Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Pięciu wspaniałych

Pięciu wspaniałych

09.07.2018
Czyta się kilka minut
PIOTR MATYWIECKI: Dziś życie literackie w Polsce jest podobnie wielobarwne i różnorodne jak przed wojną. Skamandryci wywodzili się z bardzo różnych tradycji: za mistrzów obrali romantyków, czcili też Whitmana i Rimbauda.
Wyjazd polskich literatów do Pragi. Jarosław Iwaszkiewicz (pierwszy z lewej), Antoni Słonimski (u góry), Jan Lechoń (drugi z lewej), Kazimierz Wierzyński (pierwszy z prawej), z tyłu stoi Maria Morska-Knaster, Warszawa, 1928 r. NAC
M

MICHAŁ SOWIŃSKI: Minęło sto lat od powstania grupy – po co nam dziś skamandryci?

JUSTYNA SOBOLEWSKA: Grup poetyckich było wiele, ale ta odegrała szczególną rolę. Pomyśleliśmy, że będą nam w tym roku patronować na festiwalu z kilku powodów. Pierwszy to rocznica odzyskania niepodległości i rocznica ich powstania, ale nie tylko. Chcieliśmy zwrócić uwagę na sam fenomen grupy artystycznej: na jej rozmach, rozgłos, ferwor polemiczny i umiejętność wpływania na publiczność. Skamandryci są fascynujący i jako grupa, i każdy z osobna – fascynujące są poszczególne losy poetów. O tym wszystkim będziemy na festiwalu rozmawiać: o tych najlepiej pamiętanych, i tych zapomnianych. Będziemy też słuchać ich wierszy, i to nie tylko po polsku.

PIOTR MATYWIECKI: Gdy mówimy o stuleciu odzyskania niepodległości, automatycznie pojawiają się także skamandryci, którzy 29 listopada 1918 r. buńczucznie objawili się w kawiarni Pod Picadorem. To wystąpienie zwykło się uważać za rewolucyjne zarówno pod względem poetyki, jak i w kontekście ówczesnego życia artystycznego. Skamandryci mieli specyficzny styl bycia, uwielbiali skandalizować, choć mniej niż występujący z nimi futuryści. Aczkolwiek rewolucyjność ich stylu też bywa względna – jeśli sięgnąć do wczesnych wierszy Tuwima, młodopolszczyzna aż bije po oczach. Wyróżniała ich jednak jakość warsztatu poetyckiego. Muszę się zgodzić z Miłoszem, że Młoda Polska zepsuła składnię polskiego wiersza, tymczasem pierwsze utwory skamandrytów były technicznie i konstrukcyjnie na zdecydowanie wyższym poziomie. Dziś jednak bardziej interesują nas jako pojedyncze, wyróżniające się osobowości, a nie jako grupa.

JS: W momencie pojawienia się mieli już świadomość, że tworzą historię literatury?

PM: O swojej wadze przekonali się dopiero po wydaniu debiutanckich tomików – natychmiastowa popularność musiała im uświadomić, że stanowią w literaturze pewną epokę, choć nie jestem przekonany, czy zdawali sobie sprawę z rodzaju swojej odmienności. Skamandryci bardzo szybko zajęli centralne miejsce w życiu literackim, stali się autorytetami w dziedzinie poezji. Już po kilku latach namaszczali twórców młodego pokolenia. „Wiadomości Literackie”, z którymi byli najmocniej związani, miały nakład 15 tys. egzemplarzy, docierały zatem do całej polskiej inteligencji. Były przy tym pismem na fantastycznym poziomie. To nie był wyłącznie organ skamandrytów, ale również medium przybliżające ówczesną literaturę światową, nierzadko bardziej nowoczesną niż sama twórczość Skamandra.

A ich relacje z obozem władzy?

PM: Towarzysko-koteryjnie związani byli z piłsudczykami, ale w zasadzie nie miało to u nich charakteru koniunkturalnego. Wydaje mi się, że trafili do tego środowiska z powodów ideowych. Mimo początkowego anarchizowania był im jednak bliski tradycyjny polski patriotyzm.

JS: Choć przecież na początku chcieli się uwolnić od tematyki narodowej.

PM: Ale nie trwało to długo. Nawet poeta tak eskapistyczny jak Tuwim pod koniec międzywojnia pisał niesłychanie ostre społecznie wiersze, jak choćby cykl o państwie czy „Bal w Operze”. Kazimierz Wierzyński z kolei tworzył teksty niesłychanie mroczne i apokaliptyczne.

