Reklama

Polska z zapomnianego marzenia

Polska z zapomnianego marzenia

28.04.2009
Czyta się kilka minut
Przejechałem kilkaset kilometrów wokół Góry Świętej Anny - tej, o którą w 1921 r. stoczona została największa bitwa w III powstaniu śląskim. Szukałem śladów. Zwłaszcza tych w ludzkiej pamięci.
G

Gogolin. Gdy po tylu latach znowu przejeżdżam przez tory kolejowe, przepoławiające miasteczko w jego wzorowo zadbanym centrum, zrazu nie zauważam stojącego nieopodal dworca słynnego, ale brzydkiego pomniczka Karolinki. I Karliczka, co to "poszedł za nią jak za młodą panią z flaszeczką wina". Przez długie lata postacie te były symbolem miasta, by w roku 1987 dość bezceremonialnie wtargnąć także na czerwone pole miejskiego herbu.

Ale to było przed ustrojowym przełomem. Zanim wyrodziła się mniejszość niemiecka. Od tej chwili Gogolin stał się jej nieformalną stolicą. Karolinka i Karliczek, choć ich stąd nikt nie wyeksmitował, zaczęli trochę uwierać. Usunęli się więc jakby nieco na bok, bo niechcący wpisywali się w historię oficjalną, upudrowaną, a w jej najbardziej dramatycznych momentach haniebnie zafałszowaną.

Tablica - rok 1945

Kilkaset metrów dalej, na kamienicy stojącej naprzeciwko stuletniego kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa, wielka dwujęzyczna tablica. To ona mogłaby być nowym symbolem tej prastarej górnośląskiej miejscowości. Na pewno nie poróżniłaby i nie podzieliła jej mieszkańców na tych - jak to kiedyś tu określano - niemieckiego albo polskiego "ducha". I na tych, którzy do żadnego "ducha" przyznawać się nie chcą, bo czują się tylko Ślązakami.

Ale ta tablica na symbol, na znak, na promocyjny gadżet się nie nadaje. Mogłaby raczej pełnić funkcję przydrożnego krzyża albo kapliczki, których tak wiele w tych okolicach, i pobudzać do zadumy.

Nie jesteśmy jednak na rozstaju dróg, tylko w samym sercu tego kilkutysięcznego miasteczka, które już w XIII w. należało do książęcego uposażenia klasztoru cystersów z nieodległej Jemielnicy. No chyba że uznać, iż po wycofaniu się wojsk niemieckich i przyjściu Armii Czerwonej wszystkie tutejsze drogi i ścieżki nagle się poplątały, gwałtownie pokrzyżowały. I ludzie nie zdążyli uciec. Zresztą większość nie chciała i nie miała dokąd.

A Sowieci nie selekcjonowali ofiar cywilnych. Nie sprawdzali, kto jest kim. Kto Polakiem, kto Niemcem. Kto Ślązakiem. Dla nich wszyscy byli znienawidzonymi Germańcami, na których wolno wziąć odwet.

Ta tablica jest jak spóźniony świadek, a zapisana na niej inskrypcja musi wzruszać. Także lapidarnym, jakby nieco wystylizowanym językiem: "29 stycznia 1945 zmarli w tym domu śmiercią gwałtowną pobożni i niewinni mieszkańcy gminy Gogolin". Niżej litania kilkunastu nazwisk, którą otwierają ks. proboszcz Józef Bieniosek i ks. wikary Eryk Szewior.

Wiem od dawna, jak silnie wydarzenia z pierwszych miesięcy 1945 r. zaważyły na pamięci historycznej mieszkańców tej części Śląska Opolskiego. Kilkanaście lat temu właśnie w Gogolinie sprawdzałem, w jakim stopniu tamte sowieckie mordy i gwałty zaważyły na późniejszych deklaracjach i wyborach narodowościowych kolejnych generacji opolskich Ślązaków. "Nawet ci, których nie dotknęła bezpośrednio oswobodzicielska ręka Armii Czerwonej - pisałem z odrobiną emfazy - noszą w sercu nieuleczalną ranę". Na dowód przytaczałem tę oto relację, która wstrząsającą być nie przestała: "W 1947 robiołżech w Otmęcie. Ktoś mi przyniósł tako czerwono książeczka przyjaźni polsko-radzieckiej. Jo pedzioł, że niy chca mieć takiego przyjaciela, co mi 17-letniego synka zabioł. Łon im nic złego niy zrobioł. Mioł praktyka na kolei, a łoni go za nic zastrzelili. Ludzie potym godali, że mnie zamkną. Ale mnie tam było wszystko jedno. Tyn, co te książeczki wtedy rozdowoł, słysza, że jeszcze żyje. Miyszko w Reichu".

