Ptasiek polski

Jacek Karczewski, przyrodnik: Ptaki wcale się nas nie boją. Zając nie stanie na środku podwórka i nie zacznie śpiewać, a taki szpak i owszem. Bocian nawet zbuduje gniazdo na twoim dachu.

17.08.2020

Czyta się kilka minut

Biebrzański Park Narodowy. Migracje tysięcy dzikich gęsi. / PIOTR KAMIONKA / REPORTER / EAST NEWS
Biebrzański Park Narodowy. Migracje tysięcy dzikich gęsi. / PIOTR KAMIONKA / REPORTER / EAST NEWS

ADAM ROBIŃSKI: Chodzą słuchy, że urodziłeś się w gęsim gnieździe, choć Twoja mama tego nie potwierdza.

JACEK KARCZEWSKI: Prawda, że ładna historia? Bardzo bym chciał, żeby tak było, ale to jest oczywiście zmyślona opowieść, która czasem do mnie wraca. Nie było żadnego gniazda, za to od zawsze były wokół mnie ptaki.

Skąd się wzięły?

Wychowałem się w malutkiej wsi, nazywa się Strzelęcino, jest lub raczej była pięknie położona, najbliższe miasto to Lębork. Dookoła miałem więc mnóstwo przyrody. To nie były jakieś ogromne stada ptaków, ale taka zwykła, wiejska powszechność zwierząt, która niestety jest już przeszłością. Jako dorosły człowiek miałem do czynienia z wieloma osobami zaangażowanymi w ochronę przyrody, czytałem sporo biografii, i w większości przypadków ich bohaterowie potrafią wskazać w swoim życiu jakiś punkt zwrotny.

Moment, w którym przyroda do nich przemówiła i wciągnęła w swoje sidła?

To mogła być czyjaś wizyta w szkole z wykładem, wyprawa w teren albo nauczyciel, który potrafił zarazić pasją. U mnie było inaczej. Mam poczucie, że zawsze byłem podłączony do ptaków, drzew, kwiatów, do przyrody. Być może tym, co ugruntowało tę fascynację, były rzadkie wtedy filmy przyrodnicze i – przede wszystkim – chyba jeszcze rzadsze książki. W mojej wsi, uwierzysz lub nie, można było je znaleźć tylko w jednym domu. Nie licząc oczywiście szkolnych podręczników.

W Twoim?

Nie. Można powiedzieć, że wychowałem się w dwóch domach, rodzinnym i drugim, u sąsiadki, uciekinierki z Warszawy, która w młodości niezbyt szczęśliwie wyszła za mąż i po wojnie zaszyła się na wsi. Traktowałem ją jak trzecią babcię albo kogoś jeszcze ważniejszego, mentorkę. To ona miała w domu mnóstwo książek, a wśród nich te o zwierzętach. Dla mnie najważniejszą był dzisiaj kultowy „Atlas – Ptaki Polski” Jana Sokołowskiego. Potem, widząc moje zainteresowanie, ta pani zaczęła sprowadzać dla mnie kolejne pozycje. Książki Włodzimierza Puchalskiego czy słynny przekład z czeskiego: „Atlas – Zwierzęta świata”.

Miałeś lornetkę?

Tak, taką teatralną. Mogłem mieć dziesięć lat, kiedy mama kupiła mi ją na rynku w Lęborku, od tzw. Ruskich. Była śmieszna, wyglądała jak papierośnica, i z nią zasuwałem na bagna kilometr za wsią. Raczej sam, bo we wsi nie miałem prawie żadnych rówieśników. To były niepozorne, ale naprawdę fajne tereny. Szczególnie wiosną, kiedy napełniały się wodami roztopowymi, przez co zatrzymywały się tam najróżniejsze ptaszory. Stamtąd pamiętam swoje pierwsze cyraneczki i bociany czarne. Kolana się pode mną ugięły, kiedy je zobaczyłem. Chyba godzinę przeleżałem nieruchomo w błocie, żeby ich nie spłoszyć i się napatrzeć.

