Krótkowzroczność stała się epidemią

Świat nauki nie wynalazł jeszcze terapii idealnej, ale nowe metody skutecznie hamują to schorzenie. Tyle że nie w Polsce.

23.01.2024

Czyta się kilka minut

Badanie wzroku w poradni okulistycznej dla dzieci // Fot. Cultura Creative / AFP / East News
Badanie wzroku w poradni okulistycznej dla dzieci // Fot. Culture Creative / AFP / East News

Dlaczego najlepsza w mojej rodzinnej miejscowości specjalistka może stanowczo stwierdzić, że nie ma żadnej metody leczenia krótkowzroczności, a specjalistka z innego, oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów miasta, że metod tych jest kilka? – dziwi się pan Marcin z Podkarpacia (nazwisko do wiadomości redakcji), ojciec 11-letniej Marysi, która od kilku lat zmaga się z wysoką krótkowzrocznością. – Jestem informatykiem i żeby być dobrym w swojej pracy, stale poszerzam wiedzę, która zmienia się w mojej dziedzinie błyskawicznie. W przypadku lekarzy powinno być podobnie. Różnica polega na tym, że jeśli ja czegoś nie doczytam, nie skrzywdzi to żadnego dziecka.

Opóźnienie we wdrożeniu leczenia u córki pana Marcina oznacza przypuszczalnie niepotrzebne pogłębienie wady – nawet o kilka dioptrii. Od momentu przeprowadzenia we wczesnej podstawówce badań przesiewowych, które wykazały u dziecka wadę wzroku, minęło kilka lat, a dopiero 1,5 roku temu trafiło ono do gabinetu ortoptycznego, który zaczął pracować nad zatrzymaniem postępu krótkowzroczności. 

– Kiedy Marysia miała 8 lat, wada wynosiła na jednym oku 2 dioptrie, a na drugim 1,5 dioptrii. Co pół roku, podczas każdej kolejnej wizyty kontrolnej, okazywało się, że wada pogłębia się o ok. 0,75 dioptrii. Lekarka wystawiała tylko zlecenia na kolejne okulary, które przecież nie leczą, a jedynie dostosowują szkła do wady. Mówiła, że nic więcej nie może zrobić – wspomina rozgoryczony ojciec. – Raz czy dwa wspomniała o tym, że niektórzy stosują atropinę, ale że to jest trucizna, której nie zalecałaby dziecku.

W wieku 10 lat wada w jednym oku Marysi pogłębiła się do 6 dioptrii i do 4 dioptrii w drugim. Ojcu trudno było się z tym pogodzić, bo przy tak postępującej wadzie jego córka miałaby potężny problem ze wzrokiem, jeszcze zanim dorośnie. Pan Marcin czuł, że w XXI wieku musi istnieć jakaś nowocześniejsza terapia, ale z drugiej strony Marysia była pod opieką najlepszej w mieście okulistki, która twierdziła, że okulary to jedyne rozwiązanie, a krople z atropiną są metodą niezbadaną i nie wiadomo, w jaki sposób wpłyną na zdrowie dziecka.

Ojciec Marysi postanowił jednak poszukać rozwiązań na własną rękę. Znalazł w sieci informacje o ortokorekcji, czyli metodzie, która opiera się na stosowaniu tzw. twardych soczewek kontaktowych na noc. Spędzone przed komputerem godziny przynosiły kolejne, zaskakujące informacje pochodzące z wiarygodnych stron. – Poświęciłem na research w internecie trzy popołudnia i dowiedziałem się, że oprócz klasycznych soczewek są jeszcze okulary MiYOSMART, które hamują rozwój krótkowzroczności, i potwierdziły to badania kliniczne. Znalazłem także informację, że gabinet, który oferuje takie okulary, znajduje się w Rzeszowie. Na miejscu dowiedzieliśmy się, że na świecie opracowano już wiele metod hamowania rozwoju krótkowzroczności i wciąż pojawiają się kolejne. Moja córka od półtora roku nosi okulary antymiopijne i stosuje zalecone ćwiczenia. Wada pogłębiła się tylko o 0,25 dioptrii – dodaje ojciec dziecka. Wcześniej w takim samym czasie potrafiła pogłębić się o ponad 2 dioptrie.

