Pytano nas, czy walczymy z Kościołem

BARBARA SMOLIŃSKA współinicjatorka „Zranionych w Kościele”: Osoby korzystające z telefonu zaufania dla wykorzystanych seksualnie przez duchownych często zaczynają swoją historię od słów: „Pani na pewno mi nie uwierzy”.

18.02.2020

Czyta się kilka minut

 / PRACOWNIADIALOGU.PL
/ PRACOWNIADIALOGU.PL

ANNA GOC: Czytała Pani komentarze pod reportażem „Gazety Wyborczej” o biskupie Janie Szkodoniu, który miał wykorzystywać seksualnie nastolatkę?

BARBARA SMOLIŃSKA: Nie.

Są głosy złości i oburzenia, ale i takie, w których przerzuca się winę na skrzywdzoną. „Czemu na policję nie poszła?”, „W jaki sposób ta dziewczyna została wychowana, że została zupełnie bezwolną i głupią istotą?”. Jak takie reakcje wpływają na skrzywdzonych?

W telefonie zaufania „Zranieni w Kościele”, który jako świeccy prowadzimy już od blisko roku, słychać, jak bardzo jako społeczeństwo nie jesteśmy gotowi na rozmowę o wykorzystaniu seksualnym przez duchownych. Osoby, które decydują się ujawnić swoją historię, zmagają się z ogromnym lękiem. Nawet te, które dzwonią anonimowo, zaczynają swoją opowieść od pytania: „Czy pani mi wierzy?”. Niektóre od razu mówią: „Pani na pewno mi nie uwierzy”. Są przyzwyczajone, że im się nie ufa – i że tak będzie zawsze.

Próbowały wcześniej komuś powiedzieć?

Bardzo różnie. Wielu dzwoniących opowiada swoją historię pierwszy raz. Niektórzy podkreślają, że nawet współmałżonek nie wie. To zwykle kobiety, dziś w średnim wieku. Wracają do wydarzeń sprzed trzydziestu, czterdziestu lat. Bywa, że ksiądz już nie żyje. A one zostały ze swoją krzywdą jak z największą tajemnicą – zamknięte. Chcą zrzucić ten ciężar. Ich doświadczenia są zróżnicowane. Od sytuacji jednorazowych do trwających latami.

W tym, o co pytają podczas rozmów z konsultantkami, ujawnia się nastawienie społeczne wobec kwestii wykorzystywania seksualnego przez duchownych. Skrzywdzeni zastanawiają się na przykład, czy przekroczenie granic cielesności, całowanie, dotykanie miejsc intymnych to już jest wykorzystanie seksualne. Dzieje się tak dlatego, że tego rodzaju czyny są często bagatelizowane, bo przecież nie doszło do stosunku seksualnego.

Opowiedziane w mediach historie pomagają w tym pierwszym kroku?

Dzwoniący nie odnoszą się do nich wprost. Ale podczas pierwszego dyżuru po premierze filmu „Tylko nie mów nikomu” braci Sekielskich nasz telefon dzwonił cały czas. Widać, jak to zachęca, dodaje odwagi, żeby o siebie zawalczyć.

Jedna z dzwoniących osób przyznała, że czytając artykuł o wykorzystaniu seksualnym przez duchownego uświadomiła sobie, że też została wykorzystana przez księdza. To wydarzyło się przed trzydziestu laty i zostało przez nią zupełnie wyrzucone z pamięci. Dopiero ten tekst „odbezpieczył” jej pamięć.

Niektórzy mówią, że wiele lat temu szukali pomocy w Kościele, ale jej nie znaleźli. Starali się więc zapomnieć, jakoś z tym żyć. Pamiętam jedną z takich rozmów: osoba wykorzystana seksualnie przez księdza powiedziała o tym innemu księdzu podczas spowiedzi. Usłyszała: „Wybacz, zapomnij. I nie mów nikomu”.

Nie przestaje mnie zaskakiwać, że ogromna większość osób skrzywdzonych przez duchownych nie odeszła z Kościoła. Niektóre z nich, zanim opowiedziały nam o tym, co się wydarzyło, pytały, czy nie założyliśmy naszego telefonu, żeby walczyć z Kościołem...


CZYTAJ TAKŻE

TEKST ZBIGNIEWA NOSOWSKIEGO: Czy to możliwe, żeby cichy, rozmodlony hierarcha odbywał „lekcje czułości” z piętnastolatką? Niestety, to możliwe >>>


Czy dzwoniący mówią o tym, jak działa system powiadamiania o wykorzystywaniu seksualnym w Kościele?