Ludzie - czas Międzywojnia

Niestety, dziś już nie zdołałem odszukać staruszka, który w połowie lat 90. tę historię mi opowiedział. Z pamięci wyleciało mi jego nazwisko, więc kiedy znowu znalazłem się w Karłubcu, wiosce dawno już wchłoniętej przez Gogolin, nie potrafiłem trafić do jego chałupy.

A przecież powinienem, bo mieszkał blisko mojego wujka Stanisława, powstańca spod Góry św. Anny. Nawet się podobno kumplowali. Wielce prawdopodobne, że ten mój staruszek już nie żyje. Jak - być może - i ten, który rozbudzał w nim miłość do Polski i Związku Radzieckiego. Jeśli razem odeszli do tego najlepszego z Heimatów, to - na sto procent - jako jednoznacznie zdeklarowani Niemcy. Nikt tak bowiem skutecznie nie germanizował, jak NKWD, UB i funkcjonariusze bratnich partii.

Ale bądźmy sprawiedliwi, obiektywni. Wcześniej, czyli w dwudziestoleciu międzywojennym, które na sporych i spornych połaciach Górnego Śląska trwało tylko 17 lat [przyznane Polsce tereny włączono do II RP w 1922 r. - red.], świetnie ta sztuka udawała się także wszelkiej maści urzędnikom i instytucjom oświatowo-kulturalnym Republiki Weimarskiej. Znacznie lepiej niż kanclerzowi Bismarckowi, który - atakując równocześnie Kościół katolicki i język polski - nie przypuszczał, że tym samym wychowuje generację zbuntowanych Ślązaków, coraz niechętniej spoglądających na prusko-niemieckie państwo.

Machina Republiki Weimarskiej zaś, już w zupełnie innych okolicznościach geopolitycznych i cywilizacyjnych, bardzo szybko zgniotła języki inne od niemieckiego. Także polskie organizacje, wszelakie stowarzyszenia, chóry, klasy mniejszościowe. A nawet msze w języku polskim, choć te utrzymały się prawie do wybuchu II wojny światowej. Kościoły, kiedy śpiewano w nich po polsku, były wprawdzie jeszcze pełne, ale w innych miejscach śląska gwara gwałtownie się cofała. Do dziś nie zaniknęła, ale w tamtych latach "duch" polski już niemieckiego państwa straszyć nie musiał. Powstańcy śląscy zdążyli się zestarzeć, czyli ustatecznić. Nie mieli już po 20-30 lat. Nikt już tu nie myślał o tym, by podnieść rękę na niemieckie państwo.

Inna rzecz, że wielu z tych ludzi - jak mój dziadek Walenty z tegoż Karłubca, brat Stanisława - od razu uszło za miedzę, na polski Śląsk, gdzieś w okolice Katowic.

Z samego tylko Gogolina - po przegranej bitwie pod Górą św. Anny i podziale Górnego Śląska - uciekło do Polski 50 rodzin. Te, które zostały na miejscu, musiały się liczyć z ostrymi szykanami. Po amnestii głów podnieść nie mogły i nie chciały. Germanizacja - już bez użycia siły i politycznej przemocy - postępowała w błyskawicznym tempie.

Pamięć - dzisiaj

A przecież jeszcze na początku XX w. do szkoły w Karłubcu chodziły dzieci, które języka niemieckiego w ogóle nie znały. Musiały się go dopiero nauczyć. Na co dzień - tylko "godały". Musiały wkuwać niemieckie słówka i gramatykę. Jak w roku 1945 ich dzieci i wnuki. Z tą różnicą, że te musiały uczyć się polskiego. Zresztą w tej samej szkole.

Jedno, może dwa pokolenia - i wystarczyło, by wybito z głowy powstańcze rojenia o Polsce. Zresztą, kto ją tu widział, kto o niej słyszał? A kto ma ją słyszeć i czuć dzisiaj, skoro wnuki tych, co za Stalina już jako tako połapali język Kochanowskiego, po roku 1990 uczą się w szkołach polskich (i w RFN-ie) języka Goethego.

Gdzie tu miejsce na żywą, nie tę akademijną, pamięć o śląskich powstaniach? Minęło tyle lat. Parę razy zmieniły się państwa i ustroje. Polska ledwie od dwóch dekad z trudem dobija się wizerunku państwa normalnego. Demokratycznego.

