Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Poeta z ruchomego miejsca

Poeta z ruchomego miejsca

04.02.2013
Czyta się kilka minut
Piotr Matywiecki: Przez jednych wielbiony, przez innych nienawidzony, trwał jako Poeta nad poetami, owszem, wieszcz codzienności, ale jednak niecodzienny, jednak wieszcz.
„Ławeczka Tuwima” – autorstwa Wojciecha Gryniewicza – od 1999 r. stoi przy ulicy Piotrkowskiej 104 przed Pałacem Juliusza Heinzla w Łodzi. Fot. Janusz Kubik
G

Grzegorz Jankowicz: Fundacja Aristidesa de Sousy Mendesa udostępnia listę osób uratowanych przez portugalskiego konsula (nazywanego „konsulem z Bordeaux”), który w czasie wojny pomagał europejskim Żydom. Przy nazwisku Juliana Tuwima znajduje się dopisek: „Polski poeta, krewny pianisty Artura Rubinsteina”. Trochę tak jakby samo sformułowanie „polski poeta” nie wystarczyło, by przedstawić Tuwima światu.
Piotr Matywiecki: W tej anegdocie są dwa przykre sensy. Po pierwsze, że jest to poeta marginalny, po drugie, że polski, i dlatego jakoś lokalny, mało światowy. Mam nadzieję, że nie znaczy to: marginalny, bo polski... Ale w takim poniżeniu tkwi jakaś wcale nie poniżająca prawda. Tuwim jest intymnie nasz! Całkowicie zatopiony w tej szczególnej społeczności poetów i czytelników, jaką Polska dla siebie stworzyła już w Romantyzmie. Nie do zrozumienia bez kultowej aury, jaką jeszcze w międzywojniu otaczano poetów. A sama jego liryka delikatnymi wątkami (niektórzy twierdzą, że zbyt delikatnymi) wplotła się w polszczyznę, w jej melodię, i w polską tradycję literacką. Jest też inna sprawa w pańskim pytaniu – to formuła „przedstawić Tuwima światu”. Jeśli „przedstawienie Tuwima światu” się nie powiodło, to jest to klęska pewnej ważnej autokreacji tego poety. Hannah Arendt pisała o „bałwochwalczym kulcie geniuszu” w żydowskich mieszczańskich środowiskach europejskich, o teatralizacji kultu sławy. Chodziło oczywiście o rekompensatę za bycie pariasami. Tuwim w wielu wierszach czynił z siebie aktora takiego teatru – jak widać, na scenie świata poniósł klęskę. Ale nie w intymnym odbiorze jego liryki – jakoś „kibicujemy” tej kreacji chwilami naiwnej, a chwilami pełnej godności.
Skąd wziął się Tuwim, jakiego znamy? Nasze wyobrażenia o poecie – jego biografii, doświadczeniach życiowych i literackich – są niemal całkowicie podległe mitowi przezeń stworzonemu. Czy nie jest tak, że ten mit trzeba odrzucić, by odzyskać prawdziwszy obraz Tuwima? Boję się, że odrzucenie tego mitu jest niemożliwe, przynajmniej jeszcze nie dzisiaj. Tuwim był i jest wzięty w kleszcze podwójnego osobowego mitu. Z jednej strony sam siebie kreował, a z drugiej strony kreowali go inni. Sam siebie przedstawiał jako „cichego geniusza”, kogoś obdarowanego poetycką nadwrażliwością i nieomal proroczą misją, kogoś wycofanego po to, żeby z głębi tego wycofania tym efektowniej porażać swoim błyskawicznym, olśniewającym przesłaniem. Błazeńskim albo proroczym. A jego publiczność drętwiała w zafascynowaniu: przez jednych wielbiony, przez innych nienawidzony, trwał jako Poeta nad poetami, owszem, wieszcz codzienności, ale jednak niecodzienny, jednak wieszcz. Bardzo trudno o autentyczność między tak silną autokreacją i równie mocnym mitem tworzonym przez innych. A jednak Tuwim taką autentyczność wypracował i ocalił. Może dlatego, że wziął się z najbardziej r u c h o m e g o miejsca społecznego, z miejsca w przelocie między warstwami społecznymi biednych i bogatych, w przelocie między narodowościami. Ocaliło jego autentyczność właśnie takie uwrażliwienie na ruchomy, nieokreślony status społeczny nowożytnych ludzi. Myślę, że choćby w „Kwiatach polskich” jego poetycka socjologia stawiała w tej kwestii trafne diagnozy.
