Myślałem, że będzie gorzej

FILIP PŁUŻAŃSKI, lekarz rezydent: Nasz system ochrony zdrowia działa tylko dlatego, że zrezygnowaliśmy ze wszystkich zabezpieczeń. Wszystkich.

13.04.2020

Czyta się kilka minut

Lekarz Filip Płużański (w środku) w zespole Kliniki Artroskopii, Chirurgii Małoinwazyjnej i Traumatologii Sportowej, Łódź, luty 2020 r. / ARCHIWUM PRYWATNE
Lekarz Filip Płużański (w środku) w zespole Kliniki Artroskopii, Chirurgii Małoinwazyjnej i Traumatologii Sportowej, Łódź, luty 2020 r. / ARCHIWUM PRYWATNE

KALINA BŁAŻEJOWSKA: Nie boi się Pan mówić pod nazwiskiem?

FILIP PŁUŻAŃSKI: Skąd!

Ciągle czytam artykuły, w których lekarze wypowiadają się anonimowo. Jeśli w ogóle chcą mówić, bo były już zwolnienia za wpisy na Facebooku.

I to jest właśnie nasz błąd. Albo będziemy coś zmieniać, albo udawać, że tego nie ma. Ja sam muszę iść za ciosem. Jeżeli nie bałem się jako rezydent protestować pod nazwiskiem, to teraz też nie będę się bać. I tak uchodzę za niepokornego pracownika.

No to jak jest z tą ochroną zdrowia?

Do tej pory działała trochę jak elektrownia w Czarnobylu podczas nocnego testu. Czyli: jesteśmy nieprzygotowani, ale przy sprzyjających warunkach wszystko nam się uda. I teraz pojawiły się niesprzyjające warunki.

My, rezydenci, możemy zawołać: „A nie mówiliśmy?”. Ale wolałbym, żeby to ministerstwo powiedziało: „Widzicie, nic się strasznego nie stało”. Mam jednak nadzieję, że uda się ten kryzys opanować. Bo jak nie, to fakt, że ostrzegaliśmy, nie będzie żadnym pocieszeniem.

Jak długo Pan głodował?

Pięć dni, czyli krótko. Nie byłem rekordzistą.

Jak to się znosi?

Pamiętam tylko, że nie chciałbym tego powtarzać. Nawet nie chodzi o głód, tylko o to uczucie, gdy o siódmej budził nas dźwięk rozstawianych kamer. Byliśmy jak małpy w zoo, albo gorzej, bo od małp nikt nie oczekuje, że będą się elokwentnie wypowiadać do mikrofonu. A tak naprawdę to oczekiwali, że wreszcie ktoś umrze i będzie co pokazać w telewizji.

Nasz zryw był nie tylko dla nas, ale też dla pacjentów. Młodzi lepiej widzą braki w systemie, bo jeszcze nie są pozbawieni ideałów, jeszcze nie myślą wyłącznie o karierze, jeszcze im się chce. Choć teraz, po trzech latach, już pewnie mniej.

Protest zakończył się umową z ministerstwem. Ktoś powie, że daliście się przekupić albo nabrać.

To był kompromis, na który w danej chwili było nas stać.

W danej chwili. Potem rząd wdrożył kreatywną księgowość i okazało się, że przy obliczaniu postulowanego przez Was procenta wydatków na ochronę zdrowia używa PKB z 2017 roku.

Racja. Czy to się mści w tym momencie? Zobaczymy. Wie pani, co rozkłada polską ochronę zdrowia?

„Kadra zarządzająca średniego szczebla, która położy ten system niwecząc potencjał pracowników czy reformy. Karierowicze z politycznej przechowalni bez wizji, elementarnej wiedzy, pozbawieni szacunku do pacjentów, niezdolni do wyprzedzania faktów…”.

Nie wiedziałem, że ktoś poza mną czyta mojego Twittera. Ale tak, ostatnie tygodnie pokazują to dobitnie. W wielu miejscach personel szarpie się z dyrekcją o to, żeby zaostrzyć procedury sanitarne. Oczywiście znam też pozytywne przykłady ludzi, którzy potrafią wyprzedzać fakty. I chociażby zauważyć, że SOR czy izba przyjęć są jak drzwi do szpitala – jak się zostawi je otwarte, to będzie przeciąg. Są szpitale, które miały taki przeciąg, że teraz zamykają kolejne oddziały. A proszę wierzyć, że dla nas – ludzi, którzy muszą opuścić pacjentów – kwarantanna nałożona na szpital to nie są dwutygodniowe wakacje, tylko dwutygodniowe więzienie.