Tak naprawdę intryguje mnie tylko jedno pytanie. Politycznie niepoprawne, ale trzeba je w tych miejscach zadać. Wiem, że nikt z odpowiadających na nie pełnej prawdy nie ujawni. I nie dlatego, że Ślązacy lubią kłamać. Są - ale tylko w takich przypadkach! - ostrożni i nieufni. Bo sami niepewni, czy prawdę znają. I czyja ona jest. Mam dziwne podejrzenie, że powstańcze tradycje wśród ludzi mieszkających wokół Annabergu bezpotomnie umarły i może nawet trzeba dziś ich resztki chować przed proniemieckimi sąsiadami?

- Nie, nikt nikomu niczego nie wypomina. Zresztą, kto miałby to robić? Żyjemy normalnie, w zgodzie. I do kogo te pretensje? Większość dzieci i wnuków powstańców od lat siedzi za granicą - w głosie Wiktora Prusko z Karłubca nie ma cienia melancholii. To, że także brat jego ojca był w powstaniu, pewnie coś dla niego znaczy. Ale na jego dzisiejszy los wpływu nie ma żadnego. Czuję, że on tak czuje.

Anna jest bratanicą Wiktora. Młoda. Wykształcona. Bada genealogie rodzinne. Dokopała się już głęboko. Bywała w archiwach Wrocławia i Opola. Wszystko ma w komputerze. - Kiedy jako dziecko jeździłam z babcią na Górę św. Anny, to tylko do kościoła. A babcia polityczna nie była, prosta kobieta - wspomina. - Nigdy nie szłyśmy pod pomnik powstań śląskich. Zresztą wcześniej stał tam pomnik niemiecki, z nazistowskich czasów. Polska? Powstania? Czuję się Ślązaczką - deklaruje niepytana, bo po cichu założyłem sobie, że dziś nikogo nie będę psychicznie molestował i zmuszał do spowiedzi.

- Zero. Zapewniam pana. Powstania ze świadomości tutejszych wyparowały. Niezależnie od tego, czy "Opa" był propolski, jak mój, czy proniemiecki, jak mojej żony - Norbert Boronczyk był radnym i pierwszym przewodniczącym demokratycznie wybranej Rady Miejskiej Gogolina. Muszę mu wierzyć, bo jako autor monografii o Karłubcu zbadał wiele dokumentów i relacji. - To już dziś prawie nikogo nie obchodzi. Ani ziębi, ani grzeje.

Góra - dzisiaj

Ale na pewno boli. Kogo? Mnie boli? Chyba tak... Ruszam przeto dalej, bo nie mam czasu na rozczulanie się nad sobą. Za chwilę pod Górą św. Anny zamkną Muzeum Czynu Powstańczego i niczego nie zobaczę, z nikim nie pogadam. Zamkną, choć nie na amen, a tego jeszcze niedawno chciał niejeden lokalny lider mniejszości niemieckiej. Ciągle nie brakuje takich, których zgromadzone tu pamiątki drażnią i denerwują. Trochę tych ludzi rozumiem. A trochę nie. Widać, jeszcze nie dojrzeliśmy do tego, by w jednym muzeum pomieścić i świadectwa powstańców, i ich przeciwników z proniemieckiej Samoobrony (Selbstschutz) - też złożonej ze Ślązaków.

W tym roku powstańcze uroczystości zamkną się w muzealnym budynku. Chyba po raz pierwszy. Zrezygnowano z przemówień pod socrealistycznym pomnikiem Xawerego Dunikowskiego. Chyba władze z Opola mają już dość najazdów grupek narodowców, wykrzykujących każdego 3 maja, że "Śląsk Opolski zawsze polski". Nie chcą oglądać hajlujących młodzianów w podkutych butach? Boją się prowokacji? A jak będzie w roku 2011, gdy przyjdzie obchodzić 90. rocznicę trzeciego powstania?

Czeka mnie tylko 10-15 minut niespiesznej jazdy samochodem. Może znajdę jakiś żywy popowstańczy, niemuzealny ślad i gdzieś - gdzie? - mnie on naprowadzi? Piękna jest Góra św. Anny i jej gospodarne okolice. Piękne są okoliczne miasteczka i wioski. Asfaltowe drogi i szosy, po których w dni powszednie prawie nikt nie jeździ, są jak polne ścieżki, prowadzące do zieleniejących na wiosnę pól. Nierzadko okolone kwitnącymi drzewami owocowymi. Tymi samymi, które pamiętam z dzieciństwa?

Tylko młodych ludzi jakoś niewielu. Kto zatem zasiał te pola? Starzy? Bo młodzi i ci jeszcze młodsi wyjechali przecież na Zachód. Na stałe? Jedni tak, drudzy - nie. Dziś każdy może wyjechać. Nie to co na początku lat 90., gdy trzeba było mieć "pochodzenie". Bez niego ani rusz. Legalnej roboty się nie dostało, jeśli się wcześniej nie dostało paszportu z Bundesrepubliki. Teraz można się wybrać już nie tylko do Niemiec. Można też - na przykład - do Holandii. Gdziekolwiek. A jak już tam jesteś, to na pewno nie myślisz o powstańcach śląskich. Ani o pradziadku z Selbstschutzu.