On sam postrzegał swój los (przede wszystkim swój los poetycki) jako rzecz ambiwalentną, nieustannie sprzeczające się ze sobą przeciwstawne impulsy. Tę obserwację zawdzięczamy Arturowi Sandauerowi, który pedantycznie wyliczył sprzeczności: Żyd – Polak, kabareciarz – metafizyk, witalista – ogarnięty obsesją śmierci. Ale nie wiem, czy można na tej prawdziwej obserwacji poprzestać. Jest zbyt kategoryczna. Wydaje mi się, że te efektowne oksymorony powinny być raczej określeniami wątpliwej, słabej, nieokreślonej tożsamości. „Ja” Tuwima bez przerwy lawirowało między biegunami tych „twardych” określeń własnych ról; ważniejszy był niepokojący, łamany zarys tego slalomu, a nie jego bramki. Superego Tuwima te bramki rozstawiało, ale dramat prześlizgującego się między nimi „ja” był dramatem człowieka udręczonego swoją słabością. Nie był wprawdzie „człowiekiem bez właściwości”, ale w epoce ostrych, brutalnych epitetów narodowościowych i klasowych czuł się słabym i przed własną słabością społeczną uciekał w słabość egzystencjalną. Bo wydawała mu się prawdziwsza, jego własna, nienarzucona.
Napisał Pan kiedyś, że bardzo trudno znaleźć „prawdziwego” czytelnika Tuwima, który ani nie będzie się trzymał urazów historycznych i artystycznych uprzedzeń, ani nie poprzestanie na bałwochwalczym uwielbieniu. Może należałoby takiego „prawdziwego” czytelnika stworzyć, rozbijając w pył zarówno uprzedzenia, jak i bałwochwalstwo? Zacznijmy od tych pierwszych. Stworzyć Tuwimowi czytelnika? On już jest! Gdzieś na uboczu dzisiejszej literatury, w literackiej intymnej prywatności. Ten czytelnik chce, żeby ona była strzeżona. Trochę się wstydzi swojego upodobania do Tuwima w czasach nowych poetyckich autorytetów, które przecież uznaje. Ale od „Kwiatów polskich” nie da się oderwać. A uprzedzenia? Od debiutu Tuwima do dzisiaj te same: zarzuty powierzchowności, antyintelektualizmu, nieznośnie snobistycznego skamandryckiego obyczaju towarzyskiego. Jeśli do tego dodać uprzedzenia antysemickie (dzisiaj już na szczęście prawie nieistniejące, przed wojną bardzo silne), oskarżenia o komunistyczny fanatyzm – to niezwykle ciężki kaliber. Szczególne jest to, że i bałwochwalcy, i uprzedzeni mają Tuwima za postać wyróżnioną poetycką charyzmą.
Ale z bałwochwalstwem rzecz ma się nieco inaczej. Bo dziś – owszem – czyta się i ceni Tuwima, ale bardziej jako autora „wierszyków”, a nie „wierszy”, w czym ma udział jego postawa: z jednej strony egzaltowany młodzieniec, z drugiej mędrzec. Ta druga twarz jest dziś ignorowana. Nie zdajemy sobie sprawy z ogromu kultu Tuwima przed wojną. On był poetą inaczej niż inni. Wybrano go – potrzebowała tego zbiorowa podświadomość – do roli wyróżnionej. Gwałtownie industrializującemu się społeczeństwu, które stawiało na cywilizacyjny optymizm, potrzebny był ktoś jakby z innego świata, ktoś po prostu cicho wrażliwy, trochę wycofany, melancholijny. Może dlatego tak wielu czytelników było oburzonych polityczno-poetyckimi manifestacjami Tuwima. Nie tego po nim oczekiwali. Poza tym ciągle chciano w narodowym imaginarium mieć jakiegoś nadpoetę. Wielu mogło być wielkich poetów, ale któryś powinien „dzierżyć rząd dusz”. Ponieważ dusze nie bardzo chciały być rządzone, wybrano Tuwima, aby rządził prostą sensualną wrażliwością, prostymi uczuciami. Pewnie dlatego nie chciano w nim widzieć mędrca. „Tuwim to prosta dusza” – pisała o nim Anna Iwaszkiewiczowa. Jednak co do roli mędrca, to mam nadzieję, że już się jej nie ignoruje aż tak bardzo. Dawniej wirtuozeria słowna Tuwima zasłaniała wszystko inne. Dzisiaj jego wiersze są bardziej przezroczyste i ich filozoficzna głębokość może się ujawnić.
