Reklama

Wojna w wojnie

Wojna w wojnie

w cyklu STRONA ŚWIATA
16.08.2019
Czyta się kilka minut
W trwającym dziesiąty rok krwawym konflikcie w Jemenie pojawił się nowy front. Przeciwko sobie zwrócili się dotychczasowi sojusznicy i najważniejsi sprzymierzeńcy Ameryki na Bliskim Wschodzie, a Jemen stanął przed groźbą rozpadu.
Demonstracje separatystów z Południowego Jemenu, Aden, 15 sierpnia 2019 r. / Fot. Nabil Hasan / AFP / East News
J

Jemen, najbiedniejsze z państw Bliskiego Wschodu i jedyne biedne na Półwyspie Arabskim, ma prezydenta, który w obawie o własne życie uciekł z kraju i piąty rok przebywa za granicą. Jedną z jemeńskich stolic, Sanę, a także północ i wschód kraju zdobyli buntownicy Huthi. Drugą stolicę, portowy Aden, dokąd po ucieczce prezydenta-uchodźcy przenieśli się jego ministrowie, zajęli właśnie rebelianci z południa, którzy zamierzają dokonać secesji i wskrzesić własne, istniejące już tu niegdyś, niepodległe państwo. Jego powstanie oznaczałoby kolejną klęskę wprawiającego się w rządzeniu saudyjskiego księcia koronnego Mohammeda ibn Salmana, którego amerykański prezydent Donald Trump upatrzył sobie za najważniejszego – obok, ma się rozumieć, Izraela – sojusznika na Bliskim Wschodzie.

Walka, której końca nie widać

Jemeńską wojnę – choć tak naprawdę tliła się już od przełomu wieków – podobnie jak libijską czy syryjską wywołały uliczne rewolucje Arabskiej Wiosny 2011 roku. W Jemenie doprowadziły one do obalenia panującego od dziesięcioleci wojskowego dyktatora Alego Abdullaha Saleha, który władzę w Jemenie Północnym (dawnej posiadłości osmańskiej Turcji) zdobył w wyniku zamachu stanu w 1978 roku, a władcą Jemenu Południowego (byłej kolonii brytyjskiej, niepodległej od 1967 roku) został po zjednoczeniu obu jemeńskich państw w 1990 roku. Z nastaniem Arabskiej Wiosny w jemeńskiej stolicy Sanie doszło do ulicznej rewolucji, na północy kraju zbrojną rebelię podnieśli szyici Huti, na południu, w Adenie, miejscowi przywódcy zaczęli domagać się autonomii, a nawet secesji. U schyłku wiosny, w czerwcu Saleh został ciężko ranny w zamachu i rad nie rad zrzekł się władzy na rzecz swojego zastępcy Abdurabbuha Mansura Hadiego.

Hadi nie poradził sobie jednak ani z rządzeniem, ani z rebelią Hutich, którzy pod koniec 2014 roku stanęli u bram Sany. Do stolicy wpuścił ich poprzednik Hadiego, były dyktator Saleh, który zbuntował wierne mu przez lata rządowe wojsko i liczył, że w podzięce powstańcy wwiozą go na swoich czołgach do prezydenckiego pałacu (w grudniu 2017 roku Saleh zamierzał zdradzić Hutich i przejąć władzę w Sanie, ale gdy spisek się wydał, powstańcy pojmali go i zabili). Rozochoceni rebelianci ruszyli na południe i zaatakowali Aden, ale zostali odparci przez żołnierzy z tamtejszego garnizonu, którzy bronili raczej niezależności jemeńskiego południa niż władzy prezydenta Hadiego.

W obronie jemeńskiego przywódcy wystąpili za to sąsiedzi z Arabii Saudyjskiej, uważający się za regionalne mocarstwo i żandarma, a Jemen za swoją strefę wpływów. Saudowie nie tyle troszczyli się o los i władzę prezydenta Hadiego, co niepokoili wojennymi sukcesami szyitów Hutich. Roszcząc sobie prawo do tytułu strażników największych świętości islamu, widzieli w szyitach odszczepieńców i wywrotowców, a co gorsza – sympatyków szyickiego Iranu, rywala – obok Turcji – do przywództwa na Bliskim Wschodzie. Uznali, że powstańcy Huti są jedynie klientami Teheranu, który tocząc zastępcze spory i wojny w Libanie, Syrii, Katarze czy Jemenie, próbuje rozszerzać własne wpływy w regionie, ograniczając pozycję Saudów.


Czytaj także: Wojciech Jagielski: Ostatnia bitwa marszałka


W marcu 2015 roku pod wodzą saudyjskiego księcia koronnego Mohammeda wojska saudyjskie i z państw z nimi sprzymierzonych, m.in. Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Kataru, Bahrajnu, Maroka i Sudanu, dokonały inwazji na Jemen, by powstrzymać zwycięski marsz Hutich. Amerykanie, Brytyjczycy i Francuzi obiecali broń i wsparcie wywiadowcze. Do arabskich aliantów przyłączyły się niedobitki jemeńskiej armii rządowej, kupowane petrodolarami plemienne milicje, a także przywódcy jemeńskiego Południa z Adenu, którzy wobec wojny z Hutimi postanowili zapomnieć na chwilę o pretensjach wobec jemeńskich władz i wraz z nimi podjąć walkę ze wspólnym wrogiem.