Ten wątek nie pojawia się zbyt często. Myślę jednak, że dzieje się tak nie dlatego, że wszystko działa dobrze, lecz dlatego, że skrzywdzeni często nie próbują z tej pomocy korzystać – bo zwykle o niej nie wiedzą. Bardzo rzadko ktoś mówi, że zgłosił sprawę kurii. Większość nie wie, że kuria po zgłoszeniu ma obowiązek zająć się ich sprawą.

Jak dużo to osób?

Dyżurujemy przy telefonie w każdy wtorek między 19.00 a 22.00. Od marca zeszłego roku zadzwoniło do nas około stu osób. Opowiedziane przez nich zdarzenia w większości nigdzie nie zostały zgłoszone ani nikomu wcześniej opowiedziane.

A więc i nie zostały ujęte w danych, które w 2019 r. zaprezentowali biskupi podczas konferencji prasowej dotyczącej wykorzystywania seksualnego dzieci w Kościele.

Tak. Można się spodziewać, że ta liczba jest dużo większa. Nie jest łatwo dotrzeć do parafii z informacją, że uruchomiliśmy specjalny telefon dla osób wykorzystanych seksualnie w Kościele. Marzy nam się, aby móc powiesić plakaty z informacją w każdym kościele. Ale to nie takie proste. Na razie nie udało nam się tego zrealizować.

Dlaczego?

Mogę tylko powiedzieć, że na razie się nie udało.

Poprosili Państwo Kościół o pomoc z dotarciem z tą informacją do wszystkich parafii?

To delikatna sprawa. Od początku informujemy biskupów o naszym telefonie i potrzebie dotarcia z informacją o tej inicjatywie do jak największej liczby osób. Na stronach internetowych nielicznych diecezji umieszczony został numer naszego telefonu. Na razie jednak żadna z diecezji nie zaleciła rozwieszenia plakatu w należących do niej parafiach. Tam, gdzie ktoś z naszego ośmioosobowego zespołu ma znajomego księdza, plakat wisi.

Jak ocenia Pani pomoc, którą oferuje Kościół osobom wykorzystanym seksualnie przez księży?

Kiedy rok temu intensywniej zaczęto mówić o wykorzystywaniu seksualnym w Kościele w Polsce, odnosiłam wrażenie, że w hierarchach większe przerażenie wzbudza skandal z tym związany niż cierpienie skrzywdzonych. Ujawniane tragedie oraz świadomość, że wiele osób w samotności zmaga się ze swoją traumą, sprawiły, że w niewielkiej grupie postanowiliśmy coś zrobić, aby przyjść im z pomocą. Dzięki ogromnej pomocy merytorycznej Centrum Ochrony Dziecka oraz Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę uruchomiliśmy telefon wsparcia. Jeśli chodzi o pomoc ze strony Kościoła instytucjonalnego, na pewno jest ważne, że w każdej diecezji działają delegaci ds. ochrony dzieci i młodzieży.

Są nimi mężczyźni, zwykle bez wykształcenia psychologicznego.

Zwracaliśmy na to uwagę biskupom. Już samo spotkanie osoby wykorzystanej seksualnie przez duchownego z delegatem, którym jest ksiądz, jest zazwyczaj bardzo trudne. A co dopiero, kiedy trzeba opowiedzieć o swojej krzywdzie, której sprawcą był ksiądz. Dlatego w naszym telefonie pracują kobiety – psychoterapeutki.

I co biskupi na to?

Raczej nie traktują nas jak ekspertów w tej sprawie. Nie proszą o rady, nie pytają.

Jak reagują skrzywdzeni na możliwość zgłoszenia ich sprawy do kurii?

Część z nich jest zaskoczona, że można to zrobić. Proponujemy im towarzyszenie podczas zgłoszenia, informujemy, że na spotkanie z delegatem mogą pójść ze wspierającą osobą. To ważne, że w kontakcie z kurią może pomóc ekspert, a nie jedynie na przykład ktoś z rodziny, zaangażowany emocjonalnie w sprawę. Często jest to prawnik. Mamy grupę kompetentnych prawników, którzy pracują dla nas pro bono. Dysponujemy również kontaktami do psychoterapeutów z całej Polski. Jeśli więc ktoś rozważa terapię, podpowiadamy, gdzie warto pójść. A także, że o pieniądze na terapię można ubiegać się w kurii.

Dostają je?

Coraz częściej, bo Kościół nie ma wyjścia.

Pod warunkiem, że sprawca zostanie nazwany przez Kościół sprawcą, a osoba wykorzystana seksualnie – ofiarą, co nie jest takie oczywiste zwłaszcza w sytuacji, gdy ten pierwszy nie żyje... Jakie wątki pojawiają się w terapii?