W swej książce o Tuwimie podkreśla Pan, że jego twórczość i osobowy mit zarażone są pewnym brakiem, niedopełnieniem, może nawet słabością, które odczuwalne były od samego początku (jako przykład wymienia Pan fakt, że nie chciano go w Polskiej Akademii Literatury). Sprawa Polskiej Akademii Literatury jest trochę osobna, dotyczy raczej uprzedzeń i rozgrywek ideologicznych. „Słabość”, o którą mi chodzi, wydaje się pewną postawą egzystencjalną, może nawet filozoficzną liryki Tuwima. Można ją łączyć choćby ze „słabością” Franza Kafki – z dążeniem, żeby żyć w takim centrum świata, które nie chce nad światem górować. Za kreowanym silnym ego Tuwima, dumą, a nawet pychą poetycką każdy nieomal wyczuwa zwątpienie w siebie, słabość dobroci; pod wściekłymi atakami na przeciwników – bezbronność. Taka „słabość” ma też odbicie w samej materii wierszy, w ich inercyjnej melodyce, odbicie niezwykle delikatne, trudne do wykazania przez krytyków i literaturoznawców. Oczywiście ta cecha „słabości” nie ma nic wspólnego z wartościowaniem poezji Tuwima. Świadczy o tym, że z każdej egzystencjalnej dyspozycji można wysnuć wielką poezję!
Tuwim składał się z trzech tradycji – polskiej, żydowskiej i rosyjskiej – które z jednej strony traktował jako dar, dzięki któremu mógł poszerzyć granice świadomości (nie tylko literackiej, ale przede wszystkim egzystencjalnej), z drugiej zaś ta hybryda kulturalna, którą w sobie nosił, męczyła go, była przyczyną kompleksów i licznych zwątpień. Jak sobie z tym radził? Niewygodnie się z tych tradycji poskładał... Te trzy kulturowo-narodowe kręgi bywały sobie wrogie. Na własnej skórze przekonał się o tym za młodu, w Łodzi. Ale i później czuł w sobie wrogość wzajemną tych kultur i ubolewał nad nią. Nie radził z nią sobie. Im bardziej sobie nie radził, tym bardziej przejmująco o tym pisał, albo – jeszcze bardziej przejmująco – milczał o tym. Najlepiej był wtajemniczony w polskość, w każdy jej niuans. W rosyjskość raczej literacko, dziedziczył tylko niektóre jej aspekty. Najmniej znał kulturę żydowską. Ale ona w sferze niejasnych intuicji znaczyła bardzo wiele. I była tym droższa, że jej bliskość przysparzała mu bólu. Zadbali o to antysemici. Do każdej z tych tradycji czuł sentyment i wobec każdej chciał być krytyczny. To tworzy unikalną mieszaninę świadomościową. Pod tym względem cała jego twórczość jest bezcennym dokumentem i materiałem badawczym dla socjologów tożsamości kulturowej – dowodem, że nic nie ma w tych kwestiach oczywistego, że każdy przypadek ludzki jest dramatycznie inny. Jedna z tych tradycji okazała się źródłem najstraszniejszej traumy. Zagłada Żydów niejako pośmiertnie postawiła Tuwimowi przed oczy i przed sumienie cały w międzywojniu nieznany mu świat, zagadkowy dla niego, chociaż bardzo bliski. Nie zdążył po wojnie uwewnętrznić do końca i tego świata, i jego tragedii. Właściwie tylko rodzina i przyjaciele pozostali świadkami szarpaniny Tuwima w tej sprawie. Na piśmie pozostały dwa tylko wybuchy żydowskiej świadomości, manifesty „My, Żydzi polscy” oraz „Pomnik i mogiła”.
W zasadzie na każdym etapie życia, na każdej stacji swojego pisania Tuwim musiał mierzyć się z potężnymi przeszkodami. Przed wojną antysemityzm i ksenofobiczne wnyki zastawione przez Polaków. Podczas emigracji, do której zmusiła go wojna, potworna tęsknota za krajem, ale także niezrozumienie wśród Żydów, którzy nie zdołali lub nie chcieli uciekać (czytając fragmenty „Kwiatów polskich” mieli wrażenie, że Tuwim nie ogarnia realnej sytuacji polskich Żydów, za bardzo uwzniośla wizerunek Polski). Potem piekło powrotu i komunistyczna Polska. Dodałbym jeszcze ostracyzm w wielu polskich środowiskach wojennej emigracji, gdy objawił swoje proradzieckie stanowisko. Tuwim był znakomicie zorientowany we wszystkich tych przeszkodach. Może dlatego właściwie nie uważał ich za przeszkody – one pobudzały go nie tylko do naturalnych i czasami wściekłych odruchów obronnych. Stworzyły w nim ową postawę „słabości”, wycofania, którą z czasem przetworzył z socjologicznej w egzystencjalną, z egzystencjalnej w filozoficzną. Tak było w liryce. W życiu oczywiście inaczej, inaczej także w pamfletowej satyrze, którą uprawiał jako osoba publiczna, a nie jako „liryczne ja”. Czytam tego rodzaju teksty Tuwima z bólem serca, bo im są energiczniejsze, tym większe wrażenie zaszczucia i samozaszczucia ich autora.