Ta lornetka musiała być dla Ciebie świętością.

Była świętością, chociaż powiększenie dawała niemal żadne. Miałem parę takich świętości, wspomniane już książki, ale i coś, co nazywałem zeszytami przyrodniczymi. Do wielkich tzw. notatników akademickich wklejałem wycinki prasowe, skąd tylko się dało. Poszukiwałem wszystkiego, co wiązało się z przyrodą i przede wszystkim z ptakami. Poza tym lepiłem ptaki z plasteliny. Każdego roku w ogrodzie budowałem własny „rezerwat”, była w nim odpowiednia roślinność, a nawet bagna i jeziorka, symulowane przez stare garnki i brytfanny wkopane w ziemię. Potem, gdy przychodziła wiosna, zasiedlałem to wszystko plastelinowymi ptakami. Wszystkie w odpowiednim ubarwieniu i proporcjach. Zakładałem dla nich gniazda. Ta zabawa trwała zwykle parę tygodni, potem w lecie wszystko zarastało, a ja przestawałem się bawić. I tak do następnej wiosny. Taki cykl powtarzał się przez wiele lat. Ostatnią plastelinową sesję miałem w ósmej klasie podstawówki.


Stanisław Łubieński: Pod koniec lutego zjawił się na mojej liście pierwszy skowronek, znak, że ziemia wciąż się jeszcze kręci, a po zimie nastanie wiosna. Za nim ciągnęła reszta awangardy – czajki, żurawie i gęsi.


 

A jednak nie zostałeś przyrodnikiem.

Byłem pewien, że tak będzie. Oglądałem filmy przyrodnicze i marzyłem, żeby chronić przyrodę. Ale w końcu trzeba było spojrzeć na przyszłość realistycznie. Nie poszedłem na studia przyrodnicze, bo wiedziałem, że nie poradzę sobie z chemią, fizyką, matematyką. Nie bardzo wiedziałem, co dalej. Kontaktowałem się nawet z państwem Gucwińskimi, żeby mi coś doradzili. I wyszło, że skoro nie zwierzęta, to zajmę się ludźmi. Skończyłem psychologię, przez lata pracowałem w zarządzaniu zasobami ludzkimi. Ale przyroda mnie ciągle wołała, wołała i w końcu wywołała.

Kilkanaście lat temu, zanim napisałeś „Jej wysokość gęś” i „Noc sów”, zostałeś jednym z założycieli stowarzyszenia Ptaki Polskie.

Wcześniej próbowałem działać jako wolontariusz, ale różnie to wychodziło. W końcu poznałem grupę ludzi, którzy chcieli założyć nową organizację ochrony przyrody. Ja się przed tym broniłem, uważałem, że nie ma co mnożyć bytów, ale chodziło nam o stworzenie nowej jakości. Byliśmy mocno wpatrzeni w brytyjski model ochrony przyrody, mieliśmy tam przyjaciół, choćby w Royal Society for Protection of Birds, znaliśmy doskonale tamtejsze rezerwaty. Chcieliśmy wyjść z ideami do ludzi, zerwać z syndromem oblężonej twierdzy, który dominował w polskim ochroniarstwie. Chcieliśmy budować koalicje, współpracować.

Jak się w Polsce działa w ochronie przyrody?

Dziś jest znacznie lepiej niż wtedy, kilkanaście lat temu. Nie bez powodu powiedziałem przed chwilą o syndromie oblężonej twierdzy, bo tak to wyglądało. Na Zachodzie ruch narodził się z oddolnych inicjatyw społecznych. I być może przez te korzenie wciąż pozostaje otwarty na zewnątrz, na ludzi. Tymczasem nasz ruch ochrony przyrody miał od początku bardzo akademicki temperament. Przeważa raczej rywalizacja niż współpraca. Raczej okopujemy się i zamykamy, niż wychodzimy na zewnątrz. Poza tym mamy fatalny, hermetyczny język, którym o tej przyrodzie mówimy.


