Pawła Kowala, Pawła Poncyliusza). Tak samo sukces odniesiony dziesięć lat później nie byłby możliwy, gdyby nie wcześniejsze zwycięstwo Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich. Wygrał on właśnie dlatego, że pokazywał inne, łagodniejsze i bardziej strawne oblicze. Poza tym obóz Zjednoczonej Prawicy miał na swoim pokładzie Porozumienie Gowina, które było partią co prawda dość niszową, ale dającą wzmocnienie, gdyż poszerzała ofertę polityczną. Zresztą, koncepcja uczynienia z Morawieckiego premiera także bazowała na chęci pozyskania sympatii wyborców ulepionych z nieco innej gliny niż „twardy” elektorat PiS. 

Nie powinno więc dziwić, że w 2023 r. brak obecności w ofercie czegoś innego niż przekaz z „serca” przyniósł PiS-owi porażkę. Co ciekawe, to nawet nie marginalizacja Gowina, ale przyjęcie przez Morawieckiego języka „twardego” PiS było najbardziej widocznym przejawem deprecjacji „białego” nurtu na prawicy. Skoro potencjalny lider tej frakcji dezerteruje ze swojej roli, trudno się dziwić, że inni jej przedstawiciele nie widzieli potrzeby wychylania się i powtarzali oficjalną, siermiężną linię partii. 

Odbudowa frakcji prawicowych modernizatorów nie może jednak polegać na działaniach pozornych. Jeśli oferta ma być poważna, nie może się sprowadzać do wysunięcia przed szereg kilku osób, które w marginalnych kwestiach będą nieco inaczej rozkładać akcenty. Musi być widocznym i pełnoprawnym „płucem” prawicy, tak jak pełnoprawnym płucem jest Suwerenna Polska, która wywalczyła prawo do własnego sztandaru oraz prawo do niezgody z PiS. Co ważne, w PiS wciąż są osoby, które do „białej” prawicy z chęcią zgłosiłyby akces, bo pod jej sztandarem czułyby się dużo lepiej. Pod warunkiem, że nie staną się grupą „outsiderów”, na którą będzie się patrzeć z nieufnością i podejrzliwością. To zaś wymaga zmiany kulturowej w PiS oraz uznania, że pluralizm jest wartością, a nie zagrożeniem.

Potencjał odegrania silnej roli wspierającej powstanie „białej” prawicy posiada prezydent Andrzej Duda. Poparcie dlań wciąż jest bowiem większe niż wyniki sondaży PiS. Poza tym w kilku kwestiach dał się poznać jako reprezentant obozu „gołębi”, a nie „jastrzębi”. Najbliższe półtora roku będzie dla niego bardzo ważne, gdyż Pałac Prezydencki stanie się kluczowym ośrodkiem władzy na prawicy – stąd całe środowisko będzie patrzyć na niego bardziej intensywnie niż w ostatnich ośmiu latach. Duda ma narzędzia do tego, aby taką frakcję w PiS wspierać i wpływać na nią. To jednak rola potencjalna, a nie prawdopodobna; dobrze znaną słabością Dudy są nieduże kompetencje w budowaniu własnego środowiska. Przez osiem lat prezydentury nie zdołał stworzyć we własnej Kancelarii trwałego zespołu, zdolnego do realizacji ważnych politycznych projektów. Trudno więc oczekiwać, aby w najbliższym czasie zdołał w istotny sposób odcisnąć swoje piętno na obozie PiS.

***

Nie ma dziś żadnych sygnałów, że PiS wyciągnął wnioski z porażki. Kilka powyborczych ocen Kaczyńskiego klarownie wskazuje, że na obecnym etapie refleksji wygrała koncepcja przeczekania, aż wróci polityczna koniunktura. Być może dopiero kolejne porażki w przyszłorocznych wyborach – najpierw samorządowych, a następnie europejskich – uświadomią środowisku, że problemem PiS nie były taktyczne błędy, ale kwestie fundamentalne. Jeśli tak się nie stanie, istnieje duża szansa, że umiarkowani, centroprawicowi wyborcy na dłużej zwiążą się z PSL. Proces ten będzie tym bardziej prawdopodobny, im silniej partia ta będzie chciała odgrywać rolę konserwatywnej kotwicy w rządzie Tuska. 

Paweł Musiałek

Paweł Musiałek, prezes chadeckiego Klubu Jagiellońskiego, w którym wcześniej kierował Centrum Analiz KJ. Absolwent politologii i stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Jagiellońskim, autor wielu analiz dotyczących polityki w Polsce i za granicą oraz rynku energetycznego.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 51/2023

W druku ukazał się pod tytułem: Szkodliwa iluzja