Wszystko z bliska

Podobne problemy w znalezieniu odpowiedniego lekarza miała pani Dominika z niewielkiej miejscowości na Mazowszu, mama trzyletniego Miłosza. Zorientowała się, że dziecko ma problem ze wzrokiem, kiedy chłopiec skończył dwa lata.

– Sama zauważyłam, że jest jakiś problem. Syn przyglądał się z bliska wszystkim przedmiotom, książeczki zbliżał do oczu, podobnie było z każdą zabawką. Przykładał je sobie do twarzy, żeby zobaczyć, co to jest – wspomina pani Dominika.

Mimo że w mieście, w którym mieszka, swoje gabinety prowadzi pięciu okulistów, znalezienie lekarza dla tak małego dziecka okazało się dużym wyzwaniem. Żaden z lokalnych specjalistów nie chciał zająć się problemem chłopca. Zdiagnozowano tylko wadę: 10 dioptrii w prawym oku i 11 dioptrii w lewym.

Dziecko traciło stopniowo wzrok, a kolejne wizyty tylko pogłębiały frustrację, zwłaszcza że każda kosztowała 250-280 zł. Mama Miłosza zaczęła więc szukać pomocy na grupach facebookowych i tam właśnie otrzymała namiary na lekarzy w Warszawie, którzy mogli pomóc chłopcu.

– Czytałam i czytałam. Przejrzałam chyba cały internet na ten temat – mówi pani Dominika. – Trafiliśmy w końcu na lekarkę, która specjalizuje się w krótkowzroczności. W międzyczasie pojechaliśmy jeszcze do innej okulistki, która przepisała krople z atropiny i okulary MiYOSMART. Wizyta była prywatna, pani doktor nie miała kontraktu z NFZ, więc krople były bez refundacji. Miesięczny koszt wynosił 700 zł. Proszę policzyć: okulary za 1300 zł, które są co kilka miesięcy do wymiany, plus koszty wizyt, dojazdów i kropli. To były dla nas astronomiczne kwoty. Musieliśmy znaleźć inną lekarkę – przyznaje mama Miłosza.

Od pół roku Miłosz nosi nowoczesne okulary (refundacja 50 zł za każde szkło) oraz przyjmuje przepisaną z refundacją atropinę na noc, w stężeniu 0,05 proc. (18 zł miesięcznie). Na razie wada nie pogłębiła się, choć – jak przyznaje pani Dominika – zdaniem lekarzy jest jeszcze zbyt wcześnie, żeby potwierdzić bez wątpliwości skuteczność terapii.

Wyrzućmy elektrosmoczki

W ciągu ostatnich dekad problem krótkowzroczności zaczął mocno przybierać na sile, zwłaszcza u dzieci. Przyczyn jest kilka, ale najważniejsza to rozwój cywilizacyjny i powszechne używanie urządzeń ekranowych, przede wszystkim smartfonów i tabletów, emitujących szkodliwe niebieskie światło.

W niektórych krajach Dalekiego Wschodu krótkowzroczność dotyczy już nawet 80 proc. dzieci, co w przyszłości może ograniczać ich wybory zawodowe oraz prowadzić do depresji. W krajach europejskich jest lepiej, ale gonimy Azję. Opublikowane niedawno, a przeprowadzone w Polsce badania dotyczące odsetka osób krótkowzrocznych w populacji ogólnej mówią o 30 proc. ośmiolatków. Wystarczy porównać wspomniane wyniki badań ze statystykami sprzed 20 lat, żeby zauważyć, że w ciągu tego czasu doszło do podwojenia odsetka dzieci cierpiących na krótkowzroczność. Trend jest jednoznaczny i zmusza do pytania: jak wielki odsetek z tych osób na starość będzie niedowidzieć i jak sobie poradzi z tym system opieki zdrowotnej?