Czytaj także: Najwięcej ptaków zabija się w sytej Unii, gdzie podstawowe potrzeby obywateli są zaspokojone. Absolutny rekordzista to Włochy, gdzie co roku ginie średnio pięć i pół miliona ptaków.


 

Co masz na myśli?

Zrobiliśmy wszystko, żeby za pomocą języka oddzielić ludzi od przyrody. Najpierw mówiliśmy o niej gwarą łowiecką, Potem nałożyliśmy na nią język naukowy. Wreszcie weszła do tego miszmaszu nowomowa, którą nazywam gminno-brukselską, i wszędobylski angielski. Bardzo lubię angielski, ale skręca mnie, gdy słyszę, jak ktoś mówi o osobnikach juwenilnych lub ancestorach. Między innymi przez takie językowe napuszenie przegrywamy kolejne bitwy o przyrodę. O Puszczę Białowieską, o Puszczę Karpacką, Mierzeję Wiślaną. Bo dlaczego ktoś miałby przejąć się losem osobników juwenilnych, których pokolenie rodzicielskie miało niedostateczny sukces rozrodczy w siedliskach ruderalnych? Posłuchaj, jak to brzmi!

Źle.

Właśnie w ten sposób rozmawia się w Polsce o naturze. Takim językiem nie uda nam się jej ochronić. Na dodatek raz na jakiś czas zbierają się tęgie głowy z Muzeum i Instytutu Zoologii Polskiej Akademii Nauk czy innych poważnych ciał i zmieniają tradycyjnie i powszechnie obowiązujące nazwy gatunkowe. I nie mamy już sikor, tylko bogatkę, modraszkę itd. Nie mamy świnki morskiej, tylko kawię.

Szarytkę zamiast foki szarej, krokutę zamiast hieny cętkowanej i amfitrytę zamiast lamparta morskiego.

Jeśli robisz takie numery w kulturze i języku, którego użytkownicy i tak mają te foki gdzieś, to dodatkowo potężnie szkodzisz sprawie. Z kolei środowisko ptasiarzy i przyrodników bywa snobistyczne i chętnie pławi się w trudnych terminach i fachowej wiedzy. Jeśli idziesz w grupie na ptaki i nieopatrznie rzucisz „orłem bielikiem”, to zwykle masz przerąbane. Będą ci wytykać, że bielik to nie orzeł. A przecież to dla samych ptaków nie ma żadnego znaczenia. Po angielsku czy niemiecku bielik to po prostu orzeł morski. Sea eagle, Seeadler. Przyrodnicy często wchodzą na taki poziom terminologii, aby za pomocą języka zaznaczyć swoje…

Doinformowanie?

Wartość i rozeznanie. Nie ma się co dziwić, że przyroda, o której mówi się obcym, nieludzkim językiem, to dzisiaj dla większości Polaków obcy byt, którego nie znają i nie lubią. Do tego my gdzieś żyjemy albo mieszkamy, a zwierzęta zaledwie występują. My jemy, one żerują. Mamy dzieci i partnerów, one mają młode oraz samca lub samicę do pary. My umieramy, one zdychają itd.

Ale nie jest też tak, że mimo wszystko ptasiarstwo, czyli birdwatching, stało się w ostatnim czasie nad Wisłą bardziej demokratycznym hobby? Zainteresowanie Polaków przyrodą przejawia się przede wszystkim coraz intensywniejszym obserwowaniem ptaków.

Pewnie tak. Choć i tak dużo brakuje nam np. do Chińczyków, gdzie birdwatching rozwija się w ogromnym tempie. Chiny mają fantastyczną przyrodę, rozłożoną na parę stref klimatycznych, a tamtejsza klasa średnia lubi snobować się na europejską modłę. Nam, Polakom, wiele jeszcze brakuje do popularności ptasiarstwa na poziomie angielskim, ale masz rację, popularność podglądania ptaków rośnie.