Jeśli ktoś pozwala, żeby po oddziałach łaził lekarz, który miał kontakt z zakażonym pacjentem, to sorry, ale sprowadza bezpośrednie zagrożenie zdrowia i życia. Załamuję ręce, jak o tym słyszę.

Dyrektorzy mówią: gdybyśmy odsunęli cały nieprzetestowany personel, nie byłoby komu pracować. A drugie wytłumaczenie: brakuje masek, rękawiczek, kombinezonów.

Same środki ochrony indywidualnej nic nie dają. Możemy mieć wagon masek na każdego lekarza, ale jeśli nie mamy procedur przyjmowania, triażowania, kierowania i badania pacjentów, to zmarnujemy wszystko w dwa dni i zostaniemy z niczym.


Czytaj także: Małgorzata Solecka: Sztukmistrz z Anina


Niektórym dyrektorom bardziej niż personelu i masek brakuje myślenia. Może źle, że to są lekarze, na dodatek często próbujący pogodzić stanowisko z prywatną praktyką. Może to powinni być ludzie, którzy zajmują się zarządzaniem produkcją i optymalizacją procesów. Proszę się zresztą zastanowić, co jest w zakresie obowiązków dyrektora szpitala i w jaki sposób się przeprowadza konkursy.

Proszę mi powiedzieć.

Nie ma jasnych wymagań, celu typu „zwiększyć liczbę przyjmowanych pacjentów”. To się odbywa raczej na zasadzie „proszę ogarniać szpital”. Z nadzieją patrzę na nową strategię NFZ, który ma zacząć płacić za efekty, a nie za trwanie.

Musimy dookreślić, po co ma być szpital, ale też po co ma być ochrona zdrowia i powszechne ubezpieczenie zdrowotne. Żeby potem móc to realizować. A my się rozdrabniamy.

Chodzi Panu o to, że nie ma wizji?

Że zamiast wizji jest chaos. I w czasie epidemii ministerstwo próbuje ten chaos porządkować, łatać, co się da i czym się da. Zobaczymy za kilka tygodni, z jakim efektem. [Rozmawiamy 4 kwietnia – KB.]

Może moje zadowolenie jest przedwczesne, ale na razie jestem pełen podziwu dla tych dziewiętnastu szpitali jednoimiennych. Nie mówię, że udało się je super zorganizować, ale to nie jest rozstawienie namiotu, tylko ogromne przedsięwzięcie, zwłaszcza przy brakach sprzętu, niedofinansowaniu i całym tym bajzlu, jaki mamy w polskiej ochronie zdrowia. Zresztą było widać po ministrze, że chodził na rzęsach.

Ufa mu Pan?

Zaufałem w ostatnim miesiącu. Myślę, że to odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu. Wiem, że to niepopularna opinia, jak pani nie chce, proszę tego nie cytować.

Nie cenzuruję moich rozmówców.

Stoję między młotem a kowadłem: lata szarpałem się z ministerstwem, a teraz je chwalę.

Ale powiedzmy sobie szczerze, na taką epidemię nikt nie mógł się przygotować. Państwa, które rokrocznie uzyskują najwyższe noty w indeksie ochrony zdrowia, jak Belgia czy Holandia, też mają problemy. A Hiszpania? Wielokrotnie słyszałem, że jest krainą mlekiem i miodem płynącą dla zatrudnionych w ochronie zdrowia. Nie przepracowują się, mają dobry sprzęt i godziwe płace.

A teraz zamieniają lodowiska na kostnice i nie nadążają z kremowaniem zwłok.

System klęka i nie wiadomo, czy się podniesie. Myślę więc, że w Polsce mogło być gorzej. Mieliśmy dużo szczęścia, że przed nami wydarzyły się Chiny i Włochy. Wierzę, że części ich błędów u nas udało się uniknąć. Mam na myśli szybką decyzję o społecznej izolacji. Może powinna być szybsza. Ale przecież jeszcze na początku marca nie wiedzieliśmy, z czym to się je, nie wierzyliśmy doniesieniom: nawet profesjonaliści mówili, że to tylko nowa grypa.