Z medycznego punktu widzenia sama krótkowzroczność rzędu jednej, dwóch czy trzech dioptrii nie ma istotnego znaczenia. Problem zaczyna się w sytuacji, kiedy dzieci cierpią na wysoką krótkowzroczność, czyli powyżej 6 dioptrii. Okazuje się, że tak duża, postępująca wada obarczona jest nie tylko zwiększonym ryzykiem pogorszenia widzenia w ciągu życia, ale też wystąpienia groźnych powikłań.

– Odwarstwienie siatkówki u osób z wysoką krótkowzrocznością występuje kilkanaście razy częściej niż u osób bez krótkowzroczności. Jaskra: około 3 razy częściej. Podobnie zaćma: około 4,5 raza częściej – wylicza prof. Andrzej Grzybowski, kierownik Instytutu Okulistycznych Badań Naukowych w Poznaniu, prezydent prestiżowego europejskiego towarzystwa okulistycznego European Association for Vision and Eye Research oraz entuzjasta i orędownik stosowania nowych metod leczenia krótkowzroczności u dzieci w Polsce.

Te metody trzeba wprowadzać jak najszybciej, gdyż cierpiące na krótkowzroczność dzieci w przyszłości w dużej mierze staną się pacjentami chirurgów okulistów, a tym samym – dużym obciążeniem dla NFZ. Dobra wiadomość jest taka, że nie wszyscy są narażeni na rozwój krótkowzroczności wysokiej. W Azji dotyczy to ok. 10 proc. osób z tą wadą wzroku. W Europie, w tym również w Polsce, 4-5 procent. Wciąż jednak jest to bardzo duża liczba dzieci.

– Chodzi o to, żeby wada miała 7, a nie 17 dioptrii. Wysoka krótkowzroczność oznacza bowiem postępującą chorobę uszkadzającą głównie siatkówkę, czyli najważniejszy element recepcyjny oka. Z każdą dodatkową dioptrią ryzyko uszkodzenia siatkówki rośnie – mówi prof. Andrzej Grzybowski. Jego zdaniem ważną rolę mają do odegrania nie tylko lekarze, ale też rodzice. – Trzeba ich uczulać, żeby nie dawali małym dzieciom smartfonów „na uspokojenie”. Aktywność wzrokowa z bliskiej odległości, szczególnie poniżej 30 cm od oczu, jest niebezpieczna. Tymczasem nawet w poczekalni mojego gabinetu widzę, że rodzice stosują smartfony jak elektroniczne smoczki. I jest to powszechne. Można kupić dla siebie w ten sposób chwilę spokoju, ale koszty działania tej „elektronicznej niańki” przerzucone zostaną na dzieci i będą ogromne.

prof. Andrzej Grzybowski, kierownik Instytutu Okulistycznych Badań Naukowych w Poznaniu // Fot. Janusz Pająk / UWM / materiały prasowe

Oko jak lewa ręka

Dzieci same z siebie zazwyczaj nie zgłaszają problemów z widzeniem, bo nie mają punktu odniesienia. Bardzo często uważają, że widzą prawidłowo. Nakłada się na to dodatkowy element – obuoczność – który dotyczy zarówno dzieci, jak i dorosłych. Jeśli jedno oko widzi prawidłowo, a drugie gorzej, to pierwsze zapewnia ostrość widzenia i trudno zauważyć wadę. A nawet jeśli zostaje ona dostrzeżona, dzieci często myślą, że tak powinno być.

– Problem ten ilustruje historia dziewczynki, która jest pod moją opieką. Powiedziała mi, że wiedziała o tym, iż jednym okiem widzi lepiej, a drugim gorzej, ale sądziła, że z oczami jest podobnie jak z rękoma. Skoro prawa jest tą lepszą, bardziej pomocną, a lewa tą słabszą, to pewnie oczy działają podobnie. Dziewczynka sądziła, że jedno oko powinno być słabsze, więc nie zgłaszała żadnych skarg – opowiada prof. Grzybowski.