Skąd wziął się ten angielski fenomen birdwatchingu? Staszek Łubieński pisze o 6 milionach obserwatorów ptaków w Wielkiej Brytanii.

To zawsze był kraj odkrywców, twórców i wynalazców. Oni mieli i Karola Darwina, i Alfreda Russela Wallace’a. Do tego masę innych ludzi, którzy zrewolucjonizowali naszą wiedzę o świecie i przyrodzie. Kiedy my walczyliśmy z okupantem, jednym czy drugim, Brytyjczycy po prostu rozwijali swoje hobby. Kiedy my walczyliśmy (niestety ciągle to robimy) z samymi sobą, oni odkrywali, katalogowali, opisywali. Sprowadzali też do siebie rośliny i zwierzęta z terenu całego imperium. Poza tym krajobraz i przyroda zawsze były istotnym elementem brytyjskiej tożsamości, co doskonale widać też w ich przebogatej sztuce i literaturze – tej dawnej i tej współczesnej. Czy jest coś piękniejszego niż krajobraz angielskiej wsi?

Ale nie możemy zapominać, jak potężnie zmieniony jest to krajobraz. Jak bardzo wylesiony.

Jasne, mnie też przeszkadza skala tego wylesienia. Ale z drugiej strony, tam gdzie mają jeszcze stare lasy, ich wiek jest imponujący. Mają kilkusetletnie dąbrowy, o jakich my możemy tylko pomarzyć. Myślę, że w jednym tylko parku Richmond w Londynie może być więcej starych drzew niż w całej Polsce, oczywiście poza enklawami typu Puszcza Białowieska.

Z uwagi na wyspiarski charakter to również bardzo atrakcyjne miejsce z punktu widzenia ptaków, prawda?

To po Rosji drugi kraj z najdłuższą listą gatunkową ptaków. Gigantyczne centrum migracyjne. I skrzyżowanie wielu szlaków. Być może Brytyjczycy tak chętnie obserwują ptaki, bo zawsze mieli je za oknem? Ale nie zapominajmy, że i my mieliśmy ich kiedyś bardzo dużo. A jednak nasz stosunek do nich był zupełnie inny. Niektórzy twierdzą, że winna może być nasza chłopsko-pańszczyźniana przeszłość: żeby przeżyć, musieliśmy walczyć z naturą i dlatego wciąż postrzegamy ją jak wroga, którego trzeba pokonać i kontrolować. A może chodzi też o to, że zawsze byliśmy zachęcani lub nawet zmuszani do tego, żeby w sprawy nadprzyrodzone wpatrywać się bardziej niż w te ziemskie i doczesne? Bardziej jesteśmy skłonni zajmować się mitycznym rajem, niż chronić naturalne krajobrazy i ziemską bioróżnorodność – jedyny raj, jaki znamy na pewno.

No właśnie, w „Jej wysokość gęś” piszesz, że ptaki to pierwowzór aniołów.

To nie jest ogólnie przyjęta prawda w antropologii, raczej mój własny wniosek. Ale z drugiej strony wiadomo, że dawniej traktowano ptaki jako posłańców bogów, istoty z innego świata. Przecież miały skrzydła i zlatywały do nas z niebios, w których mieszkali nasi bogowie. W każdym razie wyszło mi, że taki anioł to krzyżówka Homo sapiens i jakiegoś Aves.

Może więc Aves tak nas kręcą, bo są od nas bardzo odmienne. Trudno antropomorfizować ptaka.

Wbrew pozorom one są do nas bardzo podobne! Zwróć uwagę, że tak jak my, ptaki to w zdecydowanej większości dzieci słońca. Łatwiej obserwować dzienne ptaki niż choćby takiego bobra, który jest zwierzęciem nocnym. Ptaki chodzą na dwóch nogach, są bardzo kolorowe, dobrze śpiewają, świetnie wyglądają. Są ruchliwe i żywe. I wcale się nas nie boją. Zając nie stanie ci na środku podwórka i nie zacznie śpiewać, a taki szpak i owszem. Bocian nawet zbuduje gniazdo na twoim dachu!