W zjednoczonym państwie jemeńskim Południe zawsze narzekało na dominację Północy, tyranię i korupcję rządzących z Sany. Południe, jako niepodległy kraj, wzorów szukało w komunistycznym Związku Radzieckim i rewolucyjnym Egipcie pod rządami Gamala Nasera. Północ, podobnie jak saudyjska sąsiadka, zapatrzona była w konserwatyzm i tradycję. Już w 1994 roku Południe spróbowało secesji, ale bunt został krwawo stłumiony. Do rachunków krzywd doszła pamięć o represjach i mordach. Za wsparcie w wojnie z Hutimi Południe zamierzało domagać się teraz od Sany autonomii.

Oddziały z Południa okazały się najbitniejsze ze wszystkich formacji jemeńskich i to głównie dzięki nim ekspansja Hutich została powstrzymana. Swoje wojenne przewagi żołnierze z Południa zawdzięczają jednak nie tylko męstwu, ale przede wszystkim wsparciu, jakie od początku wojny otrzymują ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Instruktorzy wojskowi z Abu Zabi szkolą i zbroją Jemeńczyków z Adenu, a także biorą udział w walkach, podczas gdy wspierający Hadiego Saudyjczycy ograniczają się do bombardowań (wojna jemeńska ujawniła kiepską kondycję saudyjskiej armii, podczas gdy żołnierzom ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich przyniosła przydomek „Małej Sparty”).

Pierwsza wyprawa wojenna saudyjskiego księcia koronnego miała potrwać najwyżej kilka tygodni i przynieść zwycięstwo. Blitzkrieg przerodził się jednak w trwającą piąty rok wyniszczającą, barbarzyńską wojnę, która zrujnowała doszczętnie Jemen, spowodowała śmierć kilkudziesięciu tysięcy cywilów i wywołała klęskę głodu. Wojnę, której końca nie widać.

Bitwa o Aden

Zrozumieli to szejkowie z Abu Zabi, którzy w czerwcu ogłosili, że wycofują swoje wojska z sąsiedniego kraju. W przeciwieństwie do Saudów, dla których obrona władzy jemeńskiego prezydenta stała się sprawą honorową, szejkowie ani myśleli kruszyć o niego kopie. Wspierali i zbroili jemeńskie Południe (stworzyli tam prawie stutysięczne wojsko), ponieważ zależało im na adeńskim porcie, niegdyś jednym z trzech, obok Nowego Jorku i Liverpoolu, najważniejszych na całym świecie.

Półtoramilionowy Aden leży bowiem nad cieśniną Bab el-Mandeb, przez którą Morzem Czerwonym i Kanałem Sueskim biegnie jeden z najważniejszych morskich szlaków handlowych. To właśnie tędy tankowce wywożą ropę naftową z Bliskiego Wschodu do Europy i Ameryki. Szejkowie, uzależnieni od zysków z wydobycia ropy, nie mogą pozwolić, by którykolwiek z morskich szlaków został zablokowany lub zagrożony. Dla Saudów rozpad Jemenu byłby spektakularną porażką, niemal katastrofą. Szejkowie z Abu Zabi uważają zaś, że oderwanie się Południa od pogrążonej w wojnie jemeńskiej Północy byłoby dla nich korzystne. Wycofując w czerwcu z Adenu swoje wojska, sami zachęcali południowców do buntu.

Bitwa o Aden wybuchła na początku sierpnia, gdy podczas wojskowej defilady w mieście doszło do pierwszego od dawna ataku rakietowego, w wyniku którego zginął jeden z dowódców armii Południa. Do ataku przyznali się Huti, ale przywódcy Południa są przekonani, że maczali w tym palce także bojownicy sprzymierzonej z prezydentem religijnej partii al Islah, jemeńskiej siostry Braci Muzułmanów. 

Pogrzeb komendanta przerodził się w antyrządowe wystąpienia, a wojska Południa zaatakowały stacjonujące w Adenie oddziały wierne prezydentowi. Po czterodniowych walkach, w których zginęło około 100 osób, a około 300 zostało rannych, żołnierze Południa przepędzili z Adenu wojska prezydenta i przejęli władzę w mieście. W odpowiedzi saudyjskie samoloty zbombardowały Aden i koszary sojuszników.