Teoretycznie każde dziecko w wieku od 3 do 10 lat powinno mieć profilaktyczną kontrolę okulistyczną raz w roku. Łatwo sobie jednak wyobrazić, że przebadanie kilkuset tysięcy dzieci z każdego rocznika w gabinetach w praktyce jest niewykonalne. Poza tym rodzice nie wiedzą, że takie zalecenie w ogóle istnieje. Dlatego jedynym skutecznym rozwiązaniem są badania przesiewowe prowadzone w przedszkolach i w szkole podstawowej.

– Założona przeze mnie Fundacja Wspierania Rozwoju Okulistyki od wielu lat prowadzi takie analizy w żłobkach, przedszkolach i szkołach, na razie głównie na terenie Wielkopolski. Wykazaliśmy, że 30 proc. uczniów, którzy nigdy nie zgłaszali żadnych objawów, czyli nie nosili okularów, cierpi z powodu różnych wad wzroku – relacjonuje prof. Grzybowski. – Dlatego uważam, że tego typu badania powinny być prowadzone w szkołach i przedszkolach na zlecenie samorządów, które są ich organami założycielskimi, a równocześnie odpowiadają za profilaktykę. Niestety, samorządy nie są zbyt chętne do podejmowania takich działań. Dlatego założyliśmy specjalną stronę dla rodziców i lekarzy na temat diagnozowania i leczenia krótkowzroczności u dzieci – miopia.pl.

Chińskie metody

Żeby badanie przesiewowe miało sens, trzeba również krzewić wiedzę na temat nowych metod leczenia wysokiej krótkowzroczności wśród samych okulistów. W tej chwili jest ich kilka: terapia kroplami z atropiną w różnych stężeniach, twarde i miękkie soczewki kontaktowe stosowane na noc lub na dzień, okulary antymiopijne, a także terapia światłem czerwonym o małym natężeniu. Ich skuteczność, zgodnie z przeprowadzonymi badaniami, wynosi od 40 do 80 proc.

Niestety, są to metody stosunkowo młode i – poza atropiną – brakuje wieloletnich obserwacji oraz analiz dotyczących ich stosowania. Poza tym wszystkie wspomniane terapie zostały opracowane na Dalekim Wschodzie – w Chinach, Singapurze i Hongkongu (gdzie problemy są największe). Polscy lekarze podchodzą do nich z rezerwą. Niesłusznie. Jak podkreśla prof. Grzybowski, już w 2021 r. Polskie Towarzystwo Okulistyczne wydało rekomendacje dotyczące postępowania w krótkowzroczności, które zalecają stosowanie większości współczesnych metod. Także Światowe Towarzystwo Okulistyki Dziecięcej i Strabologii opublikowało dokument, dostępny w języku polskim, z opisem skuteczności poszczególnych metod.

„Chociaż nadal nie mamy pełnej wiedzy dotyczącej mechanizmów działania oraz odległych wyników leczenia, korzyści wynikające z jego odpowiedniego wprowadzenia przewyższają możliwe ryzyka” – czytamy we wspomnianym dokumencie.

Zainteresowanie tematem ze strony polskich lekarzy jest jednak niewielkie, stąd trudności rodziców ze znalezieniem specjalisty, który zaproponuje skuteczną, bezpieczną i zgodną z aktualną wiedzą strategię postępowania. W efekcie historie podobne do przytoczonych na początku artykułu wciąż będą się mnożyć, a rodzicom, którzy nie znajdują pomocy i rzetelnej informacji w systemie ochrony zdrowia, pozostaje najczęściej wymienianie się doświadczeniami w internecie.

Wsparcie państwa w zakresie leczenia krótkowzroczności również jest niewystarczające. NFZ refunduje tylko krople atropinowe oraz w niewielkim zakresie szkła do nowoczesnych okularów. Tymczasem np. stosowane w okularach antymiopijnych soczewki są wielokrotnie droższe od zwykłych, korekcyjnych szkieł. Jeżeli polskie państwo nie zrozumie, że powinno aktywnie walczyć z rosnącą falą krótkowzroczności, na skuteczne metody będą mogły liczyć tylko dzieci z bogatych domów.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 4/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Oślepieni niebieskim światłem