Ta ich różnorodność może stać się źródłem ludzkiej obsesji. Pisarz ­Jonathan Franzen stawał kiedyś na głowie, żeby przez tydzień zobaczyć na Karaibach trzydzieści dwa endemiczne dla dwóch tamtejszych wysp gatunki ptaków.

To się nazywa twitcherowanie, zaliczanie kolejnych gatunków. Mnie to nie kręci, choć niektórzy traktują to hobby bardzo poważnie. Rekordzistką jest pewna Brytyjka, u której zdiagnozowano nowotwór i dano może rok życia. Postanowiła wykorzystać ten czas na twitcherowanie. Przeżyła trochę dłużej, niż zakładali lekarze, dzięki czemu mogła podróżować i zobaczyć jeszcze więcej ptaków, a jej lista jest wyjątkowo długa. Kto wie, może to one dodawały jej sił i dobrej energii. Rasowy twitcher jedzie do pracy z paszportem i rolką banknotów, bo w połowie dnia może dostać sygnał, że na Ziemi Ognistej wylądował jakiś kosmoptaszek. Żeby go zobaczyć, musi natychmiast wsiadać w samolot i lecieć na drugi koniec świata.

Przyznaj się, na co szalonego Ty się porwałeś, żeby zobaczyć ptaki?

Jest parę gatunków, o których marzę lub marzyłem. Zawsze chciałem zobaczyć nury czarnoszyje, więc poleciałem za nimi do Szkocji. Okazały się o wiele większe i piękniejsze, niż sobie wyobrażałem. Jak z zaświatów, jakby miały w sobie pierwotną moc! Te głosy! Widzisz je na wodzie, dają nura i za chwilę wynurzają się kilkaset metrów dalej. Są jeszcze wielkie ary oraz „magellanki” w Ameryce Południowej (kilka różnych gatunków, które dzisiaj nazywa się gęsiówkami), ptasie lato w tundrze czy niezwykle rzadki żuraw antygona z Indii… Ale nie łudzę się, że uda mi się zobaczyć wszystkie gatunki, które śnią mi się po nocach.

Zamiast Indii i Ziemi Ognistej wystarczy Biebrza?

Każdy ptasiarz musi prędzej czy później wylądować nad Biebrzą, choć coraz mniej wiadomo, kiedy tam jechać. Kiedyś jasne było, że w kwietniu zobaczy się ogromne stada ptaków. Dziś przeloty są bardziej rozciągnięte w czasie, a i ptaków jest tam mniej naraz. Ich areały są rozczłonkowane – zamiast zwartych kontynentów przypominają archipelagi coraz mniejszych wysp. Ale Biebrza to wciąż wielkie centrum migracyjne. Co ciekawe, przede wszystkim wiosną. Jesienią mało kto się tam zatrzymuje. Widzi się od rana do wieczora potężne klucze gęsi, ale tylko nad głową.

Dlaczego?

Najwyraźniej przystawanie tam jesienią nie opłaca się ptakom. Gęsi potrzebują świeżej trawy, której nad Biebrzą jesienią nigdy nie było za dużo. Lecą raczej do zachodniej Polski. Cała dolina dolnej Odry, od ujścia Warty aż do Świnoujścia, to genialne tereny. I to przez okrągły rok. Z kolei Polska wschodnia, enklawy typu Biebrza, Narew, rozlewiska Bugu, sprawdzają się przede wszystkim wiosną. Park Narodowy „Ujście Warty” to ptasi raj, choć ostatnio jesienią i zimą słychać tam głównie huk broni palnej. Presja myśliwych wokół parku jest ogromna. Jeszcze parę lat temu roiło się tam od zimujących kaczek, gęsi, łabędzi, bielików, żurawi. Rok temu zobaczyłem tam garstkę ptaków z dystansem ucieczki bliskim kilometra. To wymownie pokazuje, co się tam dzieje. Tymczasem to miejsce mogłoby być klejnotem na mapie polskiej i europejskiej ochrony przyrody. Szkoda, że nie jest tak traktowane.