Tłamsząc w sobie stany przygnębienia, walcząc z resentymentem, sięgał również – z dzisiejszej perspektywy niejeden powie: niefrasobliwie – po narzędzia ideologiczne. Stąd jego uwiedzenie komunizmem. To było więcej niż uwiedzenie. O grupie Skamandra przed wojną źle mówili „ideowcy” rozmaitych kierunków. Stefan Napierski powiedział złośliwie, że skamandryci uprawiają „wirtuozerię bezideowości”. Zapewne Tuwim miał poczucie winy z tego powodu i pragnął je przezwyciężyć. Komunizm był dla niego rodzajem etycznego zakładu o wszystko. W obliczu największego zła żydowskiej Zagłady chciał największego dobra, sam się z premedytacją ukształtował jako fanatyk takiego dobra. Z pełną świadomością ryzyka i przyjętej na siebie odpowiedzialności. Ideologia komunistyczna nie była dla niego niefrasobliwością. Uwewnętrznił ją, stała się swoistego rodzaju determinacją, jego prywatną, bezwzględną wojną o dobro. O tym świadczą listy do siostry, które, kiedy się w całości ukażą, będą nieocenionym źródłem dla historyków idei czystych i zniewolonych. Myślę, że gdyby Tuwim dożył października 1956 roku, to w obliczu moralnej klęski swojej etycznej utopii byłby bliski samobójstwa. Coś straceńczego dawało się zresztą zauważyć przez całe życie tego z pozoru wesołego i towarzyskiego człowieka.
Dla powojennych pokoleń polskich Żydów Tuwim był wzorcowym przykładem pisarza walczącego z niegodziwymi i brutalnymi atakami antysemitów. Kolejne generacje powtarzały gesty poety, który stanowił dla nich symbol żydowskiej świadomości. Po powrocie do Polski był symbolem istnienia po prostu – tego, że Żydzi tutaj, w Polsce, istnieją. Chodziło nie tylko o istnienie kulturowe – również o to najprostsze, biologiczne. W oczach Żydów zaraz po wojnie żyjących w Polsce nie zastygał w pomnik ani w alegorię żydowskości, w jej „typ”, ważna była sama jego obecność – skoro on, Żyd, istnieje, to i my istniejemy. Tylko wtedy, tuż po Zagładzie, tak mocno żydowska społeczność łączyła najprostsze fizyczne istnienie z obecnością kulturową. Tuwim znakomicie wyczuł ten fizyczno-kulturowy związek w swoim słynnym, pisanym podczas wojny orędziu „My, Żydzi polscy”.
Przytacza Pan w swej książce anegdotę z czerwca 1991 roku, kiedy to ówczesny minister kultury Marek Rostworowski, witając Jana Pawła II na spotkaniu z artystami, zacytował Tuwima: „W naszym już wieku Julian Tuwim, skądinąd religijnie obojętny, napisał tę znamienną inwokację: »Jeszcze się kiedyś rozsmucę, / Jeszcze do Ciebie powrócę«”. Mniej interesuje mnie kwestia powrotu, bardziej sugestia, że autor „Czyhania na Boga” był religijnie obojętny. Z pewnością Tuwim był religijnie żarliwy. Roman Brandstaetter chciał kiedyś przy wódce sprowokować Tuwima do religijnych wyznań (w czasach stalinowskich!) i powiedział mu, że w jego wierszach rozróżnił „dwadzieścia pięć utworów o różnych koncepcjach Boga”. Miał rację. Tyle tylko że to nie były „koncepcje”, teologiczne teorie. To były najgłębiej osobiste przeżycia. Nieomal pogańska religia natury, religijność grecka, judaizm, chrześcijaństwo, poezja jako swoiste nastawienie religijne – te formy wiary nie dają się w twórczości Tuwima od siebie oddzielać, stanowią religijne kontinuum. A przy tym nie są żadnym synkretyzmem! Osobiste przeżycia religijne naturalnie podążały nurtami najrozmaitszych wiar, nie musiały być wspomagane przez lektury. I zachowywały czystość tych nurtów. W Tuwimie dokonuje się rehabilitacja religijności bezwyznaniowej, ponadwyznaniowej. Ale wcale nie ogólnikowej, abstrakcyjnej.