Profesorowie epidemiolodzy.

Jeśliby wtedy, gdy ten wirus był postrzegany jako egzotyczna przygoda, wprowadzono radykalne ograniczenia, ludzie wyszliby protestować. Dopiero by się zrobił problem.

Izolacja jest konieczna, bo kupuje nam czas, żeby przeorganizować i przygotować do epidemii ochronę zdrowia. Proszę pamiętać: nasz system ochrony zdrowia działa tylko dlatego, że zrezygnowaliśmy ze wszystkich zabezpieczeń. Wszystkich. Z zakazu pracy w kilku miejscach, z limitu czasu pracy, z odległości między pacjentami. Na salę trzyłóżkową dajemy pięć łóżek. Bo się zmieszczą.

Do czego by Pan, poza elektrownią w Czarnobylu, ten system porównał?

Do węzła gordyjskiego, którego niestety nie da się przeciąć jednym ruchem. Nie da się jedną ustawą i jednym przelewem naprawić lat zaniedbań, zaszłości, przyzwyczajeń.

To wiem teraz, po kilku latach. Gdy głodowałem, wydawało mi się, że wystarczy dosypać pieniędzy. Nie wystarczy. Nawet jakby to było dwanaście albo trzydzieści procent PKB. Taka moja gorzka, odosobniona refleksja, proszę nie cytować.

Czemu? To wydaje się oczywiste.

Ale mnie zjedzą moi koledzy.

Przecież nie wycofuje się Pan z postulatu, żeby na ochronę zdrowia przeznaczać 6,8 proc. PKB. Dlaczego ten procent jest ważny?

Bo wciąż mamy za niski. 6,8 proc. to o jedną dziesiątą punktu więcej niż średnia w krajach OECD. Potrzebujemy takich nakładów, żebyśmy mogli z powrotem włączyć bezpieczniki. Żeby minister zdrowia, konsultanci krajowi i wojewódzcy nie musieli się na gwałt zastanawiać, jak rozwiązać problem, że medycy migrują.

I przenoszą wirusa między szpitalami, przychodniami, domami opieki. Bo z pracy w jednym miejscu nie wyżyją.

Albo dlatego, że są ciągnięci za uszy i błagani, żeby wzięli dodatkowy dyżur. Dopiero epidemia zmusza ministerstwo do wprowadzenia ograniczeń. Wcześniej mówili, że to niemożliwe.

Kilka miesięcy temu zaczęliśmy akcję „Zdrowa praca”. Namawialiśmy lekarzy i personel do pracy 48 godzin w tygodniu, co rezydentów zmusza do wyjątkowej gimnastyki, bo programy specjalizacji wymagają, żeby obstawiali jak najwięcej dyżurów w województwie. Wiele razy słyszeliśmy, że jesteśmy gnuśni, zepsuci… Starsi podawali siebie za przykład: bo oni jak byli młodzi, to brali 30 dyżurów w miesiącu i nigdy nie spali. Przypomina się skecz Monty Pythona.

O facetach, którzy przechwalają się, jak im było ciężko? „Pracowaliśmy 29 godzin na dobę za osiem pensów na całe życie”. „Spróbuj to powiedzieć dzisiejszej młodzieży”.

A weźmy Austrię – tam pracują maksymalnie 48 godzin w tygodniu, i nie dlatego, że są leniwym narodem. Po prostu na Zachodzie wychodzi się z założenia, że jak ktoś jest niewyspany, to gorzej pracuje. Bierze się pod uwagę, że medycy są ludźmi: potrafią być zmęczeni, chorzy, niedouczeni. I tak projektuje się system, żeby ów czynnik ludzki pełnił najmniejszą rolę. A polski system zakłada, że jesteśmy zawsze wypoczęci, bezbłędni, wszystko wiemy najlepiej i robimy dwieście procent normy. Dlatego czasami się wysypuje.

„Jeden lekarz, jeden etat” – to wasze hasło. W ilu miejscach Pan teraz pracuje?