Wracając do pracy w ochronie przyrody – czy władza, która wysyła harwestery do Puszczy Białowieskiej, mówi o regulacji rzek i kopaniu kanałów, zniechęca czy mobilizuje do działania?

Mnie i wielu innych ludzi zniechęca. Prawdę mówiąc nie znam nikogo, kto czułby się spełniony i zmotywowany dzisiejszą polityką. Działasz w trzecim sektorze, starasz się wyręczyć państwo w pewnych jego funkcjach, a władza zamiast jak partnera traktuje cię jak wroga. Nic dziwnego, że praca w ochronie przyrody cieszy się małym szacunkiem społecznym. Zawsze myślałem, że jak zajmę się ochroną przyrody, poprawianiem świata, to już nigdy nie będę chodził do pracy, bo to będzie tak twórcze i synergiczne zajęcie. Nie mogłem być w większym błędzie. To bardzo samotna branża i często jest tutaj jak na wojnie.


Adam Wajrak: Przyjechałem do Białowieży i zobaczyłem Nurię z jej kruczoczarnymi włosami, opaloną jeszcze mocno, bo prosto z Hiszpanii. I ja się w tej czarności zakochałem, ale tak od razu i tak na amen. Oboje stwierdziliśmy, że jedynym miejscem, gdzie możemy być razem, to jest Puszcza.


 

I kiepsko wynagradzana.

Jasne, w innych krajach i kulturach też nie ma w niej kokosów. W umowach, które ze swoimi pracownikami podpisuje brytyjskie RSPB, jest paragraf, w którym powszechnie wysoko płatni specjaliści akceptują, że zarobią mniej, niż gdyby robili to samo w biznesie. Ale z tą pracą wiąże się tam ogromny szacunek społeczny. Zdarza się, że podchodzi do ciebie obcy człowiek i dziękuje ci za to, co robisz dla niego i jego dzieci. U nas ochrona przyrody zawsze była na samym końcu listy priorytetów. I nie chodzi tylko o obecną władzę, choć ta posuwa się do nieznanych nam dotąd ekstremów i zamiast szacunku mamy do czynienia z otwarcie deklarowaną wrogością, agresją i poniżaniem.

Rzeczownik „ekolog” stał się obelgą.

Nie wiem, czy zauważyłeś, że na początku tego roku w debacie pojawił się termin ekologizacji. Zamiast ekologa mamy ekologistę. Usłyszeliśmy już, że ekologia jest niebezpieczna, że zagraża tradycyjnym wartościom, że to w rzeczywistości bolszewicka indoktrynacja. Zlepek bzdur i skojarzeń, na które nikt normalnie by nie wpadł. Mam wrażenie, że my, działacze ochrony środowiska, byliśmy kolejną grupą społeczną na celowniku władzy w kampanii wyborczej. Machina hejtu była już gotowa do działania. Nie ruszyła pełną parą chyba wyłącznie z powodu koronawirusa, bo trudno oderwać pandemię od problemów dewastacji środowiska naturalnego. Zamiast ekologów wrogiem społecznym numer jeden uczyniono mniejszości seksualne. ©

JACEK KARCZEWSKI jest przyrodnikiem, współzałożycielem stowarzyszenia Ptaki Polskie, pomysłodawcą wielu akcji społecznych (m.in. „Bądź na pTAK!” i „Noc sów”), autor książek „Jej wysokość gęś” oraz „Noc sów” (Wydawnictwo Poznańskie).

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz i pisarz, wychowanek „Życia Warszawy”, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Opublikował książki „Hajstry. Krajobraz bocznych dróg”, „Kiczery. Podróż przez Bieszczady” oraz „Pałace na wodzie. Tropem polskich bobrów”. Otrzymał kilka nagród… więcej

Artykuł pochodzi z numeru Nr 34/2020