W moim wieloletnim doświadczeniu pracy psychoterapeutki nie zdarzyło się, by ktoś powiedział, że zgłasza się na terapię, ponieważ był wykorzystany seksualnie. Przychodzi, bo cierpi. Dopiero po jakimś czasie, nieraz po kilku latach, kiedy więź z terapeutą jest już silna i pacjent ma poczucie bezpieczeństwa, nieoczekiwanie wychodzi na jaw, że był molestowany.

Ludzie to wypierają. A jeśli pamiętają, często nie łączą tego, co się kiedyś stało, ze swoim cierpieniem w dorosłym życiu, z objawami, które mają. Nierzadko pojawia się tu wątek braku wsparcia ze strony rodziców, którzy albo nie byli chętni, aby wysłuchać dziecko, albo nie zauważyli, że dzieje się coś złego.

Albo budzili córkę w nocy, mówiąc, że biskup dzwoni – jak w historii rodziców kobiety skrzywdzonej przez biskupa Szkodonia.

Można sobie wyobrazić, co czuje dziecko, które weszło w relację – choć „relacja” to nieadekwatne słowo – które weszło w układ z księdzem. Wykorzystywanie seksualne przez ludzi Kościoła to zazwyczaj nie są przypadki gwałtu na pierwszym spotkaniu. Na początku, kiedy ksiądz poznaje dziecko czy nastolatka, silnie nim manipuluje. To sytuacja, która trwa. Dziecko albo nastolatek zostają wciągnięci w ten układ, obłaskawieni. Najpierw ksiądz buduje zaufanie, a dopiero potem przekracza kolejne granice swojej ofiary. Poza tym sprawca jest zwykle osobą pozytywnie postrzeganą w środowisku, zwłaszcza jeśli dzieje się to w niewielkiej społeczności. Ma wysoką pozycję. Wreszcie: księża często wchodzą w bliskie relacje z rodziną krzywdzonego dziecka, zaprzyjaźniają się z jego matką, bywają gośćmi w jego domu. Próbują uśpić czujność dorosłych. Dziecko, które nie ma komu się poskarżyć na przyjaciela rodziny, człowieka, którego wszyscy lubią i w którego są wpatrzeni podczas coniedzielnej mszy, zostaje samo. A ten ksiądz często jest również katechetą i jedynym spowiednikiem swojej ofiary. Jak wyjść z tej matni? Liczba powiązań, które łączą osobę wykorzystaną ze sprawcą, jest tak wielka, że powiedzenie o tym komuś bywa strasznie trudne.


PO STRONIE OFIAR O wykorzystywaniu seksualnym nieletnich, o zmowie milczenia i innych grzechach polskiego Kościoła piszemy konsekwentnie od lat. Wybór najważniejszych tekstów „TP” z ostatniego dwudziestolecia na temat, który wstrząsa dziś Polską, w bezpłatnym i aktualizowanym internetowym wydaniu specjalnym. Czytaj na: TygodnikPowszechny.pl/postronieofiar


Co przeżywa wtedy dziecko?

Przerażenie, lęk, wstyd, wstręt, obrzydzenie, złość, ale też ekscytację, że zostało przez księdza zauważone i wyróżnione. Zostaje wprowadzone w układ, który jest dla niego niezrozumiały, wręcz szokujący. To się zresztą w naszych świadectwach pojawia: krzywdzone osoby mówią o tym, że nie rozumiały, co się dzieje. A potem opowiadają o procesie uzależniania ich od księdza: poprzez prezenty, dowartościowywanie, zapewnianie o wyjątkowości. Do tego argumenty w rodzaju: „to jest nasza tajemnica”, usprawiedliwianie: „mamy do tego prawo”, i uwznioślanie: „to jest piękna miłość”. Dopiero kiedy sprawca widzi, że dziecko może o tym komuś powiedzieć, zaczyna je straszyć: „i tak nikt ci nie uwierzy”.

Symptomatyczna dla wielu historii jest nieobecność ojca, którego albo nie ma dosłownie, albo nie uczestniczy w wychowaniu dziecka. Także to, że część jego funkcji przejmuje ksiądz.

Jeśli w domu nie ma ojca, to innemu dorosłemu mężczyźnie łatwiej zbliżyć się do dziecka. Księża wykorzystujący seksualnie dzieci zapraszają je do swoich domów i zanim skrzywdzą, najpierw interesują się ich życiem, zaczynają w nim uczestniczyć. Czyli robią coś, czego dziecku brakowało. Wciągnięte w taki układ dziecko zaczyna też często myśleć: „mogłem tam nie chodzić”. I to jest bardzo ważne, żeby osobie, która się obwinia, powiedzieć: „nie mogłeś tam nie chodzić, bo byłeś zmanipulowany”.

