Reklama

Zdjęcia z wnętrza

Zdjęcia z wnętrza

20.01.2020
Czyta się kilka minut
Po raz pierwszy udostępniono w całości fotografie z Podziemnego Archiwum Getta Warszawy. To jedyna taka kolekcja, przedstawiająca życie stołecznej społeczności żydowskiej i przez nią samą wykonana.
Adam Czerniaków, prezes Judenratu, przed aresztem przy ul. Gęsiej (trzeci od lewej) wraz ze zwolnionym więźniarkami. Pełny opis pod tekstem. HENRYK (JECHIEL) BOJM (?), FOTO-FORBERT // ŻYDOWSKI INSTYTUT HISTORYCZNY
W

We wrześniu 1946 r. na terenie dawnego getta, przy ul. Nowolipki, odnaleziono 10 metalowych skrzyń. Przechowywane w nich papiery, choć wilgotne, ocalały. Cztery lata później, w grudniu 1950 r., podczas stawiania nowego budynku na osiedlu Muranów natrafiono na dwie bańki na mleko. Ukryta była w nich kolejna część archiwum getta warszawskiego, tworzonego przez Emanuela Ringelbluma i jego współpracowników z grupy Oneg Szabat. Ten zbiór – ponad 35 tys. stron (w tym 746 relacji, 380 teczek dokumentów, 120 opracowań naukowych i 88 dzieł literackich) – jest przechowywany i udostępniany przez Żydowski Instytut Historyczny.

Wśród materiałów odnalezionych w 1946 r. były też dwa zbiory zdjęć. Jeden był całkowicie zniszczony, w drugim ocalało 76 fotografii. To nie jedyne zdjęcia w Archiwum Ringelbluma, jednak to one mają szczególne znaczenie.

O ile z czasu niemieckiej okupacji ocalała obszerna dokumentacja życia w łódzkim getcie (kilka tysięcy zdjęć), inaczej jest w przypadku getta w Warszawie. Przetrwały głównie zdjęcia robione przez Niemców, w tym zamieszczone w raporcie gen. Jürgena Stroopa o likwidacji getta.

Ale nawet jeśli, jak w przypadku foto­grafii radiooperatora Willy’ego Georga, nie służyły propagandzie, to były robione z perspektywy kata. Owszem, jak podkreśla francuski badacz Georges Didi-Huberman, potrafią one pokazać „coś zupełnie innego niż to, co widział sam fotograf” – jak zdjęcie z raportu Stroopa, przedstawiające kilkuletniego chłopca z podniesionymi rękami, które stało się ikonicznym świadectwem niemieckich zbrodni.

Jednak fotografie z Archiwum Ringelbluma były robione nie tylko wewnątrz getta, ale też przez same ofiary.

Zarejestrowany świat

„Dążyliśmy do tego, aby w naszych pracach oddać całą prawdę, nieważne, jak gorzką. Nasze fotografie są wierne, bez retuszu” – notował Ringelblum. Archiwum miało być rejestracją życia ludności żydowskiej pod okupacją, w różnych wymiarach: społecznym, ekonomicznym, religijnym, kulturalnym. Nie tylko w Warszawie, także w wielu innych miastach, i także na terenach pod okupacją sowiecką.

Wiadomo, że wśród materiałów zgromadzonych do 1942 r. przez twórców ­archiwum było ok. 350 zdjęć. Odnaleziono zatem tylko niewielką ich część. Co więcej, tych 76 fotografii było pozbawionych opisów. Zostały opisane w 1946 r. przez Laurę Eichhornową zaraz po odnalezieniu. Nie mieszkała ona jednak wcześniej w warszawskim getcie i pomocą w opisaniu zdjęć służyli jej zapewne żyjący członkowie Oneg Szabat: Hersz i Bluma Wasserowie, a może także Rachela Auerbach. Jednak dziś już wiadomo, że informacje te były szczątkowe. Co gorsza, zbiór został potem rozproszony. Część fotografii zaginęła lub nie ocalały oryginalne odbitki.