W dwóch. Ale bardzo pilnuję tych 48 godzin. Choć dzisiaj… Kolega poprosił mnie, żebym przyjechał do mamy jego znajomej, która od dawna nie może się dostać do ortopedy. Poradnie zamknięte, a zastrzyku nie da się zrobić przez telefon. No to pojechałem.

Powtarzają nam, że na początku trzeba dużo robić, żeby się dużo nauczyć. Przy akcji „Zdrowa praca” znaleźliśmy wiele opracowań stwierdzających, że lekarze pracujący mniej wcale nie są mniej kompetentni. Może nie powinniśmy słuchać tych, którzy mówią: „Musicie się zarżnąć w tej robocie”. Często ryzykując życiem i zdrowiem pacjenta, nazwijmy rzeczy po imieniu.

Ile Pan wyrabiał godzin w miesiącu, zanim zaczął się pilnować?

Trzysta i więcej. Potrafiłem brać trzynaście dyżurów w moim podstawowym miejscu pracy i dodatkowe tam, gdzie miałem kontrakt. Mój najdłuższy maraton to tydzień dyżurów z przerwą w czwartek. Bo w czwartek byłem zaproszony na dyskusję o ochronie zdrowia w jednym z łódzkich pubów, na której w półśnie powiedziałem dwa słowa. Wtedy wydawało mi się, że jestem niezniszczalny, a dziś uważam, że byłem skrajnie głupi i nieodpowiedzialny.

Podobno teraz lekarze i pielęgniarki masowo biorą zwolnienia na opiekę nad dziećmi.

Biorą, bo jest wiele rodzin lekarskich albo lekarsko-pielęgniarskich. Moja żona, która robi specjalizację z kardiologii dziecięcej, też została w domu. Mieliśmy do wyboru: albo ja, albo ona. I jestem pewien, że lekarki, które siedzą z dziećmi, wcale się z tego nie cieszą. Proszę mi wierzyć: lekarze są ambitni, ale lekarki bardziej. To one zmieniają polską medycynę.

Czy medycynie koronawirus przyniósł cokolwiek dobrego?

Pokazał, że centralnie sterowana ochrona zdrowia jest dobrym rozwiązaniem. Tego nie udałoby się opanować w systemie wolnorynkowym. Okazało się też, że nie można zbudować dobrego systemu opieki zdrowotnej tylko dla tych, których stać.

Wszyscy są połączeni, biedni zarażają bogatych i odwrotnie.

Koronawirus pokazuje też, jak ważne są szczepienia. Nagle nie słyszy się antyszczepionkowców. Zobaczymy, czy wrócą.

Już wrócili, z nową narracją: wirusa wymyślono po to, żeby zmusić ludzi do szczepień. Albo to efekt sieci 5G.

Ech, pewne rzeczy się nie zmienią.


Czytaj także: Solidarność i samotność - rozmowa z Ewą Bińczyk


Inny pozytywny skutek uboczny: w Polsce ministerstwo zdrowia stało się kluczowe i inne resorty zaczęły go słuchać. Zmieniło się nastawienie lekarzy do e-zwolnień i e-recept, bo wcześniej podchodzili do tego z rezerwą. Nagle da się przeprowadzać telewizyty na NFZ, niedawno nie do pomyślenia. Może jeszcze bodźcowane przez nas ministerstwo ograniczy papierologię, żebyśmy nie przenosili bakterii i wirusów na długopisach i pieczątkach. Wiem, że to brzmi strasznie, ugrać coś na epidemii – ale wreszcie jest wola po drugiej stronie, żeby działać zdecydowanie.

Czemu to takie ważne?

Bo za dużo czasu tracimy na pierdoły: małe rzeczy, powtarzane przez każdego lekarza każdego dnia, zapychają system.

A asystenci i asystentki medyczne? Może ich nie ma, nigdy jeszcze nie spotkałam.

Widziałem jedną w szpitalu w Łowiczu. Byłem zaskoczony, bo w moim podstawowym miejscu pracy, wielkim szpitalu uniwersyteckim z tradycjami, takiej osoby zatrudnić się nie da. Bo dużo taniej wziąć trzydziestu rezydentów, niech otwierają szlabany i odśnieżają parkingi – przesadzam oczywiście, ale tak to mniej więcej wygląda. A w powiatowej placówce po prostu trzeba komuś zapłacić, żeby chciał przyjść i wypełniać papiery.