Mnie interesują jednak jako grupa – dzisiaj poezja funkcjonuje inaczej, nie ma takich czasopism czy środowisk.

PM: Po 1989 r. w krytyce literackiej i publicystyce pojawiło się oczekiwanie, że wraz z nową niepodległością pojawią się także nowi poeci. Pod tym względem publicyści i krytycy zawiedli się jednak na bruLionie, który był grupą sytuacyjną par excellence i pomimo gwałtownego startu szybko się rozpadł. Brulionowcom nie w głowie było zostawać nowymi skamandrytami.

To dobrze czy źle, że dziś już nie ma takich grup?

PM: Nie wiem. Podoba mi się, że w Polsce życie literackie jest wielobarwne, że funkcjonuje wiele najrozmaitszych estetyk, z których wyrastają wybitni poeci. Przed wojną też tak było. Bardzo ważna jest niejednorodna tradycja, z której wywodzili się skamandryci. Za mistrzów obrali romantyków, czcili też dwóch wielkich poetów – Walta Whitmana i Arthura Rimbauda. Choć Whitman rozsadzał tradycyjną polską poezję swoją ekstatyczną żywiołowością, a Rimbaud surrealną wyobraźnią, skamandryci cenili ich na równi z Mickiewiczem czy Słowackim. U każdego z nich, a najbardziej u Tuwima i Iwaszkiewicza, widoczny był także ogromny wpływ poezji rosyjskiej, która oczyszczała ich z tego, co młodopolskie.

JS: Ciekawe też były relacje wewnątrz grupy. Wiadomo, że Iwaszkiewicz i Słonimski byli blisko, ale nie była to łatwa przyjaźń.

PM: To były trudne znajomości, ale chyba naprawdę się lubili, a na pewno mieli dla siebie i swoich osiągnięć duży szacunek. Rozłam nastąpił po wojnie, którą tylko Iwaszkiewicz przeżył w Polsce, miał więc zupełnie inne doświadczenia. Wszyscy, a szczególnie Tuwim, mieli potem ogromny kompleks, że nie byli tu w trakcie wojny, że nie współcierpieli.

Do tego doszedł skrajnie różny stosunek do komunizmu.

PM: Niektórzy uważają, że ich rozpad rozpoczął się w dniu, w którym przebywający na emigracji Lechoń zadzwonił do Tuwima, żeby się z nim podzielić wstrząsem wywołanym zbrodnią katyńską. Ponieważ Tuwim nie do końca mógł uwierzyć, że zrobili to Sowieci, Lechoń rzucił słuchawką i raz na zawsze zerwał z nim osobiste kontakty. Chyba wtedy właśnie skończył się Skamander.

Skamandryci nie zawsze pokojowo współistnieli też z innymi przedwojennymi grupami literackimi.

PM: Poeci awangardy, ale też niektórzy międzywojenni krytycy czy filozofowie nie mieli zbyt wysokiego mniemania o walorach intelektualnych tej piątki. Czemu zresztą skamandryci sami byli sobie winni, bo cenili nagi, niczym nieobudowany talent, więc zgrywali się i ukrywali swoją erudycję.

Byli też bohaterami rubryk plotkarskich.

PM: Celebrytami byli niesłychanymi. Przy czym sytuacja Tuwima była szczególna – odniosłem wrażenie, że cała czwórka otaczała go kultem, był dla nich nieomal wybrańcem, bogiem poezji. Inni darzyli się nawzajem dużym szacunkiem, ale to było co innego. Na zewnątrz grupy było podobnie.

JS: Zastanawiam się, czy bardziej brało się to z jego talentu czy też charakteru.

PM: Zapewne połączenie jednego i drugiego. Tuwim był jednocześnie uwielbiany i nienawidzony, głównie przez anty­semitów. Istnieją przykre sygnały, że niektórzy ze skamandrytów także hołdowali niektórym odruchowym przesądom antysemickim. Można to niekiedy wyczytać w listach Iwaszkiewicza do żony. Oczywiście przed II wojną światową miało to zupełnie inny wydźwięk.

Historia skamandrytów ma także mroczniejszą i mniej znaną kontynuację po wojnie.