W końcu zjeżdżam w stronę Zdzieszowic, tam gdzie ciągle kopcą stare gigantyczne koksownicze kominy. Gdzie ludzie jeszcze mają pracę. Po drodze zabieram miejscowego. Sześćdziesiątka na karku. Narzeka na sąsiadów. Trochę na swoich liderów z mniejszości, bardziej jednak na tych, co udają polskich profesorów i kłamią jak najęci o historii Annabergu i tutejszych ludzi. To człowiek stąd. Z dziada pradziada. - Mają wszystko. Po dwa domy i pięć aut. I dalej im źle, jeszcze im mało - narzeka i będzie musiał jeszcze trochę ponarzekać, bo do wioski Góra św. Anny już go nie podrzucę. Skręcę do Leśnicy. Będzie musiał wspinać się dalej sam, pieszo.

Polska - ze snów

A w Leśnicy, na pięknym, dziwnym trafem oszczędzonym przez Sowietów ryneczku - smutny, paskudny, PRL-owski obelisk ku czci powstańców. Mam dosyć. Nigdzie już dalej nie jadę i nie idę. Z nikim nie będę rozmawiał. I nie będę słuchał, że powstańcy, w wolnych chwilach między potyczkami, wypijali całą gorzałę i wszystkie flaszki wina z piwnic grafów von Gaschinów. Dobrodziejów tej ziemi, budowniczych kościoła i klasztoru na szczycie Góry św. Anny.

Choć przecież:

...wbrew temu, co się sądzi i co się ustaliło od dziesięcioleci, głównym powodem śląskich powstań był bunt robotników i chłopów przeciwko wyzyskowi. A czynnik narodowy był w istocie wtórny. Powstania śląskie były przede wszystkim echem rewolucji październikowej w Rosji. Ślązacy, plebejusze okoliczni, już od pokoleń wcielani do niemieckich armii, służyli i walczyli o interesy państwa, z którym się w przeważającym procencie nie identyfikowali, a które ich w dodatku sproletaryzowało.

Powstania wzięły się z potrzeby lepszego bytu i potrzeby identyfikacji ze swoimi. A więc, gdy przez świat szła rewolucja proletariacka, choć plebejusze śląscy nie utożsamiali się także z ideałami komunizmu, zaczęła im się śnić alternatywa, zwana Polską. Było to w istocie marzenie o kraju sprawiedliwości społecznej w przeciwieństwie do ideałów powstańców listopadowych i styczniowych, którym śniła się wolna i niepodległa Polska. To są dwa odrębne mity, które - jak dotąd - nie spotkały się na tej samej drodze.

To fragment mało znanego, okolicznościowego tekstu, napisanego w roku 2001, w przededniu 80. rocznicy trzeciego powstania.

Kto go popełnił? Pewien reżyser spod Katowic. Syn powstańca. Nazywa się Kazimierz Kutz. To ten, który kiedyś nakręcił "Sól ziemi czarnej": arcydzieło kina polskiego i najpiękniejszy, najprawdziwszy i najgłębszy hołd, jaki kiedykolwiek złożono powstańczej generacji. Tej, która wymarzyła sobie Polskę, choć jej nie znała. A może - bo jej nie znała?

Potem Polskę poznała. Ta dla wielu okazała się macochą. Jak ze złej bajki.

- Jak bych wiedzioł, co to bydzie za Polska, to bych chyba tyn karabin w drugo strona łobrócił - to słowa jednego z powstańców, który przeżył mojego dziadka Walentego i jego brata Stanisława, ich kolega. Przeżył - nie znaczy, że doczekał.

Dziś wśród nas nie ma ani jednego żyjącego powstańca śląskiego.

KRZYSZTOF KARWAT (ur. 1958 w Świętochłowicach) jest redaktorem miesięcznika społeczno-kulturalnego "Śląsk". Do 1982 r. dziennikarz katowickiego ośrodka telewizji, w stanie wojennym pracował jako nauczyciel. 1988-91 kierownik literacki Teatru Śląskiego; obecnie konsultant programowy Teatru Rozrywki w Chorzowie. Zajmuje się krytyką literacką i teatralną oraz historią Śląska. Wydał kilka tomików wierszy, publicystyczną książkę "Ten przeklęty Śląsk" (1995) i eseje "Jak hanys z gorolem. Rozważania o Górnym Śląsku" (1999).

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]