Wciąż pamiętamy słynną październikową debatę wyborczą w TVP, zresztą jedyną w minionej kampanii z udziałem wszystkich komitetów. Zapamiętaliśmy z niej przede wszystkim potyczkę między premierem Mateuszem Morawieckim i liderem PO Donaldem Tuskiem, w której obaj, poprzez zakleszczenie na wzajemnym sporze, nie wypadli zbyt przekonująco. Z ich pojedynku zwycięsko wyszedł ten trzeci – Szymon Hołownia, który swoim występem dołożył cegiełkę do świetnego wyniku Trzeciej Drogi w wyborach. I zwiększył tym samym swoje szanse na objęcie fotela marszałka Sejmu, co finalnie się wydarzyło.
We wtorek w Sejmie odbyła się niejako druga runda tamtego pojedynku, choć bez udziału Tuska, a jedynie między Hołownią a premierem Mateuszem Morawieckim. Przez ostatnie sześć lat parlamentarzyści i obserwatorzy Sejmu przyzwyczaili się do złotoustych wystąpień premiera Morawieckiego, który często korzystał z regulaminowego prawa zabierania głosu z trybuny sejmowej poza kolejnością, ale nikt z nim nie mógł polemizować. Nawet jeśli by chciał, na straży stali PiS-owscy marszałkowie.
Tym razem nowy marszałek sam był politycznym adresatem przemowy premiera, który jednak szybko tego pożałował, bo Hołownia wydaje się lubić takie niespodziewane zwarcia, więc z wdziękiem mu się odwinął – trafnie punktując rząd i stojącą za nim dotąd większość, że nie może mieć ona pretensji, iż kwestie zerowego VAT-u na żywność, emerytur stażowych, ograniczeń wzrostu cen energii czy wakacji kredytowych nie są natychmiast rozpatrywane. Hołownia przypomniał, że dzieje się tak, gdyż od końca sierpnia nie był zwoływany Sejm poprzedniej kadencji, a zerowego VAT na żywność rząd Morawieckiego nie umieścił nawet w przesłanym projekcie budżetu na 2024 rok.
Po tej wymianie opinii doświadczeni posłowie zgodnie komentowali, że czegoś takiego dotąd nie widzieli; dotychczasowi marszałkowie Sejmu na ogół nie pozwalali sobie na tak spektakularne polemiki.
Morawiecki przypuścił atak na „tematy zastępcze” i „polityczne igrzyska”, które chce organizować nowa większość, zamiast zajmować się sprawami naprawdę ważnymi dla ludzi. Miał oczywiście na myśli komisje śledcze – w sprawie wyborów kopertowych, wykorzystania programu Pegasus oraz afery wizowej – których powołanie jest w zasadzie przesądzone.

Krytykowanie nowej koalicji za to, że chce powołać komisje zamiast debatować na temat zerowego VAT-u na żywność – przypomina dylemat, czy myć ręce czy nogi. Tu nie ma przecież sprzeczności, można zrobić obie rzeczy. Tym niemniej przy powoływaniu tych komisji koalicja KO-Trzecia Droga-Lewica będzie miała kolejną okazję, by pokazać, iż różni się od PiS w respektowaniu parlamentarnych standardów. Nie udało się to przy wyborze wicemarszałków Sejmu, a zwłaszcza Senatu, może uda się tutaj.
Oczywiście rację miał Hołownia, który mówił na konferencji prasowej przed posiedzeniem Sejmu, że apetyty PiS na udział w różnych sejmowych parytetach są nieograniczone, a postulat partii Kaczyńskiego, by w 11-osobowych komisjach śledczych mieć pięciu przedstawicieli, jest grubą przesadą. Zwłaszcza że w Sejmie VIII kadencji, w działających wtedy komisjach śledczych (ds. Amber Gold i wyłudzeń VAT) drugi pod względem wielkości klub PO miał jednego reprezentanta.
To, ilu przedstawicieli PiS trafi ostatecznie do komisji, pokaże nam, na ile nowa większość jest gotowa przestrzegać parlamentarnych standardów. A przede wszystkim będzie kolejnym sprawdzianem dla samego Hołowni, na ile jest skuteczny we wchodzeniu w rolę arbitra. Po wyborze na marszałka zapowiadał, że zamierza respektować interesy wszystkich klubów parlamentarnych, ale w sprawie wicemarszałków z PiS mu się to nie udało. Zobaczymy, jak zakończy się obecne posiedzenie.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