PM: Tuwim umarł w 1953 r., dlatego w jego przypadku okres powojenny miał mniejsze znaczenie. Ale gdyby na przykład Iwaszkiewiczowi odebrać cały późny okres twórczości, rozpoczynający się wydaniem tomiku „Jutro żniwa”, otrzymalibyśmy poetę o wiele słabszego. Późny Iwaszkiewicz to biograficzna intymność, a poezja tego czasu pełna jest zagadkowych półanegdot i dyskretnych wzruszeń. Zachwyt nad życiem połączony z rozpaczą, a czasem wręcz nihilizmem, tworzył szczególny smak tej poezji.

Lechoń popełnił samobójstwo w 1956 r.

Miał też najwięcej trudności po wojnie. Biadał, że wszyscy piszą tony wierszy, podczas gdy dla niego sukces to pięć czy sześć wierszy rocznie. Ze względu na swoje klasyczne rytmy i rymy bał się łatki tradycjonalisty. Ale bez względu na anachronizm jego strofy były fantastycznej jakości. Był mistrzem okresu zdaniowego, co dawało dynamikę i siłę nawet bardzo tradycjonalnym wierszom. Jan Błoński napisał kiedyś o jednym z późnych jego dzieł, że po Mickiewiczu to najczystsza muzyka polszczyzny.

A Wierzyński? Postać dziś trochę z boku.

PM: On także bardzo się zmienił. Przed wojną zauroczył czytelników młodzieńczą euforią, pogańską radością życia, panteizmem wręcz. W jego późniejszej poezji genialne jest przenikanie się wnętrza i zewnętrza. „Ptak przeleciał przeze mnie” – to moja ulubiona jego fraza z „Piątej pory roku”. Ten przelot ptaka otwiera go nagle na wspomnienia z młodości, na krajobrazy Beskidów. Wierzyński był też najbardziej postępowy, pod koniec życia pisał niesłychanie kompetentne i piękne eseje o malarstwie Jacksona Pollocka czy rzeźbie Alexandra Caldera. On, stary skamandryta!

Zostaje nam jeszcze Słonimski, najbardziej zapomniany z całej piątki.

JS: Chociaż funkcjonuje dziś jako publicysta, autor wzorcowych felietonów.

PM: Tak, ale jako poeta został zapomniany, według mnie bardzo niesłusznie. Nie był człowiekiem łatwych wzruszeń, a jednak tworzył wiersze sentymentalne, z których bił intelektualny chłód. Być może z całej piątki był najbardziej anachroniczny, ale jego wczesne, potężne poematy, które z powodzeniem odczytywał Pod Picadorem, przypominały surrealizujących poetów francuskich czy futurystów. Szybko to zarzucił, ale pamięć o jego dynamicznej, anarchicznej i pacyfistycznej twórczości przetrwała jeszcze długo.

Pan upatrzył sobie jednak Tuwima, czego dowodem jest monumentalna biografia poety.

PM: To prawda, z różnych względów jest mi najbliższy. Po wojnie jako poeta prawie nie istniał. Prawie, bo są dwa albo trzy wiersze równie wielkie jak te przedwojenne. W jednym z ostatnich wierszy komunizujący już Tuwim w skrajnej rozpaczy modli się do figury przydrożnego Chrystusa. To jeden z najpiękniejszych polskich wierszy religijnych. Trudno znaleźć dowody na piśmie, ale prawdopodobnie Tuwim dość wcześnie odkrył, że komunizm nie jest tym, czego się spodziewał. Poruszyła mnie kiedyś opowieść przyjaźniącego się z Tuwimem Juliusza Wiktora Gomulickiego, któremu w latach 50. napotkany Tuwim kazał przeczytać wyjętą z kieszeni kartkę – był na niej wiersz antystalinowski. Tej kartki jednak nigdy nie odnaleziono.

JS: Zupełnie różnie układa się pamięć o każdym z nich. Tuwim i Iwaszkiewicz są wciąż obecni, Lechoń, Wierzyński i Słonimski zostali prawie zapomniani. Ciekawe, czy kiedyś wrócą.

PM: Kiedyś mówiono o „czyśćcu poetów”. Teraz znajduje się tam na przykład Zbigniew Herbert, o którym wcześniej wiele pisano, aż chyba nastąpił przesyt. Skamandryci czyściec już opuścili – pytanie, co po nich zostało. Na pewno zniknęło poczucie ich odmienności wobec innych poetów międzywojnia. Dzisiaj czyta się ich na równi z Czechowiczem czy nawet Przybosiem. Luka pokoleniowa i artystyczna zniknęła również w przypadku Leśmiana i Staffa.