Jakie dokładnie papiery?

U mnie w szpitalu to są 52 kartki na historię choroby.

Na całość leczenia czy na każdą wizytę?

Na pobyt trwający dobę. Najpierw wypełniam miliony formularzy w komputerze, a potem muszę je wydrukować, podbić i podpisać. Trzymamy to i na serwerze, i w archiwum, które zajmuje oddzielny budynek. Bo względy bezpieczeństwa – nie realne, tylko formalne – urosły do strasznych rozmiarów. Nie może być login, musi być podpis elektroniczny, kwalifikowany. Z tym jest problem, a że się kładzie pacjentów na korytarzu, to już problemu nie ma. NFZ mówi, że tak nie można, a pacjenci dalej leżą.

Słyszał Pan, jak wiceminister Waldemar Kraska oznajmił w radiu, że zakażenia szpitalne wynikają z nonszalancji lekarzy?

Nie mogę się z nim zgodzić. Większość z nas jest na tyle ogarnięta, że zachowuje względy bezpieczeństwa. Przebieramy się i myjemy po dziesięć razy. Nie jeździmy windą, bo mamy przeczucie, że stężenie wirusa na klatce schodowej jest mniejsze.

Kraska akurat mówił o „starszych medykach”.

Proszę mnie nie ciągnąć za język, błagam. Rzeczywiście, średnia wieku polskich lekarzy jest bardzo wysoka, a starych drzew się nie przesadza. Trudno z dnia na dzień zmienić kilkudziesięcioletnie przyzwyczajenia. To jak z emerytami na ulicach: sześciu na dziesięciu ma maskę, a czterech nie.

A powinni nosić wszyscy i wszędzie?

Tak, nawet domowej roboty. Wbrew pierwszym zaleceniom WHO, które w tym wypadku zawiodło, i to bardzo. Maski nas ratują, dopóki nie mamy powszechnej szczepionki ani cudownego leku. Wracając do przestrzegania procedur: na samym początku epidemii nie było czego przestrzegać, nie mieliśmy wytycznych. Zresztą w Polsce algorytmy i procedury są czymś, od czego personel medyczny dostaje wysypki. Jasne, to porządkuje pracę, ale też dramatycznie ją spowalnia.

A lekarze, jak mówiliśmy, nigdy nie mają czasu.

I miejsca. Ze względu na przeładowanie szpitali właściwy reżim sanitarny jest niemożliwy do utrzymania. Na niektórych oddziałach wygląda to jak na dworcu. Do tej pory, jak się pojawiała bakteria czy wirus, to izolacja pacjenta wyglądała tak, że się go zasłaniało parawanem. Była jedna salowa na dwa oddziały, która tym samym wózkiem przewoziła jedzenie na salę i do izolatek. I nagle wpadamy w epidemię koronawirusa. Człowieka paraliżuje strach: co to będzie? Jak my się w tym nielogicznym systemie przestawimy na procedury? Dlatego uważam, że wyłączenie przyjęć i zabiegów planowych – czyli tych, które nie ratują życia – było najlepszym rozwiązaniem. Trzeba było zatrzymać system, żeby go zresetować.

A jeśli więcej pacjentów niż na COVID-19 umrze na udary, zawały i wyrostki robaczkowe, bo nie dostaną pomocy na czas?

Nie widzę tego tak czarno. Leczymy i będziemy leczyć nagłe stany. Decyzja, żeby wystopować zabiegi planowe, sprawiła moim zdaniem, że na razie tylko 20 proc. zakażonych to lekarze i personel medyczny. Tylko. Wszyscy mówią, że to masakra, ale gdybyśmy gnali cały czas, pewnie już tydzień temu wszyscy bylibyśmy chorzy.

Badał się Pan?

W zeszłym tygodniu głowa zaczęła mi szwankować i myślałem, że na pewno coś złapałem. Na szczęście na razie nie.

Bez problemu Pan zrobił test?

Tak. To chyba zależy, niestety, od podejścia dyrekcji.

Jakie jeszcze braki systemu widać teraz lepiej?