AUSCHWITZ: PYTANIA O PAMIĘĆ

27 stycznia 1945 r. żołnierze Armii Czerwonej zajęli teren niemieckiego obozu Auschwitz-Birkenau, uwalniając ostatnich więźniów. W 75. rocznicę publikujemy dodatek poświęcony pytaniom o kształt pamięci o Holokauście >>>


 

Historia tych zdjęć może zaskakiwać. Tworząc archiwum, Ringelblum bliski był myśleniu Aby Warburga i jego słynnego atlasu „Mnemosyne”, w którym materiał ikonograficzny odgrywał kluczową rolę. Jednak po wojnie zdjęcia te, inaczej niż słowo pisane, uznano za mniej ważny materiał. Publikując zawartość archiwum, nie poświęcono im oddzielnego tomu. Dopiero wydana właśnie pod redakcją Anny Duńczyk-Szulc książka „Rozproszony kontakt. Fotografie z Archiwum Ringelbluma na nowo odczytane” przywraca im znaczenie.

Życie mimo wszystko

W książce tej zamieszczono wszystkie odszukane po latach fotografie (do chwili oddania publikacji do druku z pierwotnego zbioru brakowało sześciu zdjęć). Zostały ponownie opisane. Części zdjęć towarzyszą cytaty z zachowanych świadectw: notatek Ringelbluma, dzienników z archiwum, a także „Dziennika” Adama Czerniakowa, oraz współczesne teksty na temat tego zbioru, m.in. już wspomnianego Georges’a Didiego-Hubermana.

„Rozproszone są sposoby patrzenia lub odmowy patrzenia, możliwości widzenia lub odmowy widzenia. Rozproszona jest wiedza o czasie, której fotografie mogłyby nam dostarczyć” – pisze ten francuski badacz. Cały ten zbiór jest jedynie fragmentem. Wyimkiem, ułomnym i niekompletnym. Jednak znaczącym, bo pokazuje życie w getcie. Bez dystansu.

Zbiór podzielono na trzy części: „Rządy ciemiężców”, „Rządy prześladowanych”, „Życie mimo wszystko”. Każda układa się w odrębną opowieść. Pierwsza pokazuje skutki działań okupantów: zasieki i mury oddzielające getto od reszty miasta, tłum na drewnianej kładce nad ul. Chłodną (nienależącą do getta), nekrologi naklejone na murach, kolejki po żywność, dzieci wyniszczone głodem. W tym materiale jest jeden znaczący nieobecny: Niemcy (tylko na zdjęciu cmentarnej bramy można zauważyć policjanta). Aparat dokumentuje następstwa działań katów, a nie ich samych.

W drugiej części znalazła się dokumentacja funkcjonowania getta pod rządami Judenratu. Są tu zdjęcia żydowskich policjantów, szefa rady Adama Czerniakowa z kobietami zwolnionymi z więzienia, ludzi czekających na przydział chleba czy słuchających komunikatów nadawanych przez „szczekaczki”. To obraz rządzących, chwilami brutalnie skontrastowany z losem innych osadzonych w getcie. Ostatecznie jednak jedni i drudzy byli przez Niemców skazani.

Trzecia część ukazuje owe życie mimo wszystko: matki spacerują z dziećmi w wózkach po pl. Muranowskim, na boisku „Skry” uprawia się kartofle i kapustę. Są zdjęcia witryn sklepowych czy chłopca żebrzącego pod murem. I jest zdjęcie niezwykłe, odbiegające swym charakterem od reszty: przedstawia ślub dziennikarki „Warszawer Radio” Haliny Zuckerman. Przez chwilę świat stał się normalny. To było „wesele jak się patrzy” – wspominała po latach Rachela Auerbach, dodając, że fotografia z tej uroczystości to „nieoczekiwane, konkretne pozdrowienie ze świata, który stoczył się w przepaść”.

Archeologia fotografii

Wydanie książki poprzedziła wystawa „Światło negatywu / Obrazy z Archiwum Ringelbluma i archiwum Jerzego Lewczyńskiego / na nowo odczytane”, którą prezentowano w ŻIH-u w 2019 r. Obok fotografii z warszawskiego getta znalazły się na niej inne, znalezione przed laty w Sączu, w domu należącym do rodziców Zdzisława Beksińskiego. Przedstawiają rodzinę tamtejszego aptekarza Henryka Eisenbacha. Ten zbiór negatywów, zapis codziennego życia żydowskiej rodziny sprzed Zagłady, Jerzy Lewczyński wykorzystał w swoich pracach. W 1971 r. powstaje „Tryptyk znaleziony na strychu”, jedno z najważniejszych dzieł w polskiej historii sztuki XX w. Cztery lata później „Negatywy”.