JS: Bycie poetą w dwudziestoleciu znaczyło jednak co innego niż kiedykolwiek wcześniej czy później.

PM: Gdyby Tuwim dostał przed wojną Nobla, to wśród polskiej inteligencji uważano by to za despekt. Homerowi nie daje się Nagrody Nobla. Tomek Mann, proszę uprzejmie, ale Tuwim?

JS: Powiedział pan kiedyś, że czytając Tuwima nawet stary czytelnik staje się młody. Jest w tej poezji witalność i energia.

PM: Tak, ale pod koniec dwudziestolecia wszyscy wkraczają w okres mroku. To coś więcej niż świadomość sytuacji politycznej w Europie i zbliżającej się apokalipsy. Jest to mroczność czysto egzystencjalna, momentami wręcz diaboliczna. To poeci żywiołowej młodości, ale też niesłychanego mroku, jak choćby w słynnym wierszu Iwaszkiewicza o tym, że nie ma zmartwychwstania.

JS: Dla wielu stali się też wzorcem poezji, dla niektórych wręcz jej kresem.

PM: Powiedziałem kiedyś Arturowi Międzyrzeckiemu, że Tuwim miał talent porównywalny do Borysa Pasternaka, na co ten się zdenerwował i zakrzyknął, że Tuwim był tysiąc razy większym poetą. Z kolei Julia Hartwig powiedziała, że jedynymi z bożej łaski poetami polskimi XX wieku byli Tuwim i Gałczyński. Formuła „z bożej łaski” wtedy miała znaczenie, jakiego dzisiaj już nie ma. Choć z rzadka, u młodych poetów znajduję jeszcze ten przebłysk.

A słychać czasem Tuwima w młodej poezji?

PM: O dziwo było go słychać w Nowej Fali, choć nowofalowcy nigdy by się do tego nie przyznali. Jednak kiedy Kornhauser pisze, że państwo jest najwybitniejszym poetą polskim, brzmi to jak kontynuacja wierszy Tuwima. Obywatelskość nowofalowej poezji ma też korzenie u Słonimskiego, który z prawdziwą radością powitał nowe pokolenie poetów. Zaimponowała mu ich odwaga cywilna i odwaga poetycka. U późniejszych twórców skamandrytów już raczej nie słychać, choć Anna Piwkowska, którą wysoko cenię, ma coś skamandryckiego w technice pisania.

JS: Jest coś radosnego w powracaniu do skamandrytów, także wśród ludzi, którzy nie czytają dużo poezji.

PM: Jadąc kiedyś pociągiem, spotkałem pewnego profesora prawa i wziętego adwokata. Był wprost opancerzony urządzeniami służącymi do komunikacji, zupełnie okablowany, zajmował się kilkoma sprawami jednocześnie. W pewnym momencie jednak odłączył się od tych wszystkich urządzeń, schował je do szpanerskiej torby, żeby wyjąć z niej zaczytany egzemplarz „Kwiatów polskich”, który z błogim uśmiechem zaczął czytać. ©℗

PIOTR MATYWIECKI jest poetą, krytykiem literackim, eseistą i bibliotekarzem. Debiutował w 1975 r. tomikiem „Podróż”, od tego czasu wydał kilkanaście kolejnych, ostatni „Palamedes” w 2017 r. Pięciokrotnie nominowany do Nike, laureat Silesiusa (2010). Autor biografii „Twarz Tuwima”, za którą otrzymał Nagrodę Literacką Gdynia w 2008 r.


115aaab9-41f4-4eda-9786-66dda5d4d707.jpg

PIOTR MATYWIECKI  / Fot. Adam Kozak dla "TP"
PIOTR MATYWIECKI / Fot. Adam Kozak dla "TP"

JUSTYNA SOBOLEWSKA jest krytyczką literacką i dziennikarką. Od 2001 r. pracowała w „Przekroju”, potem w „Dzienniku”, obecnie jest związana z tygodnikiem „Polityka”. Kuratorka i autorka programu Festiwalu Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie.


6c1b67c7-57f6-4024-996d-60fb056ce64c.jpg

JUSTYNA SOBOLEWSKA / Fot. Krzysztof Kuczyk / FORUM
JUSTYNA SOBOLEWSKA / Fot. Krzysztof Kuczyk / FORUM

Galeria zdjęć
  • PIOTR MATYWIECKI  / Fot. Adam Kozak dla "TP"
  • JUSTYNA SOBOLEWSKA / Fot. Krzysztof Kuczyk / FORUM

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]