Że ratownictwo medyczne, czyli karetki, SOR-y i izby przyjęć są wciąż niedoszacowane finansowo. Zawsze były jak niechciane dziecko albo gorący kartofel. Widziała pani kiedyś artykuł o tym, że na SOR-ze uratowano komuś życie wspaniałą nową metodą? Nie. Bo tam, owszem, ratuje się życie, ale w większości przypadków to są proste zabiegi. A jak się wprowadza operacje robotem da Vinci, który kosztuje miliony dolarów, to można przeciąć wstęgę, zrobić sobie zdjęcie i napisać w gazecie, że jesteśmy wreszcie w kosmosie, a od przyszłego roku polecimy na Marsa. Chyba za bardzo chcemy latać w kosmos, a za mało patrzymy pod nogi.

Wierzy Pan w oficjalne statystyki zakażeń i zgonów?

Zacznijmy od tego, że wypełnianie karty zgonu nie jest łatwe. Dla mnie, ortopedy, to koszmar. Tam jest kilka rubryk: przyczyna wtórna, wyjściowa… Trudno byłoby mi powiedzieć, że 75-letni pacjent, który leży u nas z rozchwianą cukrzycą, zmarł akurat na COVID-19. Bez koronawirusa też by dostał zapalenia płuc. Szukamy spisku rządu, ale po co?

Bardziej wierzę w to, a nawet jestem świadkiem, że to dyrektorzy robią wszystko, żeby nie informować o skali zakażeń. Nie chcą, żeby to u nich w szpitalu szambo wybiło pierwsze. Boją się, że ich spalą na stosie. Bo system jest nakierowany na penalizację, a nie na uczenie się na błędach i ich naprawianie.

Podobno lekarze boją się nosić maseczki szyte w domach, bo w ewentualnym procesie to ich może obciążyć.

Lekarz może być pociągnięty do odpowiedzialności karnej za wszystko. Na przykład jak podejmujemy dyżur w miejscu, w którym brakuje leków albo sprzętu, to znaczy, że nie dopełniliśmy obowiązków.

Taka świadomość paraliżuje?

Oczywiście. Jest takie fajne sformułowanie: „medycyna krycia tyłka”. Lekarzom, jak tylko wyjdą z uczelni, powtarza się: „Chroń własny tyłek”. A nie: „Ucz się na błędach i naprawiaj je”.

Po tej pandemii zmieni się na lepsze podejście do reżimu sanitarnego?

Obawiam się, że jeszcze zanim się skończy, wrócimy do naszego grajdołu. Powiem jako związkowiec: te wszystkie kontrakty, samozatrudnienia są dobre w momencie, kiedy nic się nie dzieje. A teraz są lekarze, którzy nie dostają pensji.

Bo oddział zamknięty.

Albo ma mniej pracy i będzie na nich oszczędzał. Więc za chwilę pojawi się presja, żeby może jednak wrócić do planowych zabiegów. W szczytnym celu pomocy pacjentom, ale podyktowanym pragmatyzmem. I nie ma co się dziwić, że lekarze chcą pracować i zarabiać.

Ja, lekarz na etacie, jestem teraz królem życia, o siebie się nie boję. Boję się, że ludzie dookoła mnie tej pracy nie będą mieć.

Może to zdrowie nas za drogo kosztuje?

Ważąc wszystko, będę bronił decyzji o zamknięciu państwa. Podziwiam, że ktoś miał odwagę, żeby ją podjąć.

Ale nie ma odwagi, żeby…

Przełożyć wybory? Nie wiem, nie jestem politykiem. Jestem lekarzem i chciałbym tylko przeżyć do 10 maja. Wierząc, że do tego czasu uda się to opanować, wspólnymi siłami: medyków i ministerstwa. Że będziemy w stanie się spiąć i sobie nawzajem pomóc, a nie rzucać kłody pod nogi. Innej opcji nie ma. ©℗

FILIP PŁUŻAŃSKI (ur. 1983) jest lekarzem rezydentem w trakcie specjalizacji z ortopedii, wiceprzewodniczącym Porozumienia Rezydentów OZZL.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Absolwentka dziennikarstwa i filmoznawstwa, autorka nominowanej do Nagrody Literackiej Gryfia biografii Haliny Poświatowskiej „Uparte serce” (Znak 2014). Laureatka Grand Prix Nagrody Dziennikarzy Małopolski i Nagrody „Newsweeka” im. Teresy Torańskiej,… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 16/2020