Jednak to znalezisko przede wszystkim pozwoliło Lewczyńskiemu sformułować założenia „archeologii fotografii”, która ma odkrywać, badać i komentować dawne zdarzenia, fakty i sytuacje zapisane w fotograficznej materii. Celem „archeologii fotografii”, precyzował, jest też „poszukiwanie świadków dawnych wydarzeń! Takim świadkiem jest światło, które było bodźcem technologicznych procesów utrwalania rzeczywistości, i które wyrzeźbiło w negatywie dawną powszechną obecność!”. Negatyw jest „autentycznym światłem minionych wydarzeń”.

Praktyka artystyczna Lewczyńskiego została przejęta przez badaczy. Idąc śladem „archeologii fotografii”, rozpoznano bohaterów zdjęć oraz miejsca i kontekst ich powstania. Co więcej, okazuje się, że autorem większości z nich był Henryk Bojm, fotoreporter przedwojennego „Nowego Przeglądu”, współzałożyciel działającego od 1930 r. i modnego w świecie filmowym warszawskiego atelier Foto Forbert. A to zapewne tylko początek procesu odzierania tych zdjęć z anonimowości.

Zwrot ku wizualności

Ubiegłoroczna wystawa i wydana właśnie książka „Rozproszony kontakt...” wpisują się w szerszy nurt: przywracania pamięci o konkretnych ofiarach – nie tylko Zagłady, bo można przywołać też prace nad stworzeniem listy cywilnych ofiar powstania warszawskiego – nazwania ich z imienia. Przez lata anonimowe, odzyskują swą tożsamość.

To także przejaw zwrotu ku obrazowi, uznania znaczenia wizualności – i znowu: nie tylko w kontekście Zagłady (by przypomnieć rekonstrukcję powstańczych zdjęć i filmów z 1944 r.). Badacze z ŻIH-u zwrócili tu uwagę na samą fotografię jako obiekt materialny, kruchy i delikatny. To w tę materię, jej fizyczność, jest wpisana przeszłość. W książce są oryginały zdjęć, ale też kopie do dziś niezachowanych (lub nieodnalezionych). Foto­grafiom pokazującym wszystkie szczegóły towarzyszą inne, zamazane, nieostre. Są nie tylko świadectwem Holokaustu, ale też pamięci o nim. W tekście zamieszczonym w książce Georges Didi-Huberman pisze, że przyjechał do Warszawy, by zobaczyć zdjęcia z Archiwum Ringelbluma. Jednak po chwili koryguje: „spróbować zobaczyć”. Aby wreszcie zaznaczyć: „tylko spróbować zobaczyć”.

Stopniowalność nie jest tu przypadkowa. Podkreśla ułomność spojrzenia nas, współczesnych. Możemy patrzeć na zdjęcia z czasów Holokaustu, ale czy zobaczymy jego rzeczywistość? Zapewne jesteśmy zmuszeni pogodzić się z daremnością naszych starań – co jednak nie znaczy, że mamy je porzucać. Fotografia bowiem, jak podkreślał francuski teoretyk filmu André Bazin, nie tworzy, lecz balsamuje czas, „ratując go przed samo­zniszczeniem”. ©


ZDJĘCIE POWYŻEJ

Z opisu zdjęcia na wystawie w ŻIH: Niemcy zażądali dostarczenia futer dla armii walczącej na wschodzie. Adam Czerniaków, prezes Judenratu, starał się wymienić zebrane futra i kożuchy na ludzi więzionych za nielegalne opuszczenie getta.
11 marca 1942 roku udało mu się uwolnić pierwszą grupę więźniów. Prezes pojechał do Aresztu Centralnego przy ul. Gęsiej – stoi trzeci od lewej, a jego żona Felicja trzecia od prawej. Pierwszy z prawej stoi Szmuel Winter, pracownik Judenratu, członek grupy Oneg Szabat, towarzyszą im zwolnione więźniarki. / FOT. FOT. HENRYK (JECHIEL) BOJM (?), FOTO-FORBERT // ŻYDOWSKI INSTYTUT HISTORYCZNY

 

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk sztuki, dziennikarz, redaktor, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Laureat Nagrody Krytyki Artystycznej im. Jerzego Stajudy za 2013 rok.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]