Czytaj także: Wojciech Jagielski: Przyjaciele naszych przyjaciół


Oficjalnie, książęta koronni z Rijadu i Abu Zabi, wyręczający swoich sędziwych ojców w rządzeniu ich królestwami, mówią, że nic wielkiego się nie stało. Obaj wezwali zwaśnionych Jemeńczyków do wstrzemięźliwości i zaprosili do Arabii Saudyjskiej na rozmowy. O ile jednak książę z Rijadu zażądał, by przed rokowaniami wojska Południa wycofały się z Adenu i złożyły broń, książę z Abu Zabi nie wspomniał o tym słowem. Przywódcy z Południa zapewniają, że chętnie przyjadą do Rijadu na rozmowy i że wciąż pozostają sojusznikami Saudów w ich wojnie z Hutimi, ale oświadczyli też, że składać broni ani władzy w Adenie nie zamierzają. Przeciwnie: zażądali, by to wszyscy obcy wyjechali z Adenu, władzę w mieście pozostawili miejscowym, a z rządu Hadiego usunęli działaczy partii al Islah, sympatyzującej zdaniem Południa z al Kaidą.

Koncert mocarstw

O ile Rijad sądzi, że do pokonania Iranu warto sprzymierzyć się choćby z diabłem, szejkowie z Abu Zabi i Dubaju uważają Braci Muzułmanów i wszelkich muzułmańskich rewolucjonistów za najgorsze zło i zwalczają ich, jak tylko mogą i gdzie tylko mogą. Mimo niewielkiego terytorium i faktu, że prawie 90 proc. 10-milionowej ludności stanowią cudzoziemcy, opływające w petrodolary Emiraty prowadzą w ostatnich latach politykę niemal mocarstwową. Szejkowie poparli zamach stanu z 2013 roku z Egiptu, w wyniku którego obalony został pierwszy prezydent wybrany w wolnych i uczciwych wyborach, przywódca Braci Muzułmanów Mohammed Mursi (zmarł w czerwcu w więzieniu). W tym roku szejkowie udzielili zbrojnej i finansowej pomocy samozwańczemu przywódcy libijskiej Cyrenajki, marszałkowi polnemu Chalifie Haftarowi, który wydał wojnę rządowi z Trypolisu, twierdząc, że znajdują się w nim dżihadyści z al Kaidy i Państwa Islamskiego. W 2017 roku szejkowie przyłączyli się do zarządzonej przez Saudów blokady Kataru, oskarżanego o wspieranie Braci Muzułmanów. Wspierają też władze Somalii w ich walce z dżihadystami z miejscowej filii al Kaidy.

Zdaniem znawców bliskowschodniej polityki, Saudowie i szejkowie z Abu Zabi nie dopuszczą do tego, by poróżniły ich bratobójcze spory Jemeńczyków. Ceną jednak za jemeńską zgodę będą ustępstwa wobec przywódców z Adenu, bez których osamotniona Arabia Saudyjska nie będzie w stanie prowadzić wojny z Hutimi. Adeńczycy zadowolą się zapewne tym razem szerszą autonomią, ale nie wyrzekną się secesji. Na wieść o wygnaniu z Adenu ministrów, generałów i żołnierzy jemeńskiego prezydenta w mieście doszło do wielotysięcznych demonstracji, których uczestnicy wzywali przywódcę Południa Ajdarusa al Zubaidiego, byłego gubernatora Adenu, zdymisjonowanego w 2017 roku przez prezydenta, żeby nie czekał i już dziś ogłaszał niepodległość Południowego Jemenu.

Poza jemeńskim Południem na bitwie adeńskiej najbardziej skorzystali Irańczycy. Rozpad arabskiej koalicji oznaczałby zwycięstwo wspieranych przez nich Hutich i upokarzającą przegraną Saudów. Sukcesem Iranu jest jednak już samo osłabienie arabskiego przymierza. Wycofując wojska z Jemenu, szejkowie z Emiratów wyrazili wotum nieufności wobec politycznej strategii bliskowschodniej zarówno Saudów, jak i Amerykanów. Szejkowie poparli Trumpa, gdy zrywał porozumienie atomowe z Iranem, ale wierzyli, że samymi sankcjami uda się zmusić ajatollahów do ustępstw. Opór Irańczyków i groźba konfliktu zbrojnego w Zatoce Perskiej i cieśninie Ormuz, tuż-tuż, prawie na bulwarach Dubaju, Szardży i Abu Zabi stanowi śmiertelne zagrożenie dla tamtejszych szejków i ich bogactwa.

Nie przyłączyli się więc do Saudów i Amerykanów, oskarżających Irańczyków o ataki na tankowce i piractwo w Zatoce Perskiej, a wycofując wojska z Jemenu dali Teheranowi sygnał, że nie przystąpią też do wrogiej mu koalicji, montowanej przez Waszyngton i Rijad. Huti natychmiast ogłosili, że skoro tak, to i oni nie będą atakować ani jemeńskiego Południa, ani Emiratów. Szejkowie z Abu Zabi właśnie na taką odpowiedź liczyli.

Polecamy: Strona świata - specjalny serwis "TP" z reportażami i analizami Wojciecha Jagielskiego

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]