Rozmawiałam kiedyś z osobą wykorzystaną seksualnie przez księdza, która czuła się współwinna dlatego, że chodziła do kościoła.

To jest oczywiście absurdalne. Pamiętajmy jednak, że przypisujące sobie część odpowiedzialności dziecko robi to także po to, żeby poradzić sobie z traumą. Tak działają mechanizmy psychologiczne. Dodatkowo w Polsce wciąż silny jest przekaz społeczno-kulturowy, gdzie winę za gwałt przypisuje się kobiecie, zwracając uwagę na jej wygląd i to, jak była ubrana. Często to słyszę: „Gdybyś nie chodziła tak ubrana, toby ci nic nie zrobił”. To są okrutne słowa. Słowa, które próbują odpowiedzialność za wyrządzone zło podzielić – a ona nie jest do podzielenia.

Osoby skrzywdzone mówią o tym, że czują się winne?

Często. Nie wiedzą o tym, że będąc dzieckiem, nastolatkiem czy osobą współzależną – podległą, jak choćby siostry zakonne czy klerycy – nie ponoszą winy. Na próby obwiniania się osób skrzywdzonych reagujemy od razu – osoba taka słyszy od nas, że jej wierzymy oraz że nie jest winna, bo pełna odpowiedzialność jest po stronie sprawcy.

Tym, którzy po raz pierwszy opowiadają o swojej traumie, zazwyczaj towarzyszą silne uczucia. Zdarza się, że po wypowiedzeniu zdania lub dwóch taki ktoś zaczyna płakać, mówi, że jednak musi się rozłączyć. Konsultantka stara się wtedy tę osobę zatrzymać: uspokaja, umacnia w decyzji opowiedzenia o tym, co się wydarzyło. Zapewnia, że ma czas.

Czasami są to relacje ogólne, a czasami szczegółowe. Często ktoś opowiada i nagle mówi: „więcej już nie powiem”. Opowieść jest rwana. Zdarza się, że konsultantka podpowiada: „czy to dotyczyło wykorzystania seksualnego?”, „czy pani jest gotowa powiedzieć, jakie granice zostały przekroczone?”. Tu nie chodzi o ciekawość, ale o pomoc w opowiedzeniu swojej historii. Jeśli ktoś nie mówił dotąd o czymś tak dramatycznym, traumatycznym, to znalezienie adekwatnych słów, znalezienie swojej narracji jest bardzo trudne.

Konsultantki zmieniają się co tydzień, więc osoba, która dzwoni, ma niewielkie szanse, że znów trafi na tę samą. Jak sobie Państwo z tym radzą?

Telefon wsparcia nie jest terapią. Co tydzień dyżuruje inna, anonimowa osoba, uprzedzamy o tym osoby dzwoniące. Zresztą większość to rozmowy jednorazowe. Czyli nie ma takiej możliwości, jak w kontakcie psychoterapeutycznym, że można w kolejnym tygodniu rozmawiać z tą samą osobą. Nie wydaje się, żeby to stanowiło trudność. Rolą telefonu wsparcia jest przede wszystkim wysłuchanie osoby skrzywdzonej oraz, jeśli trzeba, zachęcenie jej do kontaktu z odpowiednimi specjalistami: psychoterapeutą, prawnikiem, duszpasterzem. A także pomoc w zgłoszeniu przestępstwa do właściwych instytucji.

Czy z wielu lat Pani pracy w charakterze psychoterapeutki i roku działalności telefonu pamięta Pani sytuację, by którykolwiek ze sprawców przeprosił ofiarę?

Próbuję sobie przypomnieć... No nie. Nie spotkałam się z taką sytuacją. Tylko raz zdarzyło się, że po długich przygotowaniach doszło do konfrontacji: osoba skrzywdzona – sprawca. Ale wtedy sprawca wszystkiemu zaprzeczył. ©℗

BARBARA SMOLIŃSKA jest ­psychoterapeutką i superwizorką Polskiego Towarzystwa Psychologicznego oraz Europejskiego Stowarzyszenia Psychoterapii, szefową Pracowni Dialogu, współtwórczynią inicjatywy „Zranieni w Kościele”.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarka i redaktorka „Tygodnika Powszechnego”. Doktorantka na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Do 2012 r. dziennikarka krakowskiej redakcji „Gazety Wyborczej”. Laureatka VI edycji Konkursu Stypendialnego im. Ryszarda Kapuścińskiego (… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 8/2020