Czy nie jest tak, że Tuwim to poeta naszej młodości, młodości każdego czytelnika poezji? Po jego śmierci pojawiały się wypowiedzi pisarzy, krytyków, ludzi kultury, w których właśnie ta młodość jako moment najintensywniejszego obcowania z Tuwimem była podkreślana. Nie wszyscy widzieli w tym zaletę. Henryk Elzenberg zapisał kiedyś: „Pewna, zdaje się, cecha Tuwima (...): perseweracja w buncie młodzieńczym, który podnosi się do godności czynnika w poezji konstruktywnego. (...) Traktowana jako bunt, wyzywająco, poetyka taka może, na krótką metę, dać nawet dobre efekty: »opierzona« staje się nie do zniesienia”. Jest jakaś racja w tej uwadze. Ale obok tego chęć zlekceważenia przedwojennych pacyfistycznych manifestów Tuwima, być może także jego antyendeckich satyr. Uważam jednak, że trzeba się wznieść ponad zarzut Elzenberga. Poezja Tuwima wskrzesza młodość każdego czytelnika poezji, nawet kiedy jest stary. A ważniejsze jest jeszcze, że uprzytomnia istotową młodość każdej poezji. Nawet melancholia Tuwima miała w sobie coś młodzieńczego. W jakiś sposób młoda była muzyka jego wierszy. I młoda ich zmysłowość. Dobrze jest też pamiętać o dziecku w Tuwimie. Nie tylko jego wiersze dla dzieci były arcydziełami. Także wątek poety-dziecka w jego liryce jest arcydzielny. A przyznają się do takiego kultu poety-dziecka chyba wszyscy lirycy. Nawet tak pełen powagi Miłosz napisał w „Piesku przydrożnym”: „Poeta jako dziecko wśród dorosłych. Wie, że jest dziecinny, i musi bez ustanku udawać swój udział w działaniach i obyczajach dorosłych”. U Tuwima każda spontaniczność jest dziecięcym śmiechem. Znamy cudowny śmiech jego gałązeczek, rwania bzów, ptasich głosów. Żywiołem Tuwima jest śmiech niewinny – a nie okrutny komizm, zawiniona śmieszność. Dlatego nawet satyra i sarkazm Tuwima, nawet jego pamflety polityczne, chociaż furiackie, to zachowują niewinność. Pewnie również dlatego po śmierci poety Jan Lechoń, bolejący nad jego uwikłaniem w stalinizm, nazwał go „przestępcą niewinnym”.
Jak Pan dziś czyta Tuwima? Czytam go z bólem. Z lękiem o niego, o to, że może jest odrzucany, chociaż mam nadzieję, że nie. I czytam ostrożnie, żeby nie uczynić krzywdy jego wierszom – przez przemądrzałość mojej książki. Przy docenieniu głębi tych wierszy nie chcę zagubić ich spontaniczności. Czytam go z wdzięcznością za najprostszą naukę: że wielkość poety nie zależy od konwencji, którą współtworzył, do której się stosował. Uznając ogromną wartość liryki Tuwima i zarazem ogromną wartość choćby liryki Różewicza, nie mam wrażenia eklektyzmu moich gustów. Drastyczna różnica konwencji jedynie wyostrza walory obu poetyk. Czytam Tuwima, bo chcę, żeby w mojej świadomości nigdy nie zanikła wiara w istnienie poetów „z Bożej łaski”. Tak mi kiedyś powiedziała o Tuwimie Julia Hartwig. Wyraziła pogląd wielu czytelników, nie tylko z jej pokolenia.
PIOTR MATYWIECKI (ur. 1943) jest poetą i eseistą, autorem m.in. tomów poezji: „Poematy biblijne” (1995), „Improwizacje i światy” (1997), „Zwyczajna, symboliczna, prawdziwa” (1998), „Ta chmura powraca” (2005). Opublikował też książkę „Kamień graniczny” (1994) o filozoficznych aspektach Holokaustu (nagroda PEN Clubu). Za opublikowaną w 2007 r. monografię „Twarz Tuwima” otrzymał Nagrodę Literacką Gdynia w kategorii „esej”. W 2009 roku wydał tom wierszy „Powietrze i czerń”, za który otrzymał Nagrodę Silesiusa.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Urodzony w 1978 roku. Filozof literatury, eseista, redaktor, krytyk i tłumacz. Dyrektor programowy Festiwalu Conrada. Redaktor działu kultury „Tygodnika Powszechnego”. Dyrektor programów...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]